Würzburg o mały włos stał się moim Pacanowem. Przed siedmiu laty stało jak byk: „Podróż-Würzburg“, i to nie w byle jakim horoskopie, a w specyfikacji zamówienia publicznego, które realizowałem. Wśród 21 obiektów fortyfikacyjnych Świnoujścia, które mieliśmy zinwentaryzować widniały właśnie "podstawy radarów Würzburg-Reise". Pojęcie kapitulacja pasowało już do obrazu całości, aż doszukałem się wyjaśnienia. Zwykła literówka: miało być „Riese“, czyli „olbrzym“. Były to bowiem podstawy po niemieckich radarach z serii Würzburg, model Olbrzym (przed rewolucją nanotechnologiczną uważano jeszcze, że rozmiar ma znaczenie). Rozwikławszy tę zagadkę, zostałem więc nad Bałtykiem, do Würzburga podróżując dopiero teraz. Z tego samego powodu zresztą nie zostałem fanem brazylijskiego tańca-sztuki walki, bo okazało się, że nie jest to „kaponiera“.
Jak ten ogień z kaponier skrzyżowały się w Niemczech Zachodnich dwie świeckie tradycje. Stara to podroż po świecie, niczym ten Byron albo Krzyżowcy (mniejsza o intencje). Młodzi Niemcy a to biorą wolne przed studiami, a to rozwlekają je niemiłosiernie (czy brzmię, jakbym się tłumaczył?). Druga rzecz to trend od 1945 r. - całym sobą należy protestować przeciwko nazizmowi. Przy skrzyżowaniu tych dwóch tendencji mamy to, co ostatnio zaobserwowaliśmy w Warszawie podczas obchodów 11 listopada. Chodzi jednak głównie o to, że każdy młody człowiek z dobrego domu musi przejść epizod anarchistyczny. U nas objawia się to buntem wobec zabierania kanapek do szkoły. Tam społeczeństwo dojrzalsze i proceder rozkwita słynnymi burdami na 1 maja. Już wczesnym rankiem mamy szykują kanapki (kto by się przeciwko nim buntował, mając takiego wroga do pokonania), po czym młodzież wychodzi na ulice, porzucać brukiem w policję. Policja ma mundury - a jak wiadomo, faszyści też je mieli. Cała para idzie w gwizdek, o czym świadczy fakt, że od 1990 r. zabito w Niemczech w incydentach na tle rasistowskim co najmniej 180 osób.
Po zamieszkach w Berlinie przed laty, Raoul przez kilka tygodni wypatrywał się na plakatach rozwieszonych przez policję: ze zdjęciami dziesiątek zadymiarzy, niewyraźnych, pozakrywanych, w kapturach. Dla młodego mężczyzny odnalezienie się na takim plakacie to było, jak dla jego rówieśniczki trafić na okładkę Maxima!... który nb. akurat wchodzi do Polski. A mnie się przypomina, że Maksym to było imię mojego pierwszego smerfa (przy czym wtedy był to Schlumpf, bo znaliśmy je z Niemiec). Był rok 1986. Po 10 latach, gdy ukazała się pierwsza reklama Pepsi Max, zjeżdżaliśmy jak w reklamie do Morskiego Oka. Wieczorami oddawaliśmy się zaś w Zakopanem akcji „rumowisko“, czyli pilim Pepsi Max z rumem Seniorita. Wszystko to: zadymy, smerfy czy alkohole y alkaloydy to ten sam odwieczny schemat inicjałów rytuacyjnych (czy jakoś tak).
Ten pierwszy trend niemiecki przejawia się jeszcze w jednym, czego doświadczamy na co dzień w sezonie: turystyce nad Bałtyk. Oczywiście drugi trend skutecznie uniemożliwia pielgrzymowanie do militarnych pozostałości wielkiej Rzeszy. Zastanawiam się więc, co się mogło stać z tymi podstawami radarów, stojącymi samotnie na wydmach w pasie chronionym. Ja to bym je pokruszył, przemalował na bursztyn i opchnął niemieckim turystom. Sam jutro wyruszam w górę Menu (to jakby więc w dół Niemenu), dalej do Bayreuth przez Schweinfurt i Bamberg - skąd przybył w XII w. chrystianizator Pomorza. Mówią, że bojówki Palikota planują tu akcje odwetowe. Polska, aby zacząć liczyć się w świecie - musi wreszcie wyruszyć w podróż do swojego Pacanowa.
-
►
2010
(35)
-
►
marzec
(9)
- NORGES LOVER (60) Kochaj mnie i rzuć (do śmietnika...
- NORGES LOVER (59) W Påske idziemy!
- NORGES LOVER (58) Kupiłaś mi książkę za drogą w ty...
- NORGES LOVER (57) Wór, marzec i gwiazdozbiór Jaka
- NORGES LOVER (56) Ice White Shoot
- NORGES LOVER (55) 17 cm to za mało
- NORGES LOVER (54) Laktacje dmuchacje wiatr
- NORGES LOVER (53) Krwawe głody w oku liczności
- NORGES LOVER (52) Rukola! - ktoś woła mnie
-
►
marzec
(9)
-
►
2008
(19)
- ► październik (1)
sobota, listopad 26, 2011
niedziela, listopad 20, 2011
Nad Niemenem, 7
Każdego roku w Europie gluty zabijają tysiąc osób! - czytam w niemieckiej prasie („Glut“ to żar). Od połowy listopada papierosy sprzedawane w Unii muszą odpowiadać nowej, bezpieczniejszej specyfikacji. Ma to ograniczyć liczbę takich śmierci o 40 procent. Im bliżej ustnika, tym mniej powietrza przepuszcza bibuła, tak że pozostawiony papieros sam zgaśnie. (Ciekawe, kiedy podobnie zabezpieczą chusteczki higieniczne).
Dopiero co odkryty w Unii gasnący papieros znany był powszechnie w PRL (choć pewnie powodował to skład mikstury, a nie cwana bleta). Moja mama wspomina, że w latach 70. i 80. w paleniu zagranicznych papierosów przykre było właśnie to, że pozostawione na chwilę, całe się jarały. Nasze krajowe za to gasły i można było je później spokojnie dopalić jak cygaro. W owym czasie jako szkrab biegałem z paczką papierosów do drzwi, częstować gości. Najpierw były to Caro, w niebieskiej paczce, potem (czerwone) Carmeny. Wytrwałem w tym zdrowym nawyku biegania, na studiach przewożąc tytoń przez granicę. To jak wszyscy - powie ktoś. Tyle że ja akurat kursowałem w drugą stronę: z Niemiec do Polski. Z Polski wypływały papierosy - bo tańsze, ale ja, to paliłem (dosłownie) pełną gębą: kupowałem więc cygara.
Na granicy do pociągów wpadał patrol straży granicznej i trzepał wszystko, co się ruszało w wagonie. Sprawdzali za siedzeniami, pod sufitami, w toaletach. Pomysłowość ludzka nie znała granic - zawsze po wyjściu patrolu znajdował się cwaniak, który coś wyciągnął z jarzeniówki, szyby, puszki piwa... Nie inaczej było na wschodniej granicy, z tymże bardziej. Po prostu bardziej. Wszystko bardziej! Przejście kolejowe w Kuźnicy Białostockiej... Jedzie z nam w przedziale starsza pani. Dopóki pociąg jechał, nie budziła żadnych podejrzeń. Aż wstajemy do wyjścia - tylko ona coś nie może. Musieliśmy ją podnosić - tak była wypchana workami ze spirytem.
Krążył wtedy taki żarcik. W anonimowej ankiecie pytają celników, w ile czasu uzbierają na mercedesa. Ci na zachodniej granicy odpowiedzieli, że w miesiąc. Za to na wschodzie - ku wielkiemu zdziwieniu autorów ankiety - twierdzili, że potrzebują całego roku! Poproszeni o wyjaśnienie, odpowiadali, że przecież Mercedes to duża fabryka.
Te ciągłe kontrole na granicach - miało to swój urok! I jakiś sens socjalizacyjny. Byliśmy jak jedna wielka rodzina. I było z kim pogadać na granicy, a nie jak dziś, tylko sms-y z numerem ambasady (żeby to chociaż zapraszali na raut...). Nie ma co: wielkieś mi uczyniła pustki, moja droga Schengen, rozszerzeniem swoim! Kto by pomyślał, że i u nas tak będzie, kiedy przed 10 laty wjeżdżaliśmy do Bazylei. Jak poprosiliśmy o szwajcarskie pieczątki w paszportach, przez 10 minut podkręcali datę.
Dopiero co odkryty w Unii gasnący papieros znany był powszechnie w PRL (choć pewnie powodował to skład mikstury, a nie cwana bleta). Moja mama wspomina, że w latach 70. i 80. w paleniu zagranicznych papierosów przykre było właśnie to, że pozostawione na chwilę, całe się jarały. Nasze krajowe za to gasły i można było je później spokojnie dopalić jak cygaro. W owym czasie jako szkrab biegałem z paczką papierosów do drzwi, częstować gości. Najpierw były to Caro, w niebieskiej paczce, potem (czerwone) Carmeny. Wytrwałem w tym zdrowym nawyku biegania, na studiach przewożąc tytoń przez granicę. To jak wszyscy - powie ktoś. Tyle że ja akurat kursowałem w drugą stronę: z Niemiec do Polski. Z Polski wypływały papierosy - bo tańsze, ale ja, to paliłem (dosłownie) pełną gębą: kupowałem więc cygara.
Na granicy do pociągów wpadał patrol straży granicznej i trzepał wszystko, co się ruszało w wagonie. Sprawdzali za siedzeniami, pod sufitami, w toaletach. Pomysłowość ludzka nie znała granic - zawsze po wyjściu patrolu znajdował się cwaniak, który coś wyciągnął z jarzeniówki, szyby, puszki piwa... Nie inaczej było na wschodniej granicy, z tymże bardziej. Po prostu bardziej. Wszystko bardziej! Przejście kolejowe w Kuźnicy Białostockiej... Jedzie z nam w przedziale starsza pani. Dopóki pociąg jechał, nie budziła żadnych podejrzeń. Aż wstajemy do wyjścia - tylko ona coś nie może. Musieliśmy ją podnosić - tak była wypchana workami ze spirytem.
Krążył wtedy taki żarcik. W anonimowej ankiecie pytają celników, w ile czasu uzbierają na mercedesa. Ci na zachodniej granicy odpowiedzieli, że w miesiąc. Za to na wschodzie - ku wielkiemu zdziwieniu autorów ankiety - twierdzili, że potrzebują całego roku! Poproszeni o wyjaśnienie, odpowiadali, że przecież Mercedes to duża fabryka.
Te ciągłe kontrole na granicach - miało to swój urok! I jakiś sens socjalizacyjny. Byliśmy jak jedna wielka rodzina. I było z kim pogadać na granicy, a nie jak dziś, tylko sms-y z numerem ambasady (żeby to chociaż zapraszali na raut...). Nie ma co: wielkieś mi uczyniła pustki, moja droga Schengen, rozszerzeniem swoim! Kto by pomyślał, że i u nas tak będzie, kiedy przed 10 laty wjeżdżaliśmy do Bazylei. Jak poprosiliśmy o szwajcarskie pieczątki w paszportach, przez 10 minut podkręcali datę.
czwartek, listopad 10, 2011
Nad Niemenem, 6
Kebab w Rostocku - 3,50 EUR. - Proszę bardzo, młody człowieku - bezcenne! A już przecież na studiach (przynajmniej w drugiej dziesięciolatce) nie uchodziłem za młodziaka. Zanim jednak wziąłem sobie do serca słowa błazna króla Leara, że nie wypada się zestarzeć zanim się nie zmądrzeje, minęło trochę czasu, kiedy niechybnie głosowałbym na Palikota (inaczej niż wówczas sam Palikot).
Po części pewnie z tęsknoty za Summer '68. Kiedy chodziłem do liceum, jedną z nielicznych hipisowskich reminiscencji była reklama C&A Young Collections w MTV. Nic dziwnego więc, że trafiwszy na studia do Niemiec, namiętnie zacząłem kupować w C&A. Wspominam to, gdy po latach pijemy z Raoulem w Berlinie. Raoul słucha ze zdziwieniem i mówi, że u niego, w starym RFN, C&A to była najbardziej obciachowa marka i z dziada pradziada ubierali się tam... tylko dziadowie i pradziadowie - ale nigdy młodzi ludzie. Kiedy ojciec zarządzał, że wstąpią do C&A, tłumaczył się od razu, że to przez wzgląd na babcię: by kupiła sobie nowy biustonosz. Nic dziwnego, że C&A z Frankfurtu zniknął jakoś przed 10 laty, akurat kiedy sieć wkroczyła do Polski. Pod koniec września otworzył swoje podwoje pierwszy szczeciński C&A. Będę się musiał wybrać, by wyrwać jakieś laski pamiętające Summer '68...
Żal za tym czasem miał podczas studiów - na równi z harcerstwem - istotny wpływ na mój ubiór. Gdy kiedyś lektor angielskiego zaczął opowiadać o studentach w latach 70., poczułem na sobie sondy spojrzeń. Kiedy wsunąłem się pod ławkę, by ukryć wojskową bluzę i arafatkę, dołem zaczęły wystawać mi glany. A lektor dalej opowiadał o wojskowej modzie studentów lat 70. Odtąd cieszyłem się w grupie cichym szacunkiem godnym nestorowi. Na kulturoznawstwie w ogóle, ale już na lektoratach szczególnie, mieszali się studenci wszystkich roczników, uznano więc pewnie, że zasiedziałem się tutaj jeszcze z pruskich czasów.
Ten lektor angielskiego miał świetne poczucie humoru i aparycję Alfa, tylko w ogóle nie uczył języka. Był to coś jakby bezpłatny kabaret, o tyle jednak mniej śmieszny, że z obowiązkową obecnością. Ale on to mnie, zupełnie niespodziewanie, nauczył najważniejszej rzeczy, którą wyniosłem ze studiów: „żadnych wymówek!“ („NO EXCUSES!“). Tymi słowami kwitował wszelkie nieobecności: zawaliwszy więc przez obóz harcerski lipcowe zajęcia, musiałem powtórnie obejrzeć cały sezon jego kabaretu. Po tej nauczce dewizą tą kieruję się do dziś, po czym najpewniej poznać można, że już nie studiuję. W ogóle, coraz więcej odhaczam już punktów ze smutnej listy pt. „Jak poznać, że nie jesteś już studentem“. Jak ten, 28.: „Gdy jesteś pijany nie czujesz już tego dziwnego pociągu do znaków drogowych“. Raz z „Grotte“ wróciliśmy do akademika ze znakiem STOP (jestem nawet mgliście pewien, że przewieźliśmy go w nocnym autobusie!). Odtąd co impreza sąsiedzi sobie go wykradali, ale idę o zakład, że do dziś nie opuścił akademika... Dobrze go rozumiem, bo i mnie zawsze było ciężko stamtąd się wydostać (tak na codzień, jak i w długim horyzoncie czasowym).
Tamtą, pierwszą, arafatkę zgubiłem zaś na koncercie Marilyna Mansona w Berlinie, skąd bezpośrednio pojechałem na kurs instruktorów harcerskich (zmazując przez całą podróż czarny lakier z paznokci). Manson był wówczas w Polsce persona non grata, przeciwko której grzmiał prominentny działacz znienawidzonego przez nas ZChN. Później „oczy Stefana“ zwróciły się jednak w kierunku innego mężczyzny, a sądząc po jego ostatnich wyborach, Mansona uznałby dziś za mięczaka, bo jeszcze nigdy na scenie nie dokonał aborcji. Co to ja mówiłem, że Szekspir mówił, że mówił błazen króla Leara?
Po części pewnie z tęsknoty za Summer '68. Kiedy chodziłem do liceum, jedną z nielicznych hipisowskich reminiscencji była reklama C&A Young Collections w MTV. Nic dziwnego więc, że trafiwszy na studia do Niemiec, namiętnie zacząłem kupować w C&A. Wspominam to, gdy po latach pijemy z Raoulem w Berlinie. Raoul słucha ze zdziwieniem i mówi, że u niego, w starym RFN, C&A to była najbardziej obciachowa marka i z dziada pradziada ubierali się tam... tylko dziadowie i pradziadowie - ale nigdy młodzi ludzie. Kiedy ojciec zarządzał, że wstąpią do C&A, tłumaczył się od razu, że to przez wzgląd na babcię: by kupiła sobie nowy biustonosz. Nic dziwnego, że C&A z Frankfurtu zniknął jakoś przed 10 laty, akurat kiedy sieć wkroczyła do Polski. Pod koniec września otworzył swoje podwoje pierwszy szczeciński C&A. Będę się musiał wybrać, by wyrwać jakieś laski pamiętające Summer '68...
Żal za tym czasem miał podczas studiów - na równi z harcerstwem - istotny wpływ na mój ubiór. Gdy kiedyś lektor angielskiego zaczął opowiadać o studentach w latach 70., poczułem na sobie sondy spojrzeń. Kiedy wsunąłem się pod ławkę, by ukryć wojskową bluzę i arafatkę, dołem zaczęły wystawać mi glany. A lektor dalej opowiadał o wojskowej modzie studentów lat 70. Odtąd cieszyłem się w grupie cichym szacunkiem godnym nestorowi. Na kulturoznawstwie w ogóle, ale już na lektoratach szczególnie, mieszali się studenci wszystkich roczników, uznano więc pewnie, że zasiedziałem się tutaj jeszcze z pruskich czasów.
Ten lektor angielskiego miał świetne poczucie humoru i aparycję Alfa, tylko w ogóle nie uczył języka. Był to coś jakby bezpłatny kabaret, o tyle jednak mniej śmieszny, że z obowiązkową obecnością. Ale on to mnie, zupełnie niespodziewanie, nauczył najważniejszej rzeczy, którą wyniosłem ze studiów: „żadnych wymówek!“ („NO EXCUSES!“). Tymi słowami kwitował wszelkie nieobecności: zawaliwszy więc przez obóz harcerski lipcowe zajęcia, musiałem powtórnie obejrzeć cały sezon jego kabaretu. Po tej nauczce dewizą tą kieruję się do dziś, po czym najpewniej poznać można, że już nie studiuję. W ogóle, coraz więcej odhaczam już punktów ze smutnej listy pt. „Jak poznać, że nie jesteś już studentem“. Jak ten, 28.: „Gdy jesteś pijany nie czujesz już tego dziwnego pociągu do znaków drogowych“. Raz z „Grotte“ wróciliśmy do akademika ze znakiem STOP (jestem nawet mgliście pewien, że przewieźliśmy go w nocnym autobusie!). Odtąd co impreza sąsiedzi sobie go wykradali, ale idę o zakład, że do dziś nie opuścił akademika... Dobrze go rozumiem, bo i mnie zawsze było ciężko stamtąd się wydostać (tak na codzień, jak i w długim horyzoncie czasowym).
Tamtą, pierwszą, arafatkę zgubiłem zaś na koncercie Marilyna Mansona w Berlinie, skąd bezpośrednio pojechałem na kurs instruktorów harcerskich (zmazując przez całą podróż czarny lakier z paznokci). Manson był wówczas w Polsce persona non grata, przeciwko której grzmiał prominentny działacz znienawidzonego przez nas ZChN. Później „oczy Stefana“ zwróciły się jednak w kierunku innego mężczyzny, a sądząc po jego ostatnich wyborach, Mansona uznałby dziś za mięczaka, bo jeszcze nigdy na scenie nie dokonał aborcji. Co to ja mówiłem, że Szekspir mówił, że mówił błazen króla Leara?
środa, sierpień 31, 2011
Nad Niemenem, 5
No właśnie, bo nie samą miłością człowiek żyje. Szczególnie na studiach jest jeszcze seks. Ostatnio przypominam sobie te czasy często, wchodząc w Niemczech do toalet w piętrowych pociągach... Kto sobie tam tego nie wyobraża, niech wie, że jest czyściej niż w polskich akademikach (a te raczej nie słyną ze wstrzemięźliwości). Co więcej, kibelki w bombardierach są naprawdę wytrzymałe, więc przystosowane do pewnych specjalnych zastosowań (co doceniam, wspominając, jak przed 10 laty wypadłem samowtór spod prysznica w akademiku - wraz ze ścianką kabiny).
Do toalet na uczelni chodziłem nawet z kolegami (by nie kupować papieru toaletowego na początku studiów). W ogóle, warto uczęszczać na uniwersytet. W Oslo bywałem tam dla darmowego internetu i pozostawionych samopas konferencyjnych poczęstunków (na Viadrinie nie do pomyślenia - do pilnowania wyszynku zatrudnialiśmy specjalnych praktykantów o psim węchu, refleksie i aparycji).
To, że studiowanie we Frankfurcie zajęło mi 10 lat będzie zrozumiałe, jeśli wymienić wszystkie rauty, jakie przy tej okazji zaliczyłem. Ale że niewiele z nich pamiętam, wspomnę tylko odwiedziny Miłosza, Michnika, Genschera czy lorda Dahrendorfa. Gesine, ówczesna prezydentka uczelni, dobrze wiedziała, skąd popularność tych wykładów. Bez względu na to, kto był gościem, jej laudacje sprowadzały się więc przeważnie do jednego zdania: - Nie będę się rozgadywać, bo wiem, że czekacie już na wino.
Nie może być więc przypadkiem, że dojrzałość to słowo-klucz tak dla wina, jak i studiów. I ja musiałem dojrzeć, aby polubić wino, i stało się to właśnie na studiach. Wcześniej go nie trawiłem (w przenośni) - zmiana dokonała się, gdy nie strawiłem go d o s ł o w n i e . Stało się to dzięki Raoulowi, który pewnego dnia zamieszkał w moim akademiku. Marzyłem wtedy o jednej z pierwszych cegieł Nokii, a że nie mogłem jej kupić jako obcokrajowiec, spadł mi z nieba, biorąc na siebie umowę. Okazał się być synem winiarzy z Nadrenii - nie wypadało więc wzgardzić tym, co przywiózł w samochodzie z domu... Owego ranka, po zaśpiewach typu „Czwarta nad R e n e m ... Już piąta!“ poszedłem do pracy, by cały dzień zeskrobywać farbę z sufitów. Odtąd już nigdy nie miałem kaca.
Żeby spiąć ten odcinek kokardą à la niedawno powstały pub w Szczecinie, wspomnę zdarzenie z innej pracy. Rozbieraliśmy kamienicę nad Odrą i po tym, jak zdjęliśmy wszystkie dachówki, trzeba było spiłować więźbę. Robił to osobiście sam właściciel domu. Przy obiedzie Tomek, który lubił eksperymentować z językiem niemieckim, odnotował z uznaniem, że szef jest świetnym pilarzem. - Oj, jest! - zahuczała szefowa...
Do toalet na uczelni chodziłem nawet z kolegami (by nie kupować papieru toaletowego na początku studiów). W ogóle, warto uczęszczać na uniwersytet. W Oslo bywałem tam dla darmowego internetu i pozostawionych samopas konferencyjnych poczęstunków (na Viadrinie nie do pomyślenia - do pilnowania wyszynku zatrudnialiśmy specjalnych praktykantów o psim węchu, refleksie i aparycji).
To, że studiowanie we Frankfurcie zajęło mi 10 lat będzie zrozumiałe, jeśli wymienić wszystkie rauty, jakie przy tej okazji zaliczyłem. Ale że niewiele z nich pamiętam, wspomnę tylko odwiedziny Miłosza, Michnika, Genschera czy lorda Dahrendorfa. Gesine, ówczesna prezydentka uczelni, dobrze wiedziała, skąd popularność tych wykładów. Bez względu na to, kto był gościem, jej laudacje sprowadzały się więc przeważnie do jednego zdania: - Nie będę się rozgadywać, bo wiem, że czekacie już na wino.
Nie może być więc przypadkiem, że dojrzałość to słowo-klucz tak dla wina, jak i studiów. I ja musiałem dojrzeć, aby polubić wino, i stało się to właśnie na studiach. Wcześniej go nie trawiłem (w przenośni) - zmiana dokonała się, gdy nie strawiłem go d o s ł o w n i e . Stało się to dzięki Raoulowi, który pewnego dnia zamieszkał w moim akademiku. Marzyłem wtedy o jednej z pierwszych cegieł Nokii, a że nie mogłem jej kupić jako obcokrajowiec, spadł mi z nieba, biorąc na siebie umowę. Okazał się być synem winiarzy z Nadrenii - nie wypadało więc wzgardzić tym, co przywiózł w samochodzie z domu... Owego ranka, po zaśpiewach typu „Czwarta nad R e n e m ... Już piąta!“ poszedłem do pracy, by cały dzień zeskrobywać farbę z sufitów. Odtąd już nigdy nie miałem kaca.
Żeby spiąć ten odcinek kokardą à la niedawno powstały pub w Szczecinie, wspomnę zdarzenie z innej pracy. Rozbieraliśmy kamienicę nad Odrą i po tym, jak zdjęliśmy wszystkie dachówki, trzeba było spiłować więźbę. Robił to osobiście sam właściciel domu. Przy obiedzie Tomek, który lubił eksperymentować z językiem niemieckim, odnotował z uznaniem, że szef jest świetnym pilarzem. - Oj, jest! - zahuczała szefowa...
czwartek, lipiec 28, 2011
Nad Niemenem, 4
Hesja w języku Zulu Gula to „Zulu Gula“. Hesja to piękna kraj! Pagóry jak ogóry. I to wśród nich, niczym ibn Ladin w Pakistanie, ukryła się moja miłość ze studiów... Poznaliśmy się w pracy (zasadę „żadnych romansów w pracy“ udało mi się utrzymać przez 20 lat - dopóki nie pracowałem). Ta praca dać mi miała życie ponad stan - a dała jak dotąd jedyny w moim życiu nocleg w Best Western. Gdyby to było w Północnej Karolinie, z mocy prawa stanowego moglibyśmy się stać małżeństwem jako niezamężna para w jednym pokoju hotelowym. A tak, to podzieliliśmy się: ja wyjechałem na Północ a Karoline odmieniła stan i została prawniczką.
Już sama praca, w której się poznaliśmy, miała istotne cechy podrywu. Najważniejsze dla agenta ubezpieczeniowego było umówić się na spotkanie - potem jakoś to będzie. A żeby się umówić nie należało wyjaśniać, o co chodzi, tylko enigmatycznie nagabywać: - Spotkajmy się, chodzi o pani/pana pieniądze... No to wyobraźmy sobie polskiego studenta, który to mówi łamanym niemieckim. Któż by się mu oparł? Brzmi jak groźba rosyjskiej mafii. Od razu więc przystał na spotkanie brygadzista z budowy, na której pracowałem. Wyglądem i wymową zupełnie jak ten od „kobiałek“ w Kingsajzie. Odwiedziłem go w enerdylskiej knajpce na Neuberesinchen. Kiedy zdradziłem wreszcie, że chodzi o ubezpieczenie, odparł: - Kiej ja już mam trzy! No, na to mnie nikt nie przygotował (był to jeszcze w moim życiu czas monogamii). Takoż moje prace na studiach realizowały wzorzec monogamii seryjnej. Miały charakter krótkotrwały, przez co najczęściej zastępowały mi kilka tygodni zajęć na uczelni (w ten to sposób licencjat robi się w 6 lat).
Pracodawcy mogli sięgać po obcokrajowców w ostateczności, kiedy wywiad na niemieckim rynku pracy nie dawał efektów. Nie dawał ich notorycznie, ale zawsze musieli próbować. Tak było w księgarni Bertelsmanna, gdzie zatrudniano tylko Polaków, ale za każdym razem trzeba było zwalniać jednego, by przeprowadzić standardową procedurę i w wyniku jej niepowodzenia zatrudnić nowego Polaka. Mogłem tak tam pracować tylko do 30 dni, ale przeliczywszy to na godziny, szefowa utrzymała mnie na ćwierć etatu przez całe lato. A taka praca za ladą to wymarzona na letni podryw. Chociaż jak się człowiek nazbyt wyluzuje, może popełnić faux-pas. Pewnego razu słyszę u kobiety wyraźny akcent i pytam, czy nie jest przypadkiem Polką. W odpowiedzi słyszę zbulwersowane: - Ależ nie przypadkiem!
Księgarnia miała charakter klubu, w którym do zakupu potrzebna była karta członkowska. Jedną z członkiń okazała się moja miłość ze studiów. Ale zanim zorganizowałem jakiś anonimowy podarunek, zniknęła z miasta. Gdy po dziesięciu latach wyśledziłem ją w Hesji, podobnie jak US Forces ibn Ladina w Pakistanie - inaczej niż oni, nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić. I to, że nie wiem, co robić albo że robię wszystko na opak to właśnie syndrom miłości mojego życia. Tak jak wtedy, gdy w hotelowym pokoju przegadaliśmy całą noc... Podczas gdy - jak mi niedawno napisała - nasza firma okazała się organizować na takich wyjazdach sex-parties.
Już sama praca, w której się poznaliśmy, miała istotne cechy podrywu. Najważniejsze dla agenta ubezpieczeniowego było umówić się na spotkanie - potem jakoś to będzie. A żeby się umówić nie należało wyjaśniać, o co chodzi, tylko enigmatycznie nagabywać: - Spotkajmy się, chodzi o pani/pana pieniądze... No to wyobraźmy sobie polskiego studenta, który to mówi łamanym niemieckim. Któż by się mu oparł? Brzmi jak groźba rosyjskiej mafii. Od razu więc przystał na spotkanie brygadzista z budowy, na której pracowałem. Wyglądem i wymową zupełnie jak ten od „kobiałek“ w Kingsajzie. Odwiedziłem go w enerdylskiej knajpce na Neuberesinchen. Kiedy zdradziłem wreszcie, że chodzi o ubezpieczenie, odparł: - Kiej ja już mam trzy! No, na to mnie nikt nie przygotował (był to jeszcze w moim życiu czas monogamii). Takoż moje prace na studiach realizowały wzorzec monogamii seryjnej. Miały charakter krótkotrwały, przez co najczęściej zastępowały mi kilka tygodni zajęć na uczelni (w ten to sposób licencjat robi się w 6 lat).
Pracodawcy mogli sięgać po obcokrajowców w ostateczności, kiedy wywiad na niemieckim rynku pracy nie dawał efektów. Nie dawał ich notorycznie, ale zawsze musieli próbować. Tak było w księgarni Bertelsmanna, gdzie zatrudniano tylko Polaków, ale za każdym razem trzeba było zwalniać jednego, by przeprowadzić standardową procedurę i w wyniku jej niepowodzenia zatrudnić nowego Polaka. Mogłem tak tam pracować tylko do 30 dni, ale przeliczywszy to na godziny, szefowa utrzymała mnie na ćwierć etatu przez całe lato. A taka praca za ladą to wymarzona na letni podryw. Chociaż jak się człowiek nazbyt wyluzuje, może popełnić faux-pas. Pewnego razu słyszę u kobiety wyraźny akcent i pytam, czy nie jest przypadkiem Polką. W odpowiedzi słyszę zbulwersowane: - Ależ nie przypadkiem!
Księgarnia miała charakter klubu, w którym do zakupu potrzebna była karta członkowska. Jedną z członkiń okazała się moja miłość ze studiów. Ale zanim zorganizowałem jakiś anonimowy podarunek, zniknęła z miasta. Gdy po dziesięciu latach wyśledziłem ją w Hesji, podobnie jak US Forces ibn Ladina w Pakistanie - inaczej niż oni, nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić. I to, że nie wiem, co robić albo że robię wszystko na opak to właśnie syndrom miłości mojego życia. Tak jak wtedy, gdy w hotelowym pokoju przegadaliśmy całą noc... Podczas gdy - jak mi niedawno napisała - nasza firma okazała się organizować na takich wyjazdach sex-parties.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
