<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333</id><updated>2012-01-08T00:49:10.004+01:00</updated><title type='text'>Morze Przygody</title><subtitle type='html'>Prawda sroga.</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>104</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-6070377957533550246</id><published>2011-11-26T09:00:00.000+01:00</published><updated>2011-12-25T16:26:25.763+01:00</updated><title type='text'>Nad Niemenem, 8</title><content type='html'>Würzburg o mały włos stał się moim Pacanowem. Przed siedmiu laty stało jak byk: „Podróż-Würzburg“, i to nie w byle jakim horoskopie, a w specyfikacji zamówienia publicznego, które realizowałem. Wśród 21 obiektów fortyfikacyjnych Świnoujścia, które mieliśmy zinwentaryzować widniały właśnie "podstawy radarów Würzburg-Reise". &lt;i&gt;Pojęcie kapitulacja pasowało już do obrazu całości&lt;/i&gt;, aż doszukałem się wyjaśnienia. Zwykła literówka: miało być „Riese“, czyli „olbrzym“. Były to bowiem podstawy po niemieckich radarach z serii &lt;i&gt;Würzburg&lt;/i&gt;, model &lt;i&gt;Olbrzym&lt;/i&gt; (przed rewolucją nanotechnologiczną uważano jeszcze, że rozmiar ma znaczenie). Rozwikławszy tę zagadkę, zostałem więc nad Bałtykiem, do Würzburga podróżując dopiero teraz. Z tego samego powodu zresztą nie zostałem fanem brazylijskiego tańca-sztuki walki, bo okazało się, że nie jest to „kaponiera“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak ten ogień z kaponier skrzyżowały się w Niemczech Zachodnich dwie świeckie tradycje. Stara to podroż po świecie, niczym ten Byron albo Krzyżowcy (mniejsza o intencje). Młodzi Niemcy a to biorą wolne przed studiami, a to rozwlekają je niemiłosiernie (czy brzmię, jakbym się tłumaczył?). Druga rzecz to trend od 1945 r. - całym sobą należy protestować przeciwko nazizmowi. Przy skrzyżowaniu tych dwóch tendencji mamy to, co ostatnio zaobserwowaliśmy w Warszawie podczas obchodów 11 listopada. Chodzi jednak głównie o to, że każdy młody człowiek z dobrego domu musi przejść epizod anarchistyczny. U nas objawia się to buntem wobec zabierania kanapek do szkoły. Tam społeczeństwo dojrzalsze i proceder rozkwita słynnymi burdami na 1 maja. Już wczesnym rankiem mamy szykują kanapki (kto by się przeciwko nim buntował, mając takiego wroga do pokonania), po czym młodzież wychodzi na ulice, porzucać brukiem w policję. Policja ma mundury - a jak wiadomo, faszyści też je mieli. Cała para idzie w gwizdek, o czym świadczy fakt, że od 1990 r. zabito w Niemczech w incydentach na tle rasistowskim co najmniej 180 osób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zamieszkach w Berlinie przed laty, Raoul przez kilka tygodni wypatrywał się na plakatach rozwieszonych przez policję: ze zdjęciami dziesiątek zadymiarzy, niewyraźnych, pozakrywanych, w kapturach. Dla młodego mężczyzny odnalezienie się na takim plakacie to było, jak dla jego rówieśniczki trafić na okładkę Maxima!... który nb. akurat wchodzi do Polski. A mnie się przypomina, że Maksym to było imię mojego pierwszego smerfa (przy czym wtedy był to Schlumpf, bo znaliśmy je z Niemiec). Był rok 1986. Po 10 latach, gdy ukazała się pierwsza reklama Pepsi Max, zjeżdżaliśmy jak w reklamie do Morskiego Oka. Wieczorami oddawaliśmy się zaś w Zakopanem akcji „rumowisko“, czyli pilim Pepsi Max z rumem Seniorita. Wszystko to: zadymy, smerfy czy alkohole y alkaloydy to ten sam odwieczny schemat inicjałów rytuacyjnych (czy jakoś tak).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten pierwszy trend niemiecki przejawia się jeszcze w jednym, czego doświadczamy na co dzień w sezonie: turystyce nad Bałtyk. Oczywiście drugi trend skutecznie uniemożliwia pielgrzymowanie do militarnych pozostałości wielkiej Rzeszy. Zastanawiam się więc, co się mogło stać z tymi podstawami radarów, stojącymi samotnie na wydmach w pasie chronionym. Ja to bym je pokruszył, przemalował na bursztyn i opchnął niemieckim turystom. Sam jutro wyruszam w górę Menu (to jakby więc w dół Niemenu), dalej do &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/04/nad-niemenem-2.html"&gt;Bayreuth&lt;/a&gt; przez &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/03/nad-niemenem-1.html"&gt;Schweinfurt&lt;/a&gt; i Bamberg - skąd przybył w XII w. chrystianizator Pomorza. Mówią, że bojówki Palikota planują tu akcje odwetowe. Polska, aby zacząć liczyć się w świecie - musi wreszcie wyruszyć w podróż do swojego Pacanowa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-6070377957533550246?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/6070377957533550246'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/6070377957533550246'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/11/nad-niemenem-8.html' title='Nad Niemenem, 8'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1910694993060205779</id><published>2011-11-20T10:00:00.000+01:00</published><updated>2011-12-25T16:17:35.226+01:00</updated><title type='text'>Nad Niemenem, 7</title><content type='html'>Każdego roku w Europie gluty zabijają tysiąc osób! - czytam w niemieckiej prasie („Glut“ to żar). Od połowy listopada papierosy sprzedawane w Unii muszą odpowiadać nowej, bezpieczniejszej specyfikacji. Ma to ograniczyć liczbę takich śmierci o 40 procent. Im bliżej ustnika, tym mniej powietrza przepuszcza bibuła, tak że pozostawiony papieros sam zgaśnie. (Ciekawe, kiedy podobnie zabezpieczą &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/04/nad-niemenem-2.html"&gt;chusteczki higieniczne&lt;/a&gt;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero co odkryty w Unii gasnący papieros znany był powszechnie w PRL (choć pewnie powodował to skład mikstury, a nie cwana bleta). Moja mama wspomina, że w latach 70. i 80. w paleniu zagranicznych papierosów przykre było właśnie to, że pozostawione na chwilę, całe się jarały. Nasze krajowe za to gasły i można było je później spokojnie &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/05/czubek-twierdzi-e-buda-mierdzi.html"&gt;dopalić jak cygaro&lt;/a&gt;. W owym czasie jako szkrab biegałem z paczką papierosów do drzwi, częstować gości. Najpierw były to Caro, w niebieskiej paczce, potem (czerwone) Carmeny. Wytrwałem w tym zdrowym nawyku biegania, na studiach przewożąc tytoń przez granicę. To jak wszyscy - powie ktoś. Tyle że ja akurat kursowałem w drugą stronę: z Niemiec do Polski. Z Polski wypływały papierosy - bo tańsze, ale ja, to paliłem (dosłownie) pełną gębą: kupowałem więc cygara.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na granicy do pociągów wpadał patrol straży granicznej i trzepał wszystko, co się ruszało w wagonie. Sprawdzali za siedzeniami, pod sufitami, w toaletach. Pomysłowość ludzka nie znała granic - zawsze po wyjściu patrolu znajdował się cwaniak, który coś wyciągnął z jarzeniówki, szyby, puszki piwa... Nie inaczej było na wschodniej granicy, z tymże bardziej. Po prostu bardziej. Wszystko bardziej! Przejście kolejowe w Kuźnicy Białostockiej... Jedzie z nam w przedziale starsza pani. Dopóki pociąg jechał, nie budziła żadnych podejrzeń. Aż wstajemy do wyjścia - tylko ona coś nie może. Musieliśmy ją podnosić - tak była wypchana workami ze spirytem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Krążył wtedy taki żarcik. W anonimowej ankiecie pytają celników, w ile czasu uzbierają na mercedesa. Ci na zachodniej granicy odpowiedzieli, że w miesiąc. Za to na wschodzie - ku wielkiemu zdziwieniu autorów ankiety - twierdzili, że potrzebują całego roku! Poproszeni o wyjaśnienie, odpowiadali, że przecież Mercedes to duża fabryka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te ciągłe kontrole na granicach - miało to swój urok! I jakiś sens socjalizacyjny. Byliśmy jak jedna wielka rodzina. I było z kim pogadać na granicy, a nie jak dziś, tylko sms-y z numerem ambasady (żeby to chociaż zapraszali na raut...). Nie ma co: wielkieś mi uczyniła pustki, moja droga Schengen, rozszerzeniem swoim! Kto by pomyślał, że i u nas tak będzie, kiedy przed 10 laty wjeżdżaliśmy do Bazylei. Jak poprosiliśmy o szwajcarskie pieczątki w paszportach, przez 10 minut podkręcali datę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1910694993060205779?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1910694993060205779'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1910694993060205779'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/11/nad-niemenem-7.html' title='Nad Niemenem, 7'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-9117724558878239614</id><published>2011-11-10T18:00:00.000+01:00</published><updated>2011-11-10T19:06:46.048+01:00</updated><title type='text'>Nad Niemenem, 6</title><content type='html'>Kebab w Rostocku - 3,50 EUR. - &lt;i&gt;Proszę bardzo, młody człowieku&lt;/i&gt; - bezcenne! A już przecież na studiach (przynajmniej w drugiej dziesięciolatce) nie uchodziłem za młodziaka. Zanim jednak wziąłem sobie do serca słowa błazna króla Leara, że nie wypada się zestarzeć zanim się nie zmądrzeje, minęło trochę czasu, kiedy niechybnie głosowałbym na Palikota (inaczej niż wówczas sam Palikot).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po części pewnie z tęsknoty za Summer '68. Kiedy chodziłem do liceum, jedną z nielicznych hipisowskich reminiscencji była reklama C&amp;A Young Collections w MTV. Nic dziwnego więc, że trafiwszy na studia do Niemiec, namiętnie zacząłem kupować w C&amp;A. Wspominam to, gdy po latach pijemy z Raoulem w Berlinie. Raoul słucha ze zdziwieniem i mówi, że u niego, w starym RFN, C&amp;A to była najbardziej obciachowa marka i z dziada pradziada ubierali się tam... tylko dziadowie i pradziadowie - ale nigdy młodzi ludzie. Kiedy ojciec zarządzał, że wstąpią do C&amp;A, tłumaczył się od razu, że to przez wzgląd na babcię: by kupiła sobie nowy biustonosz. Nic dziwnego, że C&amp;A z Frankfurtu zniknął jakoś przed 10 laty, akurat kiedy sieć wkroczyła do Polski. Pod koniec września otworzył swoje podwoje pierwszy szczeciński C&amp;A. Będę się musiał wybrać, by wyrwać jakieś laski pamiętające Summer '68...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żal za tym czasem miał podczas studiów - na równi z harcerstwem - istotny wpływ na mój ubiór. Gdy kiedyś lektor angielskiego zaczął opowiadać o studentach w latach 70., poczułem na sobie sondy spojrzeń. Kiedy wsunąłem się pod ławkę, by ukryć wojskową bluzę i arafatkę, dołem zaczęły wystawać mi glany. A lektor dalej opowiadał o wojskowej modzie studentów lat 70. Odtąd cieszyłem się w grupie cichym szacunkiem godnym nestorowi. Na kulturoznawstwie w ogóle, ale już na lektoratach szczególnie, mieszali się studenci wszystkich roczników, uznano więc pewnie, że zasiedziałem się tutaj jeszcze z pruskich czasów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-8Bykzrn4mwI/ToicnaUPQaI/AAAAAAAAAMY/NQJ9WaXtTMc/s1600/stopdown.jpg" imageanchor="1" style="clear:right; float:right; margin-left:1em; margin-bottom:1em"&gt;&lt;img border="0" height="274" width="400" src="http://3.bp.blogspot.com/-8Bykzrn4mwI/ToicnaUPQaI/AAAAAAAAAMY/NQJ9WaXtTMc/s400/stopdown.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Ten lektor angielskiego miał świetne poczucie humoru i aparycję Alfa, tylko w ogóle nie uczył języka. Był to coś jakby bezpłatny kabaret, o tyle jednak mniej śmieszny, że z obowiązkową obecnością. Ale on to mnie, zupełnie niespodziewanie, nauczył najważniejszej rzeczy, którą wyniosłem ze studiów: „żadnych wymówek!“ („NO EXCUSES!“). Tymi słowami kwitował wszelkie nieobecności: zawaliwszy więc przez obóz harcerski lipcowe zajęcia, musiałem powtórnie obejrzeć cały sezon jego kabaretu. Po tej nauczce dewizą tą kieruję się do dziś, po czym najpewniej poznać można, że już nie studiuję. W ogóle, coraz więcej odhaczam już punktów ze smutnej listy pt. „Jak poznać, że nie jesteś już studentem“. Jak ten, 28.: „Gdy jesteś pijany nie czujesz już tego dziwnego pociągu do znaków drogowych“. Raz z „Grotte“ wróciliśmy do akademika ze znakiem STOP (jestem nawet mgliście pewien, że przewieźliśmy go w nocnym autobusie!). Odtąd co impreza sąsiedzi sobie go wykradali, ale idę o zakład, że do dziś nie opuścił akademika... Dobrze go rozumiem, bo i mnie zawsze było ciężko stamtąd się wydostać (tak na codzień, jak i w długim horyzoncie czasowym).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tamtą, pierwszą, arafatkę zgubiłem zaś na koncercie Marilyna Mansona w Berlinie, skąd bezpośrednio pojechałem na kurs instruktorów harcerskich (zmazując przez całą podróż czarny lakier z paznokci). Manson był wówczas w Polsce persona non grata, przeciwko której grzmiał prominentny działacz znienawidzonego przez nas ZChN. Później „oczy Stefana“ zwróciły się jednak w kierunku innego mężczyzny, a sądząc po jego ostatnich wyborach, Mansona uznałby dziś za mięczaka, bo jeszcze nigdy na scenie nie dokonał aborcji. Co to ja mówiłem, że Szekspir mówił, że mówił błazen króla Leara?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-9117724558878239614?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9117724558878239614'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9117724558878239614'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/11/nad-niemenem-6.html' title='Nad Niemenem, 6'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-8Bykzrn4mwI/ToicnaUPQaI/AAAAAAAAAMY/NQJ9WaXtTMc/s72-c/stopdown.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7293934275553203260</id><published>2011-08-31T14:00:00.000+02:00</published><updated>2011-09-04T10:51:31.395+02:00</updated><title type='text'>Nad Niemenem, 5</title><content type='html'>No właśnie, bo nie samą miłością człowiek żyje. Szczególnie na studiach jest jeszcze seks. Ostatnio przypominam sobie te czasy często, wchodząc w Niemczech do toalet w piętrowych pociągach... Kto sobie tam tego nie wyobraża, niech wie, że jest czyściej niż w polskich akademikach (a te raczej nie słyną ze wstrzemięźliwości). Co więcej, kibelki w &lt;i&gt;bombardierach&lt;/i&gt; są naprawdę wytrzymałe, więc przystosowane do pewnych specjalnych zastosowań (co doceniam, wspominając, jak przed 10 laty wypadłem samowtór spod prysznica w akademiku - wraz ze ścianką kabiny).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do toalet na uczelni chodziłem nawet z kolegami (by nie kupować papieru toaletowego na początku studiów). W ogóle, warto uczęszczać na uniwersytet. W Oslo bywałem tam dla darmowego internetu i pozostawionych samopas konferencyjnych poczęstunków (na Viadrinie nie do pomyślenia - do pilnowania wyszynku zatrudnialiśmy specjalnych praktykantów o psim węchu, refleksie i aparycji).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, że studiowanie we Frankfurcie zajęło mi 10 lat będzie zrozumiałe, jeśli wymienić wszystkie rauty, jakie przy tej okazji zaliczyłem. Ale że niewiele z nich pamiętam, wspomnę tylko odwiedziny Miłosza, Michnika, Genschera czy lorda Dahrendorfa. Gesine, ówczesna prezydentka uczelni, dobrze wiedziała, skąd popularność tych wykładów. Bez względu na to, kto był gościem, jej laudacje sprowadzały się więc przeważnie do jednego zdania: - &lt;i&gt;Nie będę się rozgadywać, bo wiem, że czekacie już na wino.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie może być więc przypadkiem, że dojrzałość to słowo-klucz tak dla wina, jak i studiów. I ja musiałem dojrzeć, aby polubić wino, i stało się to właśnie na studiach. Wcześniej go nie trawiłem (w przenośni) - zmiana dokonała się, gdy nie strawiłem go  d o s ł o w n i e . Stało się to dzięki Raoulowi, który pewnego dnia zamieszkał w moim akademiku. Marzyłem wtedy o jednej z pierwszych cegieł Nokii, a że nie mogłem jej kupić jako obcokrajowiec, spadł mi z nieba, biorąc na siebie umowę. Okazał się być synem winiarzy z Nadrenii - nie wypadało więc wzgardzić tym, co przywiózł w samochodzie z domu... Owego ranka, po zaśpiewach typu „Czwarta nad  R e n e m ... Już piąta!“ poszedłem do pracy, by cały dzień zeskrobywać farbę z sufitów. Odtąd już nigdy nie miałem kaca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby spiąć ten odcinek kokardą à la niedawno powstały pub w Szczecinie, wspomnę zdarzenie z innej pracy. Rozbieraliśmy kamienicę nad Odrą i po tym, jak zdjęliśmy wszystkie dachówki, trzeba było spiłować więźbę. Robił to osobiście sam właściciel domu. Przy obiedzie Tomek, który lubił eksperymentować z językiem niemieckim, odnotował z uznaniem, że szef jest świetnym pilarzem. -&lt;i&gt; Oj, jest!&lt;/i&gt; - zahuczała szefowa...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7293934275553203260?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7293934275553203260'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7293934275553203260'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/08/nad-niemenem-5.html' title='Nad Niemenem, 5'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><georss:featurename>Frankfurt nad Odrą, Niemcy</georss:featurename><georss:point>52.3471444 14.5504683</georss:point><georss:box>52.1919484 14.234611300000001 52.502340399999994 14.8663253</georss:box></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2092518341495438560</id><published>2011-07-28T14:00:00.013+02:00</published><updated>2011-08-01T21:18:30.070+02:00</updated><title type='text'>Nad Niemenem, 4</title><content type='html'>Hesja w języku Zulu Gula to „Zulu Gula“. Hesja to piękna kraj! Pagóry jak ogóry. I to wśród nich, niczym ibn Ladin w Pakistanie, ukryła się moja miłość ze studiów... Poznaliśmy się w pracy (zasadę „żadnych romansów w pracy“ udało mi się utrzymać przez 20 lat - dopóki nie pracowałem). Ta praca dać mi miała życie ponad stan - a dała jak dotąd jedyny w moim życiu nocleg w Best Western. Gdyby to było w &lt;i&gt;Północnej Karolinie&lt;/i&gt;, z mocy &lt;i&gt;prawa stanowego&lt;/i&gt; moglibyśmy się stać małżeństwem jako niezamężna para w jednym pokoju hotelowym. A tak, to podzieliliśmy się: ja &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/01/norges-lover1nelson-will-is-coming-to.html"&gt;wyjechałem na &lt;i&gt;Północ&lt;/i&gt;&lt;/a&gt; a &lt;i&gt;Karoline&lt;/i&gt; odmieniła &lt;i&gt;stan&lt;/i&gt; i została &lt;i&gt;prawniczką&lt;/i&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już sama praca, w której się poznaliśmy, miała istotne cechy podrywu. Najważniejsze dla agenta ubezpieczeniowego było umówić się na spotkanie - potem jakoś to będzie. A żeby się umówić nie należało wyjaśniać, o co chodzi, tylko enigmatycznie nagabywać: - &lt;i&gt;Spotkajmy się, chodzi o pani/pana pieniądze&lt;/i&gt;... No to wyobraźmy sobie polskiego studenta, który to mówi łamanym niemieckim. Któż by się mu oparł? Brzmi jak groźba rosyjskiej mafii. Od razu więc przystał na spotkanie brygadzista z budowy, na której pracowałem. Wyglądem i wymową zupełnie jak ten od „kobiałek“ w &lt;i&gt;Kingsajzie&lt;/i&gt;. Odwiedziłem go w enerdylskiej knajpce na Neuberesinchen. Kiedy zdradziłem wreszcie, że chodzi o ubezpieczenie, odparł: - &lt;i&gt;Kiej ja już mam trzy&lt;/i&gt;! No, na to mnie nikt nie przygotował (był to jeszcze w moim życiu czas monogamii). Takoż moje &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lover-35-trzeba-grac-bez.html"&gt;prace na studiach&lt;/a&gt; realizowały wzorzec monogamii seryjnej. Miały charakter krótkotrwały, przez co najczęściej zastępowały mi kilka tygodni zajęć na uczelni (w ten to sposób licencjat robi się w 6 lat).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracodawcy mogli sięgać po obcokrajowców w ostateczności, kiedy wywiad na niemieckim rynku pracy nie dawał efektów. Nie dawał ich notorycznie, ale zawsze musieli próbować. Tak było w księgarni Bertelsmanna, gdzie zatrudniano tylko Polaków, ale za każdym razem trzeba było zwalniać jednego, by przeprowadzić standardową procedurę i w wyniku jej niepowodzenia zatrudnić nowego Polaka. Mogłem tak tam pracować tylko do 30 dni, ale przeliczywszy to na godziny, szefowa utrzymała mnie na ćwierć etatu przez całe lato. A taka praca za ladą to wymarzona na letni podryw. Chociaż jak się człowiek nazbyt wyluzuje, może popełnić &lt;i&gt;faux-pas&lt;/i&gt;. Pewnego razu słyszę u kobiety wyraźny akcent i pytam, czy nie jest przypadkiem Polką. W odpowiedzi słyszę zbulwersowane: - &lt;i&gt;Ależ nie przypadkiem!&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Księgarnia miała charakter klubu, w którym do zakupu potrzebna była &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-55-17-cm-to-za-mao.html"&gt;karta członkowska&lt;/a&gt;. Jedną z członkiń okazała się moja miłość ze studiów. Ale zanim zorganizowałem jakiś anonimowy podarunek, zniknęła z miasta. Gdy po dziesięciu latach wyśledziłem ją w Hesji, podobnie jak US Forces ibn Ladina w Pakistanie - inaczej niż oni, nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić. I to, że nie wiem, co robić albo że robię wszystko na opak to właśnie syndrom miłości mojego życia. Tak jak wtedy, gdy w hotelowym pokoju przegadaliśmy całą noc... Podczas gdy - jak mi niedawno napisała - nasza firma okazała się organizować na takich wyjazdach sex-parties.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2092518341495438560?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2092518341495438560'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2092518341495438560'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/07/nad-niemenem-4.html' title='Nad Niemenem, 4'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-390657364432193003</id><published>2011-06-29T17:00:00.008+02:00</published><updated>2011-06-30T12:39:33.429+02:00</updated><title type='text'>Miś kierownicy wilkiem</title><content type='html'>&lt;i&gt;Dawszy na chwilę odpocząć Orzeszkowej, uregulujmy rachunek z Sienkiewiczem. Oto więc mój „Pan Wołodyjowski“ – najsmutniejszy i ostatni odcinek trylogii przygód misia i kierownicy.&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Oslo miałem przed trzema laty na rowerze wypadek, który przeżyłem dzięki temu, że dopiero ruszałem i że było z górki. Zahamowałem, pękła obręcz koła (standard przy &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/01/kierownica-ucieka-misiowi.html"&gt;hamulcach z kokosa&lt;/a&gt;) i przekoziołkowałem. Na dalsze pół roku zawiesiłem więc własny rower w szafie, przenosząc się na przygodne znajomości z miejskimi rowerami (przygodne znajomości to sedno-Oslo).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Polski wracałem z rowerem w częściach. W pociągu Gdańsk – Szczecin przywitała mnie   rzeczywistość z „Misia“. Za przewóz ramy, wprawdzie z przyległościami, no ale przecież bez kół, konduktor kazał mi płacić jak za rower. – &lt;i&gt;No, panie, widzę przecie, że to rower, a że nie ma kół, to juz pana problem!&lt;/i&gt; – objaśnił. W podobnej sytuacji kierowca autobusu w Oslo odpowiadał: – &lt;i&gt;Bilet na rower? Jaki rower, jak nie masz kół! Siadaj!&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wszystkie urzędy w Polsce sprawiają rowerom takie trudności, ale to tylko dlatego, że te ważniejsze od konduktora po prostu się nimi nie przejmują (taki nasz marszałkowski to nawet przy wytyczaniu regionalnych szlaków rowerowych). Kiedyś w Marszałkowskim bywałem często. Raz na portierni mówię, jak zawsze, że chcę wnieść rower na górę. – &lt;i&gt;Nie zostawię go przecież na dziedzińcu, a na górze to mi go chyba nie ukradną, co?&lt;/i&gt; – zagaiłem panią z portierni. Na co ona, z przenikliwością samego błazna króla Leara – &lt;i&gt;Panie, oni... tam... to nie rowery...&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po powrocie z Oslo wyprostowano mi i odmalowano ramę, stuningowano pojazd na cacy. Kosztowało jak za drugi rower, ale ja nie mógłbym nigdy mieć dwóch – w końcu rower to nie dziewczyna! W trakcie sezonu wykonywałem jeszcze tylko drobne przeróbki na potrzeby chwili. Jak ta podczas mundialu, gdy wyciągnąłem jakieś zawleczki z kół. „Albo ja, albo CLOSE“ – pomyślałem buńczucznie, burcząc na baczność „Rotę“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nastała jesień i wybory samorządowe. &lt;i&gt;Rowerowy Szczecin&lt;/i&gt; zaprosił na pogaduchy kandydatów na prezydenta Szczecina. Wydało sie, ze Jędrzej Wijas widziany był, jak przypina rower do śmietnika! – &lt;i&gt;No a gdzie, jak nie ma do czego?&lt;/i&gt; – tłumaczył, na co wiceprezydent Soska zapewnił, że wkrótce radny będzie mógł przypiąć swój rower do stojaków z marką Floating Garden. Prezydent pozostał na stanowisku, można się więc spodziewać realizacji tej obietnicy: czekam, aż Floating Garden trafi na śmietnik!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedawno zaś Szczecin ogłosił konkurs na „oficera rowerowego“. Przeglądając blogi &lt;i&gt;cycle chic&lt;/i&gt;, wyobrażam sobie, jak wyglądają takie rowerowe oficerki! Czy jak buty Małego Rycerza, gdy na odchodne rzucał pod Kamieńcem swe zmiękczające kolana „Nic to!“? Mój Mały Rycerz nie zdążył się ze mną pożegnać, kiedym go zostawił na noc pod dworcem w Königs Wusterhausen. Ale nie, nie dam się podpuścić, o kradzież posądzając Niemców, nawet tych naturalizowanych. (Odpada też, jak już wiemy, nasz Marszałkowski). Musi być dopadła mnie zemsta &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2006/09/mi-kierownicy-ucieka.html"&gt;trykotu onet.pl&lt;/a&gt;. A, C...LOSE mu w... koła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mówiąc więc słowami Makuszyńskiego: „Na nic płacze, na nic krzyki – koniec przygód Fiki-Miki“. Przynajmniej w tym składzie sagę misia i kierownicy uznaję za zakończoną. Jest już inny miś, który jej dosiada, ale czy ja... z nową kierownicą? Wątpię. Mówiłem, rower to nie kobieta. „Nic to“, została mi przecież pompka. Już nie tamta, tylko nowa, mała biała. (No to może pasuje chociaż do ipoda).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-390657364432193003?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/390657364432193003'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/390657364432193003'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/06/mis-kierownicy-wilkiem.html' title='Miś kierownicy wilkiem'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1877249341153159075</id><published>2011-05-07T10:00:00.002+02:00</published><updated>2011-05-07T10:25:20.887+02:00</updated><title type='text'>Nad Niemenem, 3</title><content type='html'>W Bayreuth natrafiam też na tabliczkę: „&lt;i&gt;Tu sika się na siedząco&lt;/i&gt;“ - a na niej chłopak, siedzący, a jakże, tyle że na podłodze. Między nim a muszlą - ulubiona krzywa mojego kota (pół logo McDonald's). Gdzie ta tabliczka była 10 lat temu, kiedy dziewczyny w akademiku zmuszały nas do siadania na różowych pluszach sedesu? Ech, ten Bayreuth - zawsze &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/04/nad-niemenem-2.html"&gt;poniewczasie&lt;/a&gt;! A w czas i niewczas mają się tak właśnie, jak Men do Niemenu. I opodal do...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieopodal Bayreuth, na jednej z frankońskich stacyjek odnajduję familiarne „Ch.W.D.P.“! Dla kulturoznawcy czytelny znak, że dotąd co najmniej sięgali bracia Słowianie! O podobnym haśle będzie ta opowieść, zostawmy więc niewczas i wróćmy do wczasów, kiedy to w akademiku odwiedzały mnie na raz dwie różne ekipy ze Szczecina (w myśl porzekadła, że pokorne ziele dwie lufki ssie).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciepłe lato upływało nam na &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/03/nad-niemenem-1.html"&gt;irc-u&lt;/a&gt; i ssani-u wermut-u za 2 DM (który to Ciaho potrafił obalić jednym s(u)sem), a z zadań bardziej odpowiedzialnych, na przygotowywaniu się do meczów amerykańskiego futbolu... Magia przygotowań, szczególnie żeberka, sprawiała, że koniec końców na mecz dotarliśmy tylko raz (i pamiętam zeń raptem półtorej czyrliderki). W segmencie wszyscy zgodnie żyli rozdystrybouwani po pokojach zostawionych otworem przez nieobecnych sąsiadów. Krzątając się tak pomiędzy pokojami, moi goście zwykli przenosić mimochodem różne rzeczy (wiadomo, wermut je lepki), to kubek, to butelka, to myszka, wzmacniacz, dywan (potrafił się przykleić do śpiącego, który dopiero w tramwaju się otrząsał).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Itaki&lt;/i&gt; też los spotkał &lt;i&gt;Kamasutrę&lt;/i&gt; Szypkiego, która znalazła się w pokoju kolegi o odmiennej orientacji seksualnej. Potem ktoś tam, porządkując, odłożył ją grzecznie na półkę. A tę któregoś dnia zaczęła przeglądać Olka... skomentowawszy ze zdziwieniem: „&lt;i&gt;A na chuj pedałowi&lt;/i&gt; Kamasutra&lt;i&gt;?&lt;/i&gt;“. (Tak to „N.Ch.P.K.“ stało się hasłem owego lata). Już bez wnikania, na co konkretnie by mu to było, przyznać trzeba, że ten mój sąsiad był nie lada ekscentrykiem. Zbierał na przykład puste butelki po coca-coli, które wstydliwie upychał po szafach, a w butelkach pety, pety, pety. Przebywając w jego pokoju odczuwało się klimat grozy. A jednak, gdy się wyprowadził (pewnie szafom nie starczało już &lt;i&gt;lebensRAM-u&lt;/i&gt;), postanowiłem zasiedlić jego pokój. Dlaczego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż w czasie jego bytności drzwi naszego segmentu nie zatrzaskiwały się od fal panien, które go odwiedzały. Żeby dotrzeć do niego, musiały wziąć ostry zakręt i zawrócić - przez chwilę patrzyły więc w moje drzwi. Gdy jednak wracałem godzinami spod prysznica, podnosząc z ziemi osunięty ręcznik, laski mijały mnie niewzruszone... Przenosiny spod trójki pod piątkę były więc dla mnie ostatnią deską ratunku. Niestety, panny nie pruły na pamięć. Czas połowicznego rozkładu ekscentryzmu okazał się za to na tyle długi, że i ja się nim zaraziłem. (Powinienem był nie lekceważyć ostrzeżeń przed grupami ryzyka). To dlatego dziś też mieszkam pod piątką.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1877249341153159075?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1877249341153159075'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1877249341153159075'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/05/nad-niemenem-3.html' title='Nad Niemenem, 3'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1500426552195991527</id><published>2011-04-12T00:15:00.005+02:00</published><updated>2011-05-31T01:39:02.160+02:00</updated><title type='text'>Nad Niemenem, 2</title><content type='html'>Wciąż we Frankonii, tyle że Górnej. Na ławeczce nad Czerwonym Menem w Bayreuth odkrywam, że nie należy wycierać nosa, paląc. Ciekawe, że palę od 13 lat, smarkam od 33, a jeszcze nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się spróbowac obu czynności na raz... Wzywając pomoc, odkrywam za to sposób na doskonałą komunikację z miejscowymi. Nie wyciągając peta z ust, jak ten John Wayne, brzmię całkiem jak oni. Mówią tu bardzo twardo acz melodyjnie. Tym właśnie ciepłym frankońskim akcentem zaśpiewywał mój pierwszy wykładowca na studiach...&lt;blockquote&gt;'I shall begin at the beginning,' said the DHC, and the more zealous students recorded his intention in their note-books: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Begin at the begining&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;Aldous Huxley: Brave New World (1932)&lt;/blockquote&gt;Moim pierwszym wykładem w życiu był w 1997 r. &lt;i&gt;Islamski fundamentalizm&lt;/i&gt; prof. Wernera Schiffauera. Po godzinie ze zdziwieniem zauważyliśmy, że wykładowca w ogóle nie wspomina o Iranie. Jedna studentka, swieża jak ja, wstała więc i zapytała, że jak to tak!? Prof. Schiffauer odparł, że Iran się nie liczy, a centrum islamskiego fundamentalizmu znajduje się tu, w Niemczech i o tym nas będzie uczył. Dziewczyna zbulwersowana nie pojawiła się już nigdy na wykładzie. Cztery lata później stałem w wielkopowierzchniowym sklepie RTV, wpatrując się w zwielokrotniony obraz płonących wież World Trade Center. Spisek okazał się mieć korzenie w Niemczech - tak jak mówił wykładowca. (A dziewczyna? Pewnie nigdy niczego się nie nauczyła i ma dziś pod sobą cały departament w Brukseli).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prof. Schiffauer był nie tylko moim pierwszym wykładowcą, ale też dziekanem. Przyszło mi się raz z nim spotkać w przezabawnych okolicznościach urzędowych, tj. wylądowałem na dywaniku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pewnym letnim semestrze uczęszczałem na ciekawe zajęcia o filmach Davida Lyncha. Tzn. ciekawy był temat, ale podejście prowadzącej już mniej: w każdej dyskusji nie dopuszczała innej interpretacji niż jej własna. Nieważne, że sam mistrz Lynch nie potrafił nigdy odpowiedzieć, o co mu chodziło... Nie wiedział, bo nigdy nie zapytał pani doktor &lt;i&gt;nomen omen&lt;/i&gt; Diekmann, która szczególnie interesowała się psychoanalizą (acz powinno być raczej odwrotnie...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnego dnia, gdy nadesłałem jej w mailu kolejne spóźnione zadanie domowe, odpisała, że dość już tego: mam już nie przychodzić na zajęcia (na które też notorycznie się spóźniałem). Odparłem czym prędzej, że wyszła mi tą propozycją naprzeciw, bo odczuwałem pewien dyskomfort w związku z jej nieznoszącymi sprzeciwu interpetacjami. - &lt;i&gt;Zrywałem się jednak z łóżka na 9 rano tylko po to, by Panią zobaczyć&lt;/i&gt; - zakończyłem (całkiem szczerze).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak po kilku tygodniach otrzymałem wezwanie do gabinetu dziekana. Prof. Schiffauer pouczył mnie, że są pewne granice, których przekraczać nie wypada, nawet w słowach, i jedną z nich jest ta pomiędzy studentami a ciałem pedagogicznym. Kiedy mi to objaśniał, czułem, że wypełnia swój obowiązek bez przekonania: w końcu nigdy nie udało mi się do niego dopchać przez wianuszek studentek oczarowanych jego aparycją i śpiewnym akcentem. Zapewniwszy go, że zrozumiałem pouczenie, zapytałem, czy w takim razie odradza mi także wysłanie pani Diekmann kwiatów w geście przeprosin? - &lt;i&gt;Na litość boską, proszę tego nie robić!&lt;/i&gt; - zakrzyknął przerażony. I dobrze, bo co bym miał napisać na bileciku? Idealne byłoby „&lt;i&gt;You've got a Pussy I have a Dick, So what's the problem? Let's do it quick&lt;/i&gt;“, no, ale tego hitu Rammsteina jeszcze wtedy nie było.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1500426552195991527?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1500426552195991527'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1500426552195991527'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/04/nad-niemenem-2.html' title='Nad Niemenem, 2'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7904645199207853628</id><published>2011-03-11T18:15:00.000+01:00</published><updated>2011-03-11T18:15:07.802+01:00</updated><title type='text'>Nad Niemenem, 1</title><content type='html'>Każdy twórca ma swoje &lt;em&gt;opus vitae&lt;/em&gt; (tylko jednemu monoteizm daje &lt;em&gt;copyright&lt;/em&gt; na &lt;em&gt;opus dei&lt;/em&gt;). Oto więc moje „Nad Niemnem“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez wielką szybę dwuletniego bloku nowoczesnego centrum młodzieży w Schweinfurcie patrzę na pędzące fale Menu. Co rusz przemyka nad brzegiem rowerzysta, bo rzeka słynie z dobrej drogi rowerowej*, długiej na pół tysiąca km.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;- To nie szprychy pchają koło do przodu, lecz pustka miedzy nimi&lt;/em&gt; - miał rzec Lao-Tse. Każde COŚ wyraża sie poprzez swoje przeciwieństwo... Ten kluczowy aksjomat Wschodu pojąłem gdy nad brzegiem Menu rozmyślałem o Niemenie (Nie Czesławie).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwieczna walka przeciwieństw (zwanych zdaje się Neil i Young) zbierała zawsze okrutne żniwo. Latem 2000 r., gdy odwiedzała mnie spora ekipa znajomych, młodzi przepadli na irc-u na komputerach moich sąsiadów. I tak Lola zapragnęła spotkać się z dopiero co poznanym młodzieńcem z Frankfurtu. Zaproponowała na moście. Kiedy zapytał, na którym, Lola poznała fundamentalną różnicę między Frankfurtem nad Menem a tym nad Odrą, w którym studiowałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niewiele wcześniej, gdy jechaliśmy w Alpy i mieliśmy przesiadkę we Frankfurcie nad Menem, Krzysiek na widok ich stacji zadeklarował: &lt;em&gt;Już nigdy nie nazwę miejsca, na którym stają pociągi w Szczecinie „dworcem“!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Frankfurt i Szczecin, Men i Niemen, dworzec i lipa muszą jednak współistnieć, podobnie jak dobro i zło, cnota i niecnota, rodzaj męsko i niemęskoosoboowy. Ta opowieść będzie o jasnej stronie niemocy - czasie, który spędziłem na studiach we Frankfurcie nad Odrą. Słowo „spędzić“ kojarzy sie upiornie, lecz niestety trafnie. Wydaje mi się, że coś mogło z tego czasu być, nie dano mu jednak szansy, bestialsko rozczłonkowując go i unicestwiając...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na studiach byłem jeszcze takim wrażliwym młodzieńcem! Ale dziś wyzbyłem sie tej cechy tak dalece, że ani nie miewam kaca, ani nie mam już nawet wrażliwych danych. Pozostała mi jedynie wrażliwość na absurd, który jest jak ta szprycha w kole: może to nie on pcha świat do przodu, ale bezeń nie byłoby w ogóle co pchać!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;* Trzeba jednak przyznać, że i Frankfurt nad Niemenem słynął z rowerów. Na ich kradzież ściągali do niego nawet z odległego o 160 km Goleniowa.&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7904645199207853628?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7904645199207853628'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7904645199207853628'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2011/03/nad-niemenem-1.html' title='Nad Niemenem, 1'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-6464342328300503221</id><published>2010-12-31T21:00:00.007+01:00</published><updated>2010-12-31T21:08:41.770+01:00</updated><title type='text'>ßänk ju for träwelling!</title><content type='html'>&lt;blockquote&gt;Było to akurat przed sześcioma laty, gdy po raz pierwszy chciano mi sprzedać dziewczynę ze Wschodu. Po zamknięciu komisji wyborczej nr 55 w Mariupolu nad Morzem Azowskim i podliczeniu głosów, starym słowiańskim zwyczajem wszyscy zasiedli do suto zastawionego stołu. I wtedy przewodniczący komisji, facet, który zdobył mnie od razu aparycją Ala Pacino, wskazuje przeciwną stronę stołu, na 19-letnią Mołdawiankę z komisji i mówi: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Miszka, a może byś ty ją zabrał ze sobą do Polski, co? Upierze ci, ugotuje, to dobra dziewczyna, pracowita. I dzieci wychowa!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/blockquote&gt;Wspomniałem to zdarzenie, kiedy właścicielka stancji w Neubrandenburgu usilnie chciała mi wcisnąć swoją byłą lokatorkę, też ze Wschodu. Nocleg u niej wybrałem, bo najtańszy w mieście. Może zarabia na prowizjach od małżeństw? - myślę sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na Wschodzie wciąż &lt;a href="http://expatwindiach.blogspot.com/2010/03/miosc-w-indiach-czyli-aranzowane.html"&gt;takie obyczaje&lt;/a&gt;, ale u nas to już przecié passé. Zastanawiam się więc, czy właściwie nie byłby to jakiś dowód nonkomformizmu dzisiaj, dać się tak wyswatać, a nie - jak wszyscy - chajtać się z miłości. Albo i awangardy, bo że Ziemia jest okrągła, to i historia kołem się toczy. A ja lubię być &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christians-stoned-3-w-buraczkach.html"&gt;w awangardzie&lt;/a&gt;, w końcu co innego robiłem w tych pociągach, wciąż jako pierwszy otwierając drzwi?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak sobie liczyłem na dwóch liczniczkach wsiadających i wysiadających z pociągu, podśpiewując: „&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Oh I'm a lucky man To count on both hands The ones I love...&lt;/span&gt;“. Przemilczam tylko resztę zwrotki „&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Some folks just have one Yeah others they got none&lt;/span&gt;“. Nie podoba mi się, jak Pearl Jam drwi sobie z niepełnosprawnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Automat do wydawania biletów to ciekawa maszyna. Kilka wersji językowych. Tyle że jedno pole bez względu na wersję językową jest po niemiecku. No, nie całkiem, bo we włoskiej pole to jest akurat po polsku. Co w tym szczególnie dziwnego? A to, że jest to jedyne słowo po polsku, bo w tym automacie polskiej wersji językowej w ogóle ne ma. Jeszcze dziwniejsze więc, że to jedyne słowo po polsku nie zaczyna się na  'k'!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;K... jak kolejna stacja. Ankietująca ze mną Sabine pyta, ilu wysiadło. Mówię: jedna, a właściwie półtorej osoby, bo była w ciąży. Śmiejemy się, próbując wpisać ułamek do aplikacji. Śmiejemy się jeszcze bardziej, wyobrażając sobie, że kontrola pyta nas, jak to możliwe, że wysiadło 1,5 osoby, a wsiadała przecież jedna? Musiałbym odpowiedzieć,  że wsiadając do pociągu nie była jeszcze w ciąży...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co to ja mówiłem o awangardzie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Ostatnia rozmowa z liczmierzem Deutsche Bahn. Liczenie to najlepsza praca, jaką wykonywał, mówi. A robił wiele: &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/11/norges-lover-32-routes-routes-bloody.html"&gt;roznosił gazety&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lover-36-niewidzialna-reka.html"&gt;układał towary&lt;/a&gt; w sklepach... Słucham go oniemiały: w końcu niełatwo spotkać oko w oko własną mowę wewnętrzną!&lt;/blockquote&gt;Czyżby nadeszła pora na powrót do &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/01/norges-lover1nelson-will-is-coming-to.html"&gt;Norwegii&lt;/a&gt;?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-6464342328300503221?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/6464342328300503221'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/6464342328300503221'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/12/ank-ju-for-trawelling.html' title='ßänk ju for träwelling!'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1208652222290553273</id><published>2010-12-26T14:00:00.006+01:00</published><updated>2010-12-26T14:06:45.028+01:00</updated><title type='text'>Lübeck (Quebec)</title><content type='html'>W Lubece na głównej bramie miejskiej inskrypcja SPQL, czyli &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Senatus populusque Lubecensis&lt;/span&gt;. Widoczny znak miejskiej emancypacji na wzór rzymski. Patrzę tak i myślę sobie, jak bardzo niewygodnie musiało być starożytnym Rzymianom pisać „SPQR“ w SMS-ach, przecież wszystko to jeden klawisz! (Z ich cyframi też zresztą nie mieli lekko).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny symbol Lubeki i Niemiec w ogóle: dwugłowy orzeł. To jasne, że musiał powstać tutaj, w ojczyźnie liczenia obłożenia pociągów. Nie raz przy liczeniu wsiadających wydaje mi się, że ktoś ma dwie głowy. I jak tu się potem dziwić, że średnio co druga głowa odmawia odpowiedzi w krótkiej ankiecie? Siadają jak popadnie, jakby nie mogli się podzielić: tu chętni do ankiety - tam nie. Chyba wywieszę stosowne kartki - na wzór norweskich pociągów, gdzie obowiązuje podział na wagony z konduktorem i bez (dla tych, co mają bilet i jedną głowę, której nie chcą, by im zawracano).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemcy to jednak nie Norwegia: kawa jest tu paskudna. Ale nie narzekam, bo na stacji Bad Kleinen (zgodnie z jej dewizą: &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/zy-konduktor-i-jego-klika-w-norwegii.html"&gt;mniejsze zło&lt;/a&gt;) dostaję kawę ze zniżką. Na szczęście nie pytają, czarne czy białe cappuccino (po prostu czasem dają je bez mleka).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracam do lektury &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Financial Times Deutschland&lt;/span&gt;. Po nieudanej fuzji doradczej firmy Roland Berger z Deloitte piszą, że z planów zawojowania świata Bergerowi wyszła wycieczka nad Bałtyk. Zacieram ręce, bo może go tu spotkam na którejś ze stacji przesiadkowych nad morze? Ale choćby nawet, to jak go poznać, kiedy ankieta jest anonimowa...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Czy to jest anonimowe?“ - to pytanie które słyszę często. Raz mówię, oczywiście, a na koniec proszę całą grupę o próbki DNA. No tośmy się pośmiali i poszedłem dalej. Wracam, a oni mówią, że mają dla mnie próbki! Jeden powiada, odciął sobie dla mnie nawet palec. I pyta, czy może coś wygrać. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jasne,&lt;/span&gt; - odpowiadam - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Palec!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inna jest dynamika obdarzania zaufaniem przez podróżnych ze Wschodu... Jeden Białorusin jak się rozgadał! Zdradził mi wszystko, imiona dzieci, nazwiska przełożonych, taktykę Układu Warszawskiego w latach 80., ale kiedy pytam, jaki ma bilet, rzuca podejrzliwe spojrzenie i wcycofuje wsobnie. Wreszcie nachyla się podejrzliwie: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;A ty aby na pewno nie ze służb?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ja na to trzeźwo: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Czy jak bym był ze służb, to bym w ogóle grzecznie pytał?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Prawda!&lt;/span&gt; - chichocze dobrodusznie i rozpogadza się, pokazując drzwi - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ani to jaja w dwiery!&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1208652222290553273?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1208652222290553273'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1208652222290553273'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/12/lubeck-quebec.html' title='Lübeck (Quebec)'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2257895499974792527</id><published>2010-12-19T13:15:00.001+01:00</published><updated>2011-03-11T17:01:25.339+01:00</updated><title type='text'>Morse, Eskimosi i szatan z pierwszej klasy</title><content type='html'>Mój pradziadek był zawiadowcą stacji i umiał telegrafować alfabetem Morse'a. Cała rzecz polegała - mówił - na tym, by nie wystukiwać kropek i kresek, a przeciwnie: robić przerwy w ciągłym sygnale. Chociaż już się nie telegrafuje, ten pradawny zwyczaj zachował się na kolei do dziś. Zamiast rozkładu jazdy obowiązuje rozkład przerw w jeździe. Szczególnie zimą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest śnieg - są Eskimosi, myślę sobie, przyglądając się owiniętym w futra pasażerom pociągu o jakże azjatyckich rysach twarzy. Ale są to rdzenni obywatele wschodnich Niemiec - zgermanizowani Słowianie miejscami wzmocnieni DNA Armii Czerwonej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A poubierani w futra, bo wysiadło ogrzewanie. Ja dobrze wiem, jak sobie poradzić w takiej sytuacji: Pałkiewicz radzi, by rozpruć brzuch renifera i schronić się w środku. Tyle że renifer został w &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christians-stoned-1.html"&gt;szwedzkiej lodówce&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najgorzej jest w 1. klasie, gdzie sople zdają się tworzyć urocze świąteczne świecidełka w kształcie jedynki. Pewnie przez klimatyzację.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dla nich to żaden problem&lt;/span&gt; - stwierdza maszynista. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ci, co jeżdżą pierwszą klasą, to w domach w ogóle nie ogrzewają&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeden taki odmawia udzielenia odpowiedzi. Mówi, że u niego w Hesji, ilekroć prowadzono takie badania, znikały połączenia. Kiwam ochoczo w duchu, na głos zaprzeczając. Zaczynamy dyskutować, głównie oczywiście o bajzlu na kolei. Pocieszam go więc, że w Polsce jest jeszcze gorzej. Trochę go tym zmartwiłem, bo ma zamiar towarzyszyć Niemcom na Euro 2012. Opowiadam o &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/zy-konduktor-i-jego-klika-w-norwegii.html"&gt;trudnościach&lt;/a&gt;, jakie go mogą spotkać.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;W takim razie mam nadzieję, że przynajmniej nie będziemy musieli grać na Ukrainie&lt;/span&gt; - kwituje.&lt;br /&gt;Na następnej stacji ochrona wyciąga mojego rozmówcę z pociągu. No, uważam, że to skandaliczne, by w miejscach publicznych powątpiewać w to, że Niemcy dojdą do finału (który jak wiadomo, rozegrany zostanie w Kijowie).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilku godzinach jazdy w krytycznym zimnie dosiada się konduktor. Wysłuchawszy spokojnie, w czym problem, przystępuje do działania.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Trzeba umieć sprzedać produkt!&lt;/span&gt; - mówi, rozebrawszy się do koszulki z krótkim rękawkiem. Kilka razy przechodzi po pociągu w tę i z powrotem, tak że podróżni od razu się rozchmurzają. Widać, podzieliliśmy się rolami dobrego i złego... konduktora - znowu muszę dzwonić po ochronę, gdy jedna ze stałych bywalczyń tej trasy skarży się:&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;I po co my panu odpowiadaliśmy na tę ankietę, znowu zdrożały bilety!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ech, ludzka niewdzięczność! Niech się cieszy, że nie skasowali tego połączenia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2257895499974792527?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2257895499974792527'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2257895499974792527'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/12/morse-eskimosi-i-szatan-z-pierwszej.html' title='Morse, Eskimosi i szatan z pierwszej klasy'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2794047794257562043</id><published>2010-12-10T20:00:00.003+01:00</published><updated>2010-12-10T20:11:32.654+01:00</updated><title type='text'>Love in Ventschow</title><content type='html'>Niemcy mają zwyczaj dodawania przedrostków do nazw miast, w których urodził się ktoś słynny, np. &lt;em&gt;Lutherstadt Wittenberg&lt;/em&gt; (raz się jeden tak rozepchał, że zabrakło miejsca dla samej nazwy miasta). Na mojej trasie jest jedna taka miejscowość: Reuterstadt Stavenhagen. Myślę sobie: zbieżnosć nazw z amerykańską agencją informacyjną, czy znów wszechobecne macki Stasi?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wysiadam z pociągu z liczniczkiem jak z reklamy Axe i &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/zy-konduktor-i-jego-klika-w-norwegii.html"&gt;klikam&lt;/a&gt;. A dokładniej, mam dwa liczniczki, by oburącz zliczyć wsiadających i wysiadających. Kiedy poprosiłem szefa o drugi liczniczek, zapytał: - &lt;em&gt;Co Ty, jesteś perkusistą?&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No to tak klikając, nucę sobie Stonesów (trudno nie być fanem ich sekcji rytmicznej). W Stavenhagen wypadło na &lt;em&gt;Love in Vain&lt;/em&gt;. Wtem wysiadająca starsza pani prosi mnie o pomoc. Nihil novi, &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/04/norges-lover7gary-czekstary-i-sen-lary.html"&gt;jak wiadomo&lt;/a&gt;, mam powodzenie u starszych pań... I kiedy nucę „When the train come in to station I looked her in the eye...“, łapczywie chwyta mój wzrok. No tak, myślę sobie: kolejna, która spała z Jaggerem. Wprawdzie ten kawałek to akurat nie jego, ale to pasuje tym bardziej: te, z którymi sypiał też rzadko były jego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wysiadająca opowiada, że przyjechała tu aż z Niemiec Zachodnich na urodziny Fritza Reutera. - &lt;em&gt;Musi go pan znać!&lt;/em&gt; - mówi z przekonaniem. - &lt;em&gt;A niby po co, jak nie był w Stonesach?&lt;/em&gt; - odpowiadam. Pani wyjaśnia, że to już jego 200. urodziny. - &lt;em&gt;Wow, no to pani to się nieźle trzyma!&lt;/em&gt; - odpowiadam, życząc udanej prywatki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odprowadzając wzrokiem tę Marianne Faithfull Teutonów, myślę sobie, że gdyby jechała ze Stanów, już by tu nie dotarła. Wprowadzono tam bowiem ustawę, którą Paul Krugman z &lt;em&gt;New York Timesa&lt;/em&gt; nazwał ustawą „Wyrzuć-mamę-z-pociągu“. Od nowego roku wracają wycofane przez Busha wysokie podatki od spadków. To znaczy, że rodzinom bardziej opłaca się pożegnanie bliskich przed 31 grudnia niż po...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sprawę opisuje &lt;em&gt;Financial Times Deutschland&lt;/em&gt;, przypominając, że gdy w Australii czy Szwecji wprowadzano odwrotne rozwiązanie, powszechne stało się zwlekanie ze zgloszeniem zgonu do nowego roku. Teraz jednak nikt sobie nie wyobraża, by zaczęto stosować tricki mające przyspieszyć czyjeś odejście. &lt;em&gt;- Żadnemu Amerykaninowi nie przyjdzie do glowy wyrzucić mamusi z pociągu!&lt;/em&gt; - zapewnia niemiecki komentator - &lt;em&gt;Bo przecież kto w USA jeździ dzisiaj pociągami?&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2794047794257562043?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2794047794257562043'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2794047794257562043'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/11/love-in-veintschow.html' title='Love in Ventschow'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8837321817007442312</id><published>2010-11-20T17:00:00.004+01:00</published><updated>2010-11-25T16:11:45.498+01:00</updated><title type='text'>Bucalala!</title><content type='html'>Jeden maszynista już plynnie mówi po polsku. Nauczył się, przez 15 lat jeżdżąc na linii Berlin-Kostrzyn. Trzeba było nie szlajać się po wykładach, kiedy studiowałem w Niemczech - myślę sobie - tylko nie wysiadać z pociągu, a bym teraz płynnie mówił po niemiecku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja wątpliwość daje się łatwo wyczuć. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Co właściwie robi się po kulturoznawstwie?&lt;/span&gt; - zagaduje mnie ankietujący ze mną Claus. Odpowiadam: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Widzisz przecież, że ankietuje w pociągach!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polski humor jest jeszcze czarniejszy od angielskiego, kwituje Claus, po czym chwali się, że jest z Hannoveru, miasta od wieków związanego z dynastią panującą w Zjednoczonym Królestwie. Humor też mamy, mówi, podobny, ale Polaków to i Monty Python nie przebije - przyznaje (czyżby znał &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wilq'a&lt;/span&gt;?) Odtąd przerzucamy się dykteryjkami o jego nasłynniejszej krajance, królowej Wiktorii i mojej - carycy Katarzynie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stwierdzam wreszcie, że Niemcy też się lubią pławić w absurdzie, tyle że nie potrafią tego opisać. Dlatego Anglicy i Polacy będą im zawsze potrzebni. Weźmy przykład, gdy w czasie I wojny światowej dom panujący w Zjednoczonym Królestwie zmienił nazwę - była w końcu niemiecka, a z Niemcami trwała wojna. W tym samym czasie podobnie postąpiła inna rodzina książęca. Poprzez małżeństwo królowej Elżbiety II rodziny się połączyły i stoimy dziś u progu dynastii o jakże drewnianym, szlachetnym brzmieniu &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Windsor-Mountbatten&lt;/span&gt;. Jakże lepiej od blaszanej &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sachsen-Coburg-Gotha-Battenberg&lt;/span&gt;!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak widać, mam podczas ankietowania wiele możliwości, by spełniać się w wyuczonym zawodzie. A jest o czym rozmyślać, kiedy się mija 37 stacji! Na razie wspomniałem tylko o &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/zy-konduktor-i-jego-klika-w-norwegii.html"&gt;jednej&lt;/a&gt; nazwie miejscowości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weźmy taki Neubrandenburg - miasto założone na wzór Brandendurga. Na tych ziemiach było to dość powszechne. Na wzór Stettina powstał Neustettin, a Berlina - Neuberlin (Klein Berlin). Dziś oba nazywają się &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Szczecinek&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Barlinek&lt;/span&gt;. Zastanawiam się więc, jak mógłby się nazywać Neubrandenburg, gdyby znalazł się w granicach Polski. Wychodzi, że niechybnie: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Brandenburżek&lt;/span&gt;. Mało poważnie, co? Za to gdyby skolonizowali go Wikingowie, pewnie stałby się &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nowym Björkiem&lt;/span&gt;!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z etykietą, Lalendorf to wieś. Ale z etykietami przecież trzeba uważać, bo można się dać zaskoczyć, w takim np. Düsseldorfie. Na szczęście Lalendorf to obietnica z podwójną usługą krycia: to tu wsiadają i wysiadają najudańsze lale na trasie. Gdzie jadą? A dokąd mogą jechać wiejskie lale, jak nie do miastowych buców? W Polsce rozgorzała dyskusja między „zwolennikami“ Mysłowic i Paczkowa, a ja myślę, że w zapowiadanym 16. odcinku swoich przygód Wilq trafi właśnie tu, do Bützow.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.facebook.com/photo.php?fbid=156593557715259&amp;set=a.123595844348364.8196.122897624418186"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 600px; height: 189px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/TOft5gyxBFI/AAAAAAAAAJk/ZFCtsH55VfM/s1600/74364_156593557715259_122897624418186_252744_992402_n.jpg" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;Być może odpyka na swojej mandolince: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/01/norges-lover1nelson-will-is-coming-to.html"&gt;A może byśmy tak najmilsza wpadli na dzionek do Bucowa?&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do mnie to już piszcie na Buców!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8837321817007442312?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8837321817007442312'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8837321817007442312'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/11/bucalala.html' title='Bucalala!'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/TOft5gyxBFI/AAAAAAAAAJk/ZFCtsH55VfM/s72-c/74364_156593557715259_122897624418186_252744_992402_n.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-4245746690362863019</id><published>2010-11-09T03:00:00.006+01:00</published><updated>2010-11-09T11:59:34.753+01:00</updated><title type='text'>Zły porucznik a klika</title><content type='html'>W Norwegii najbardziej doskwiera mi brak pociągów. Jakieś tam niby są, ale kto by się tłukł na daleką północ - nie jestem już przecież &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2000_04_01_archive.html"&gt;turystą&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale przecież, jak rzekł o mnie kiedyś Romek: &lt;em&gt;Ten to się nie wyśpi, jak się nie najeździ&lt;/em&gt;. Żeby więc uzupełnić bilans snu, lato i jesień spędziłem na polsko-niemieckim pograniczu, licząc i ankietując podróżnych w pociągach. Że to praca dla Niemców, to oczywiste, gdy spojrzeć na kurs euro. Spadł; a zawsze spada ta waluta, w której w danym momencie zarabiam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taliban zniszczył moje &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/07/norges-lover-63-dwujezyczni-zagada.html"&gt;słuchawki&lt;/a&gt;. Ale zanim to się wydarzyło, liczmierz niemieckich kolei myślał, że to narzędzie służące mi do komunikowania się z centralą. W ogóle patrzył z zazdrością na nas, gadżeciarzy z prywatnych firm, bo oprócz słuchawek na szyi miałem PDA z aplikacją i przyrząd do klikania (tak, ten dobrze znany z reklamy AXE).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A on, cóż, biegał z piórkiem, jak ten Goethe. Mimochodem zaczął więc przechodzić obok mnie, by sprawdzić i porównać liczby (czyt. poprawić u siebie). Ach, żeby tak nadszedł czas, gdy niemieckie koleje zgapiają od Polaków... Na razie nie ma szans. I tak np. do 2012 r. pograniczni konduktorzy i maszyniści w Niemczech muszą nauczyć się polskiego! Wyobraziłem sobie gehennę niemieckich kibiców w polskich pociągach podczas Euro 2012... Cała nadzieja w tym, że niektórzy z nich okażą się sami być kolejarzami, więc będą znali polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obojętne w jakim języku, zawsze warto porozmawiać z maszynistą. - &lt;em&gt;Jest tu takie miejsce...&lt;/em&gt; - mówi mi jeden, pokaże je za pół godziny, gdy opuścimy las - &lt;em&gt;gdzie w zeszłym roku zawiało śniegiem z pola i siuuuuu... na tory. Ostatni raz taka zima to była w latach 70.!&lt;/em&gt; - mówi i próbuje doprecyzować - &lt;em&gt;w '77, a może w '78?&lt;/em&gt; - &lt;em&gt;Teraz będzie podobnie?&lt;/em&gt; - pytam. - &lt;em&gt;A skąd, niemożliwe, żeby tak samo dwa razy z rzędu...&lt;/em&gt; - ale głos mu się jakoś załamuje i dopowiada - &lt;em&gt;O kurde, wtedy to było i w '77, i '78!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed 30 laty, kiedy tak zawiało, linia była cały czas przejezdna. Teraz potrwało kilka dni, zanim usunięto śnieg. Powód? Trzeba było ustalić, kto za to zapłaci. Przewoźnik powiedział, że płaci za korzystanie z torów, mają być więc przejezdne. Zarządca torów stwierdził, że zawiało z pól - niech płaci więc ten, kto ten śnieg podrzucił... Przypomina to &lt;a href="http://www.rp.pl/artykul/560085.html"&gt;coś&lt;/a&gt;?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maszynistów wymienia się na trasie trzech. Konduktor wskakuje właściwie tylko na kilka stacji i nikt już więcej nie kontroluje biletów. Jedynie ankieterzy pozostają w tym pociągu bite 5 godzin od Szczecina do Lubeki lub (a często i i) w przeciwnym kierunku. Trudno się więc dziwić, że to mnie podróżni uważają tu za szefa, gdy chodzę tak w tę i z powrotem. Mógłbym zrobić niezły biznes na lewych biletach, jak na mecz Polska-Węgry w „Złym“ Tyrmanda. Skojarzenie o tyle dobre, że przejeżdżamy przez miejscowość o nazwie &lt;em&gt;Bad&lt;/em&gt;, a dokładniej &lt;em&gt;Bad Kleinen&lt;/em&gt; („Mniejsze zło?“).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Michał (z-ły na końcu).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-4245746690362863019?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4245746690362863019'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4245746690362863019'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/zy-konduktor-i-jego-klika-w-norwegii.html' title='Zły porucznik a klika'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-5788727527819510584</id><published>2010-10-27T12:00:00.001+02:00</published><updated>2010-10-27T12:04:48.109+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (71) Rezydent i wilk</title><content type='html'>W Szwecji do parlamentu dostali się Szwedzcy Demokraci, otwarcie niechętna imigrantom partia, uznana za &lt;em&gt;enfant terrible&lt;/em&gt; szwedzkiego porządku politycznego. Tradycyjnie okazuje się, że wszechwładne jakoby prawo podaży i popytu &lt;em&gt;znów gdzieś akurat&lt;/em&gt; nie obowiązuje - skoro pojawia się taka partia, to na pewno została nasłana z kosmosu, a nie odpowiada na rzeczywiste zapotrzebowanie cywilizowanego społeczeństwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A przecież wystarczy spojrzeć na &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-25-jens-we-can-sofa-sen.html"&gt;wyniki wyborów&lt;/a&gt; w Danii i Norwegii, by skonstatować, że od lat jedną z głównych sił są tam podobne partie, i to nie z poparciem 5, lecz 20-30 procent. Żadna z nich nie wsparła jednak Szwedzkich Demokratów, partie te dystansują się od siebie wzajem. Całkiem to zrozumiałe - bo jak to tak, widział kto &lt;em&gt;szowinistyczno międzynarodówkie&lt;/em&gt;?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trudno czuć niechęć do imigrantów, będąc jednym z nich, tym bardziej, gdy człowiek sam uznaje ich pierwszeństwo. Na poczcie pani mówiąca biegle po norwesku - Wietnamka, w autobusie takiż Sikh... Dosć przypomnieć, że większosć prostych zawodów &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/05/norges-lover9corectness-ledziowe-w.html"&gt;wykonują &lt;/a&gt;właśnie oni. Wracasz późno z pracy, taksówkarze napierdalają przez radio w urdu. Klienci w sklepie wielopowierzchniowym? &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lecter-40-po-drugiej-stronie.html"&gt;A jakże&lt;/a&gt;, aryjczyka jak na lekarstwo! Przybywszy tu po nich, od razu rozpoznaję w nich &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-29-plastus-wiking.html"&gt;gospodarzy&lt;/a&gt; i w tym na pewno różnię się od białych Skandynawów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponadto traktuję ich też jak turysta. Wesoły jest nawyk mówienia do siebie na głos, tak częsty u Arabów, Persów, Hindusów etc. i przeradzający się w gromkie podśpiewywanie w miejscach publicznych. Jest to dla mnie w Oslo element &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-26-there-are-nine-million.html"&gt;lokalnego kolorytu&lt;/a&gt;, wyciągam ku nim niemal dyktafon, niczym japoński turysta aparat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic a nic mnie to nie denerwuje. A przecież takie samo zachowanie w podszczecińskim pociągu doprowadzało mnie do furii, gdy jeden taki kolorowy wciąż rzucał się do okien i na każdym przystanku mamrotał niby to do siebie: &lt;em&gt;Ciecin, ciecin?&lt;/em&gt; Pragnął zdaje się pomocy. Nie byłem łaskaw jej mu udzielić, ba, perwersyjną przyjemność sprawiała mi wręcz jego rozterka. Pohukiwałem tylko na wspomnienie żydowskiego kawału, jak to dwóch icków jedzie pociągiem i na każdej stacji jeden pyta, gdzie są, na co drugi wychyla się i mówi: &lt;em&gt;Lamęcin&lt;/em&gt;. Przedział ich notorycznie stawał bowiem przez toaletą &lt;em&gt;dla mężczyzn&lt;/em&gt;. Takież podstawy do konfuzji miał chłopak z pociągu: mijaliśmy &lt;em&gt;Szczeciń...ski Stargard, Szczecin... Zdunowo, Szczecin... Dąbie, Szczecin... Zdroje, Szczecin... Port Centralny&lt;/em&gt;! Kto bez dyplomu z filologii domyśli się, że &lt;em&gt;Główny&lt;/em&gt; to akurat ten wlaściwy i jedyny &lt;em&gt;Ciecin&lt;/em&gt;, na którym należałoby wysiąść?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy wspomniałem, że nosił koszulkę z orłem w koronie i napisem &lt;em&gt;Poland&lt;/em&gt;? To wkurzyło mnie chyba najbardziej. W Niemczech tymczasem odtrąbiono właśnie klęskę prób asymilacji poprzez tzw. &lt;em&gt;Leikultur&lt;/em&gt;. Aktualna jak nigdy okazuje się treść napisu na frankfurckich murach, wypatrzona w końcu lat 90.:&lt;blockquote&gt;Twój wóz - Japończyk, Twoja pizza - Włoch, dywan - Pers, kawa - Etiopczyk. A sąsiad... tylko obcokrajowiec.&lt;/blockquote&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-5788727527819510584?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5788727527819510584'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5788727527819510584'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/10/norges-lover-71-rezydent-i-wilk.html' title='NORGES LOVER (71) Rezydent i wilk'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1983142795359706876</id><published>2010-10-03T12:00:00.003+02:00</published><updated>2010-10-03T23:42:43.703+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (70) W szponach kofeiny</title><content type='html'>Eliotowskie „measure life with coffee spoons“ jest Norwegom obce. Oni nie patyczkują się, ani z życiem, ani tym bardziej z kawą. Żadne tam łyżeczki - kawę chwytają pełnymi garściami i leją w gardła najgłębszą głąb. W takich okolicznościach bardzo ryzykowna wydaje się reklama Norwegiana, kiedy skubał klientów skandynawskiemu SAS, pisząc: „Kawa smakuje dobrze, ale niskie ceny lepiej“. Tym bardziej, że jak wiadomo, tutaj przecież &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/06/norges-lover11pay-me-two-times.html"&gt;przepłacanie jest w cenie&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Polsce na pytanie, gdzie piję kawę, odpowiadam jak przed laty babcia z reklamy: „Nastacjistatoil!“ Tym bardziej, że odkąd norweski koncern usunął z nazwy człon „Hydro“, kawa musi tu być mniej rozwodniona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stacje benzynowe to w ogóle ciekawa rzecz. Przed 10 laty wielbiłem w Rumunii każdy przybytek Shella, za to, że był oazą Zachodu: miał łazienkę i trawnik do rozbicia namiotu. Tyle że Zachód jest sobą wszędzie tylko nie u siebie. I tak, w Bawarii pieszy nie kupi w nocy piwa na stacji benzynowej. Dostaną je jedynie podróżni - a więc ci, którzy przybyli samochodem (choćby mieszkali za rogiem). Przypomina się &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christians-still-stoned-2-ca-i-podwizki.html"&gt;doniesienie Bölla&lt;/a&gt; o pijakach w Irlandii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W australijskim Quensland lekarze narzekali na maratońskie zmiany. Jak podał &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The Courier Mail&lt;/span&gt; z Brisbane, urzędy zdrowia zaleciły im więc 6 kaw na dyżur. Oto jak trzeba radzić sobie z niepokojami grup zawodowych. Lek na wszystko: kawa. W końcu &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/06/12-seks-w-wielkim-getcie.html"&gt;najwięcej jej się pije&lt;/a&gt; w zamożnej Norwegii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle że obsesyjne picie kawy objawia się też w tematach rozmów, jak ta przed dwu laty w kafejce w centrum Oslo:&lt;br /&gt;- Nie powinieneś pić tej kawy, jest niezdrowa, wiesz? - zagaduje do mnie kompan od stolika, Norweg.&lt;br /&gt;- Jak to niezdrowa?&lt;br /&gt;- Powinno się pić kawę z filtra, bo filtr zatrzymuje szkodliwy tłuszcz. A epsresso nie.&lt;br /&gt;- No ale czy to nie jest jak z mięsem, że to właśnie to ten tłuszcz, no wiesz?&lt;br /&gt;- To są różne sprawy. Jest zły tłuszcz i jest tłuszcz dobry. Mięso - w porządku, ale ten w kawie jest zły.&lt;br /&gt;- Cholesterol - wtrąca drugi Norweg przy stoliku.&lt;br /&gt;Czuję się osaczony, a im więcej pada trudnych słów, tym mniej sprawiam wrażenie przekonanego. Rozmówca zmienia strategię:&lt;br /&gt;- Smak to jest sprawa gustu.&lt;br /&gt;- No i?&lt;br /&gt;- No, jeden lubi matki, a drugi woli... córki.&lt;br /&gt;- Aha...&lt;br /&gt;- A ty co wolisz? - wtrąca trzeźwo ten drugi.&lt;br /&gt;- No ja, córki! - odpowiada tamten.&lt;br /&gt;- Aha - powtarzam bez namysłu - Ja przecież też wolę córki. Przekonałeś mnie więc. Będę pił kawę z filtra!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście nie wytrwałem w tym postanowieniu długo. Okazało się, że są okoliczności, w których kawa w ogóle nie szkodzi. I nie trzeba wcale rezygnować z namiętności do córek (wręcz przeciwnie). Z nieocenioną pomocą jak zwykle podfrunęła Zielona Gęś:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;ROBERT: I love coffee. I love coffee. Kocham kawę. Pić.&lt;br /&gt;ROBERTOWA: Robercie, przestań żłopać tę ohydną kawę. Przecie wiesz, jak kawa okropnie szkodzi ci na serce.&lt;br /&gt;ROBERT: (z piekielnym błyskiem w oczach) Na co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;K.I. Gałczyński: Teatrzyk Zielona Gęś, W szponach kofeiny (1946). Scena I.&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1983142795359706876?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1983142795359706876'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1983142795359706876'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/10/norges-lover-70-w-szponach-kofeiny.html' title='NORGES LOVER (70) W szponach kofeiny'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2718231956568567098</id><published>2010-09-06T06:09:00.013+02:00</published><updated>2011-03-30T14:05:01.433+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (69) Wiosło w wiosło wpłyń w Gay Oslo!</title><content type='html'>Cyframi odcinka są 6 i 9. Rozwinę teraz temat męskiej przyjaźni, zasugerowany w poprzednim tytule.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Wielkanoc dostałem ciasteczko z wróżbą:&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wznoszenie. Gwiazdy szukują Ci dobrobyt. Spotkasz ludzi, którzy sprawią, że nie będzie kroków do tyłu.&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;Zacząłem więc uważnie spoglądać za siebie. Z nadzieją patrzeć w oczy tym w metrze, którzy mnie dotąd tak denerwowali. Siada taki - na około wolne - a on musi akurat koło mnie. Pedał czy kieszonkowiec? Raczej to drugie, bo ciemnoskóry... chociaż z nimi to też, jak się okazuje, nie wiadomo. W gazetach debata, czy homofobia jest właściwa dla imigrantów (w domyśle: Muzułmanów). To straszny problem w kraju tak chętnie głoszącym poprawność polityczną. Nie wiadomo, którą wybrać: tę etniczną czy seksualną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego też jeden polityk, normalnie Salomon Nowożytności, przychodzi narodowi z wybawieniem i mówi, że gdy szedł ulicą z kochankiem, zaczepił go ktoś o „ewedentnie norweskim pochodzeniu etnicznym“. Homofobi są więc wszędzie. Uff! Tak jak i „&lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/04/norges-lover6into-wilde-oscar-wilde.html"&gt;homofile&lt;/a&gt;“. Wspomniany polityk należy bowiem do partii &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Prawica&lt;/span&gt;, nazywanej tu konserwatywną. Ile tak naprawdę znaczy ta etykieta, wyjaśnia fakt, że partia uznaje prawa gejów do zawierania małżeństw, a w tym samym bloku, zwanym „mieszczańskim“, znajduje się też partia &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Lewica&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomina się, jak zimą &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/11/norges-lover-32-routes-routes-bloody.html"&gt;nosiłem gazety&lt;/a&gt; do Fakultetu Gminy (Chrześcijańskiej) i Krajowego Związku Lesbijek na szóstym piętrze okazałej kamienicy przy dworcu Majorstua. Ale wspólna trasa gazet to niejedyne, co łączy oba miejsca. Jest i znana z działalności publicznej zadeklarowana lesbijka, która studiuje na tym fakultecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Norweskie prawo dopuszcza już nie tylko adopcje dzieci przez pary homoseksualne, ale i zamawiane przez nie zapłodnienie (po co wcześniej wyjeżdzano zagranicę). Dziecko ma prawo do poznania biologicznego ojca - z chwilą ukończenia 18 lat. W Polsce mieliśmy już 18 lat czekania na mieszkanie, mamy i więcej na ukaranie przestępców, 18 lat czekania na wypłatę też pewnie wkrótce się ziści. Norwegia nie zna takich problemów, niech ma więc własne 18-letnie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;vacatio penis&lt;/span&gt;!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za 18 lat to już pewnie podstrona „Gay Oslo“ w oficjalnym serwisie miasta stanie się właściwym serwisem, a &lt;span style="font-style:italic;"&gt;geje inaczej&lt;/span&gt; (lub raczej jak będzie się mawiać, „geje warunkowi“ - tacy, co nie spotkali jeszcze prawdziwej miłości), będą mieli własny wstydliwy link u dołu strony: „Straight (to) hell“. Po klinkięciu go przejdziemy przez serię testów: najpierw czy zrozumieliśmy napis, który kliknęliśmy, potem, czy nasz ojciec nie daj „bOŻE“ nie był mężczyzną... Zanim dowiemy się, gdzie uzyskać pomoc w tej okrutnej sytuacji, przyjedzie już po nas patrol. To znany motyw ze starych filmów: kto się nie rozłączał telefonem, tego namierzano. Technologia już inna - pryncypia te same.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż samo słowo &lt;span style="font-style:italic;"&gt;straight&lt;/span&gt; zostanie zabronione. Znikną więc chińskie zupki „Asia Straight“. I dobrze - drogie były.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Krzysztof Wiosło z Oslo, cwel wszystkich cwelów.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2718231956568567098?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2718231956568567098'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2718231956568567098'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/09/norges-lover-69-wioso-w-wioso-wpyn-w.html' title='NORGES LOVER (69) Wiosło w wiosło wpłyń w Gay Oslo!'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8006374287954961066</id><published>2010-08-29T23:30:00.002+02:00</published><updated>2010-08-29T23:41:46.452+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (68) Tajemnica Brobekk Storcash</title><content type='html'>Jednego razu klient, Norweg, pyta mnie:&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jesteś z Polski? A skąd konkretnie?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ja mu na to, że z całej Polski! Ale to spiskowiec widać, jakiś podejrzliwy. Pyta dokładniej, o miasto. Myślę sobie, na co mu ta zbędna kurtuazja? I że znowu będę musiał powtórzyć nieśmiertelną formułkę o północno-zachodnim rogu, w który rzucone jest moje miasto, i o tym, jak stamtąd blisko do Berlina i Kopenhagi... Który Norweg będzie to jednak w stanie pojąć? Ledwo wypowiedziałem zrezygnowany „Szczecin“, odparł:&lt;br /&gt;-&lt;span style="font-style:italic;"&gt; A, to ze Szczecina jest moja żona!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ja miałem szansę na mieszane małżeństwo: przypominam sobie &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/04/norges-lover7gary-czekstary-i-sen-lary.html"&gt;panią Larsen&lt;/a&gt;... ale wybrałem wtedy Nicole Kidman, która wolała jednak akurat zegarek omega (jeśli wierzyć gazetom). Potem zegarek przypadł Jurkowi Clooneyowi a Nicole wiedząc, że będzie znów musiała rywalizować o mnie z przedstawicielką starszego pokolenia, postanowiła zagrać Dusty Springfield.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale wtedy ja już byłem zadurzony w szefowej sklepu kolonialnego z ulicy Książęcej. Wietnamka, przychodzi zawsze w soboty rano. Zawsze sama, zawsze ciągnie dwa-trzy wielkie wózki. Gdy dociera do kasy, dzieje się coś niewypowiedzianego: wszyscy rzucają się do pomocy. Pierwszy do pomagania jej przy wykładaniu towaru na taśmę biegnie starszy ochroniarz (co nie dziwi, bo od tego właściwie tutaj są ochroniarze). A szefowe się dziwią, czemu ja tak bardzo nie kwapię się w soboty do przerwy. Nie schodzę z posterunku dopóki ona nie zniknie z horyzontu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z całą stanowczością stwierdzam więc, że to nieprawda, iż wszyscy tutaj myślą tylko o kasie. Nie da się, gdy ona jest obok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając powoli do siebie (i do kasy) i gubiąc się przy przepuszczaniu towarów, żałuję zawsze, że nie da się brać w nawiasy u kasy. Przyglądam się za to uważniej produktom i postanawiam nieraz, że któryś sobie sam kupię. Najczęściej okazuje się, że kupiłem go tylko po to, by mieć pewność, że dobrze robiłem nie kupując. Co najwyżej zasuszę w pamiętniczku jakąś śmieszną etykietkę, jak „grzyby zbierane ręcznie“. A jak niby inaczej, nożnie??? Chociaż, kto wie... bo tu to nawet czyta się u Deichmana - mają takie biblioteki!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pierwszych stronach gazet wciąż &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-45-rece-ktore-licza.html"&gt;miliardy i miliony&lt;/a&gt;. Mnie życie obdarowuje tymczasem co najwyżej kuponem na 100 koron, do wykorzystania w nowo otwartym największym sklepie ze sprzętem elektrycznym i elektronicznym w Norwegii. I z czym stamtąd wyszedłem? Za 100 koron to da się tam tylko kupić dwie wielkie czekolady Toblerone.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8006374287954961066?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8006374287954961066'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8006374287954961066'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/norges-lover-68-tajemnica-brobekk.html' title='NORGES LOVER (68) Tajemnica Brobekk Storcash'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8389062986860082518</id><published>2010-08-25T01:30:00.016+02:00</published><updated>2010-10-27T12:37:37.857+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (67) Leeloo Oslo Multipass!</title><content type='html'>Wielu mnie pyta, dlaczego akurat Norwegia. Na to odpowiedż znają tylko wybrani (a właściwie wybrane - &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/1997/04/norge-historia-przygody-1.html"&gt;dane osobiste znane autorom&lt;/a&gt;). Poza tym, wiadomo, w Argentynie bym tyle nie zarobił - chociaż jest to podobno jedyny kraj na świecie, który w konstytucji zachęca wszystkich Ziemian do przybycia i podjęcia pracy. Tak mówił Gustavo - żywy przykład na nieżyciowość tego zapisu. Sam wyjechał z kraju i roznosi gazety w Oslo. I ja więc przedłożyłem mieć nad być (tym bardziej, że gombrowiczowskie). Na pewno musiał to być kraj z kotem w herbie (nan wypadek, gdybym zechciał zostać i mieć ich paszport). To zawęziło krąg zainteresowań  do Finlandii, Anglii, Belgii, Holandii i Norwegii, kilku landów Niemiec - przynajmniej jeśli chodzi o Europę (bo przecież taki Tybet to ma nawet dwa kotki!)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obywatelstwo Norwegii wymaga 7-letniego pobytu. Kiedy więc &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-53-krawe-gody-w-oku.html"&gt;nie udało mi się tu oddać krwi&lt;/a&gt;, ze względu na brak norweskiej legitymacji, załamałem ręce. Okazało się jednak, że nie musi to być wcale paszport, a dowodów tu i tak nie mają. Wystarczy poprosić w banku o taką kartę płatniczą, której rewers pełni honory dowodu tożsamości. Nad paskiem magnetycznym widnieje imię, nazwisko, podpis, zdjęcie oraz numery: konta, osobisty i kontrolny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze tego samego dnia złożyłem wniosek w banku, gdzie zrobiono mi od razu zdjęcie - i po dwóch dniach miałem już w skrzynce własną taką kartę VISA - dowód tożsamości. U innych widziałem ją już wcześniej. Kiedy stoję na kasie i klient prosi o przesłanie faktury do późniejszego opłacenia, muszę go wylegitymować. Czasem pokazują prawo jazdy, lecz przeważnie taką właśnie kartę, z której spisuję imię nazwisko i numer kontrolny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Numer zaś osobisty to taki tutejszy PESEL (zawiera też datę urodzenia, stąd nazwa „numer urodzenia“). Przezeń kojarzą obywatela wszystkie urzędy. System wygląda jak nasz niedoszły PESEL2: właściwie wystarczy kontakt z jednym urzędem. Zmiana adresu zameldowania na poczcie prowadzi do uzupełnienia wpisów na policji, w urzędzie skarbowym, urzędach migracyjnych i bankach, które łączą się z bazami urzędu skarbowego bodaj raz na tydzień. Samo założenie konta nie jest możliwe bez numeru urodzenia, który dostaje się z urzędu skarbowego po zarejestrowaniu na policji. Nawet jeżeli sprawy meldunkowe załatwiane są w osobnych okienkach, to te okienka ze sobą sąsiadują.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opisuję to tak dokładnie ze szczególnym okrucieństwem wobec wszystkich tych, którzy uznali, że w Polsce nie da się wprowadzić „jednego okienka“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inna rzecz w Polsce zupełnie nie do pomyślenia: to, kto jakie podatki płaci, jest jawne (!). Można wyszukać sobie dowolne nazwisko na listach. Musiałem więc zdławić oburzenie, kiedy dzwoniąc na infolinię podatkową uzyskałem pełną informację o tym, ile dostanę zwrotu - bez jakiejkolwiek uprzedniej identyfikacji, że jestem tym, za kogo się podaję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wciąż nie wychodzę za to z podziwu, jak potraktował mnie system, kiedy oczekiwałem na wolnego konsultanta. Najpierw usłyszałem, że wszyscy są zajęci. W Polsce powtórzono by to jeszcze akurat tyle razy, ile trzeba, abym rzucił słuchawką. Tu natomiast dowiedziałem się, który jestem w kolejce. Aż padła sugestia, że mogę się rozłączyć, a system oddzwoni do mnie, jak tylko nadejdzie moja pora (!).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mogłem więc odłożyć słuchawkę i zachowawszy miejsce w kolejce, spokojnie czekać na telefon, w tym czasie np. pisząc kolejnego Norgesa, &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/norges-lover-68-tajemnica-brobekk.html"&gt;stojąc na kasie&lt;/a&gt; (o tym będzie), &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/10/norges-lover-70-w-szponach-kofeiny.html"&gt;pijąc kawę&lt;/a&gt; (o tym także), czy &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/09/norges-lover-69-wioso-w-wioso-wpyn-w.html"&gt;przytulając mężczyznę&lt;/a&gt;... (tak! I o tym).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8389062986860082518?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8389062986860082518'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8389062986860082518'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/norges-lover-67-leeloo-oslo-multipass.html' title='NORGES LOVER (67) Leeloo Oslo Multipass!'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7367617986398926595</id><published>2010-08-23T16:00:00.004+02:00</published><updated>2010-08-24T01:07:12.466+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER 666 The Dark Side of Ban Ki-Moon</title><content type='html'>O (bagatela) 300 lat pomylili się klimatolodzy, na których raporcie bazował Al Gore zanim zgarnął Nobla.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pan tu, panie Pogorzelski, swoje dyrdymały opowiadasz, ludziom głowę zawracasz, a ja gore&lt;/span&gt; - mówił w niezapomnianej kreacji Kazimierz Rudzki. Dziś powtarzają to panu Gore kompetentni naukowcy - podobnie jednak jak w starym polskim filmie, jest już za późno. Dla Komitetu Noblowskiego nie ma już bowiem odwrotu. Od przyznania nagrody za coś, co może sprawdzi się w przyszłości (Al Gore), był już tyko krok do nagrody za chęci (Barack Obama).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lodowce w Himalajach nie stopnieją do 2035 roku, niknie za to w oczach populacja niedźwiedzi polarnych. Na kilometr kw. przypada bowiem tylko 1/100 misia. Niech każdy sam sobie wyliczy, jak duże musiałyby być genitalia niedźwiedzi polarnych, aby w takich warunkach doszło do zbliżenia!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Niedźwiedzią“ przysługą dla Obamy nazwano natomiast &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-29-plastus-wiking.html"&gt;ubiegłorocznego Nobla&lt;/a&gt; - w nawiązaniu do imienia szefa komitetu, Thorbjørna Jaglanda ('bjørn' to 'niedźwiedź'). Musiała to być przysługa niedźwiedzia polarnego, bo rozeszła się po kościach. Komu koniunkturalni Norwegowie przyznają nagrodę w tym roku? Może będzie to Fidel Castro? (Mao Che wciąż nie udaje się sklonować).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktokolwiek to będzie i z jakkolwiek zasłużoną krytyką spotka się ten wybór, niemal pewne, że będzie go bronił Bono - tak jak w w zeszłym roku bronił Obamy. Bono cwanie kombinuje, bo od pokojowego Nobla za chęci już tylko krok do literackiego - za piosenki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle że taką nagrodę powinien otrzymać w pierwszym rzędzie Bogdan Loebl za słowa „Jeszcze mi tylko oddaj wiarę w sens smażenia“. Okazuje się bowiem, że - jak podaje Rzeczpospolita - człowiek jest zwierzęciem tropikalnym. Żadne inne stworzenie tak się nie poci. Pot ma za zadanie chłodzić nasz organizm, co udaje się jednak tylko przy odpowiednio niskiej wilgotności powietrza. Inaczej, pot z nas spływa, nie spełniając swojej chłodniczej funkcji. U mężczyzn rolę chłodnicy mózgu przejmuje łysina - jako że na zarastającej twarzy zmniejsza się ilość gruczołów potowych. W ogóle nie pocą się nam tylko błona bębenkowa, łożysko paznokcia oraz usta i &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-26-there-are-nine-million.html"&gt;koniuszek penisa&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto w tym miejscu przypomnieć „ogólną teorię smrodu ludzkiego“, którą Witkacy przedstawił w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Narkotykach&lt;/span&gt; z 1930 r.:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Niedokładne mycie całego ciała, a dokładne mycie pewnych jego części: twarzy, szyi, nóg, pach itp., jest powodem, że wszystkie świństwa, które muszą się wydzielać z organizmu przez całą skórę, wydzielają się tylko przez te części, których pory skóry są odetkane. Znałem pewnego eleganckiego pana, który narzekał ciągle, że mu śmierdzą nogi. Mył je po trzy razy dziennie i im dokładniej to czynił, tym było gorzej. Po prostu nie mył się cały dokładnie i wszystko, co miał w sobie najpaskudniejszego, wychodziło mu z ciała przez nogi.&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7367617986398926595?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7367617986398926595'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7367617986398926595'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/norges-lover-666-dark-side-of-ban-ki.html' title='NORGES LOVER 666 The Dark Side of Ban Ki-Moon'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-607650645254428976</id><published>2010-08-16T21:00:00.010+02:00</published><updated>2010-08-18T12:25:04.228+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (65) Porsche Guevara</title><content type='html'>Oslo to miasto teatrów - pomyśli niezorientowany turysta, spoglądając na mapę. Nabierze jednak podejrzeń, nie mogąc się połapać, jak do tych teatrów dotrzeć metrem. Któregoś dnia nerwowych poperegrynań po mieście zrozumie może, że to „T“ to me-T-ro właśnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od kiedy ja odpuściłem sobie interpretację teatralną, nigdy już nie zastanawiało mnie, co oznacza skrót „T-bane“. T-ajemnicę obnażyła dopiero jedna Szwe-T-ka, zawsze używająca T-ej nazwy w pełnym rozwinięciu (tak mówią w Sz-T-okholmie): „tunnelbana“. Kto przyszedł na świat przez cesarkę, niech wybiera się więc do Norwegii, gdzie z nawiązką nadrobi deficyty w przechodzeniu przez T-unel. T-yle o li-T-erce o-T-cinka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro już o odstępstwach od standardu. Ciekawe, że to metro, na które się spóźnię, zawsze odjeżdża punktualnie. Inaczej niż następne (na które muszę czekać jeszcze dłużej i zdążyłbym, nawet gdybym się spóźnił). W takich momentach rozumiem dopiero, co oznacza „wycięty z metra“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Same wozy metra są &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-47-pamietajcie-o.html"&gt;białe&lt;/a&gt;. Ale linii jest w Oslo sześć, w sam raz, by namalować ich schemat przy użyciu kilku podstawowych kolorów. Wygląda to akurat ładnie, ale skoro już o tym piszę, przypomina się to, co zwykłem nazywać „marketingiem przedszkolaka“. Kiedy Polska Agencja Rozwoju T-urystyki projektowała jakieś logo, wyglądało tak, jakby przyświecała jej myśl: jak narysować to, używając wszystkich kredek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to było jeszcze przed kryzysem. Teraz na szczęście nastał deficyt kredek - a to przełożyło się na wzrost estetyki logotypów. Kryzys wywołali następcy komunistów - chińscy maklerzy. Jak donoszą gazety, na giełdzie gra w tej chwili więcej Chińczyków niż jest zapisanych do partii komunistycznej! A kto za kryzys zapłaci? Pewnie Wenezuela, kolejny z niewygodnych eksporterów ropy. Pisałem już o tym, że widziano Hugo Chaveza &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-29-plastus-wiking.html"&gt;na rowerze Atomica&lt;/a&gt;. Taka nazwa to dowód podwójnie niezbity w porównaniu z tymi z Iraku. A że w Wenezueli z grubsza podobne strefy czasowe, co w Stanach, chłopcy przynajmniej nie będa musieli odsypiać transmisji meczów (co w Iraku i Afganistanie okazało się mieć negatywny wpłw na morale armii).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A za rok Copa America w Argentynie! Jako fan południowoamerykańskiego futbolu, czerpałem wielką radość z pracy dla Juana Carlosa - tutejszego Maradony &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-23-bo-nie-zna-zycia-kto.html"&gt;stołówek&lt;/a&gt;. Jesienią uczył mnie pracy w &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-27-one-lunch-stand.html"&gt;kuchni&lt;/a&gt;. Jeden dzień z nim daje więcej niż niejedno szkolenie biznesowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Facet jest tytanem optymalizacji pracy. Przy nim &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lover-36-niewidzialna-reka.html"&gt;pragnienie komiwojażera&lt;/a&gt; nie ma szans. W najmniejszej ilości ruchów potrafi przygotować posiłek, zanieść z kuchni na salę, i to tak, by wracając zabrać akuratnią liczbę naczyń do zmycia. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nigdy nie wracaj z sali z pustymi rękami!&lt;/span&gt; - powtarzał, mijając mnie w drzwiach. No to wziąłem to sobie dobrze do serca!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiedzieć czemu, nigdy już do tej pracy nie wróciłem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-607650645254428976?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/607650645254428976'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/607650645254428976'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/norges-lover-65-porsche-guevara.html' title='NORGES LOVER (65) Porsche Guevara'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7664924337332908368</id><published>2010-08-03T23:30:00.008+02:00</published><updated>2010-08-03T23:49:09.130+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (64) Peaches gets grand pricks</title><content type='html'>- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mam 32 lata, wchodzę w najlepszy wiek dla chodziarza&lt;/span&gt; - rzekł Grzegorz Sudoł po zdobyciu srebra. Przyznam, że mnie to zaskoczyło. Przecież już dwa razy młodsza klientela Hormona mówi na dzień dobry - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sypiasz czy trzeba jeszcze z tobą chodzić?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z oceną wieku trzeba jednak uważać, bo czasami można zejść na manowce. I wyjątkowo nie mam tu na myśli &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-28-fenomen-petli-grefsen.html"&gt;fenomenu grefseńskiego zapętlenia&lt;/a&gt;. Wracam czasem do małolat celebrytek (w norweskim magazynie). Obok &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lecter-40-po-drugiej-stronie.html"&gt;córek Stonesów&lt;/a&gt;, są i te Boba Geldofa. Jedna z nich zwie się Peaches. Uznałem więc, że widziałem ją w 2003 r. przed koncertem Björk w Sopocie, wykrzykującą ze sceny do facetów na widowni: „Shake Yer Dix“. Sama też zresztą wymachiwała czymś, co taszczyła między nogami. Szybko wyliczam, że miała wtedy 14 lat! Nie tylko mnie film &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The Wall&lt;/span&gt; zniszczył dzieciństwo - pomyślałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazało się jednak, że to są dwie różne Peaches. Różne, choć podobne jak dwie połówki brzoskwini, że tak powiem z dialektyczną spostrzegawczością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wszelki wypadek szerokim łukiem ominąłem jednak majowy finał Eurowizji, który odbył się w Oslo. Nie chciałem płakać nad tragicznym losem młodych indywiduów show-biznesu (kiedyś zniszczone życie było ceną talentu - dziś sposobem na kompensację jego braku*). Gdybym to obejrzał, musiałbym powtórzyć za Wojciechem Mannem, wspominającym „Hity na Czasie“: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Bardzo niespokojną noc [miałem], rzucałem się i śniły mi się pewne fragmenty.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A propos „pewnych fragmentów“... W innej gazecie zwraca moją uwagę zdjęcie norweskiej małoletniej mistrzyni szachów. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;No, taki dekolt &lt;/span&gt;- myślę - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;to pewny sposób na piona!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mała ma tyle lat, co ćwierć szachownicy. Ja zaś osiągnąłem najlepszy wiek do chodzenia (tylko że niewiele już na nie miejsca: pół szachownicy). Temu, kto rozejdzie się po całości, pozostaje już tylko pytać: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Will you still need me, will you still feed me, When I'm sixty-four&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potęgi dwójki to potęga do potęgi - w końcu sama dwójka to potęga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejszy odcinek ulicy Sezamkowej sponsorowała cyfra „2“. Jak dwie córki Boba Geldofa, jak dwie Peaches i dwie połówki brzoskwini; jak dwoje graczy w szachy i wreszcie jak dwoje rąk..., za które można chodzić. I Norges Lover po raz drugi (do szóstej).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Amy Winehouse musi więc być dużo starsza, niż się przyznaje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7664924337332908368?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7664924337332908368'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7664924337332908368'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/norges-lover-64-peaches-gets-grand.html' title='NORGES LOVER (64) Peaches gets grand pricks'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7253922020347423377</id><published>2010-07-26T05:25:00.007+02:00</published><updated>2010-07-27T00:21:19.977+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (63) Dwujęzyczni a zagłada świata</title><content type='html'>„Było to długie, uczciwe sikanie“ - jak rzekł Murakami. Ale już jestem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym czasie &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-47-jest-saab-jest-zabawa.html"&gt;Saab zmartwychwstał&lt;/a&gt;. Okazuje się, że mam wpływ na rzeczywistość: komuś musi zależeć, by mój blog szybko się dezaktualizował. Trzeba będzie rozpocząć działalność lobbystyczną i przyjmować wpłaty za poruszenie określonych tematów. Dziś rozprawię się z układem w mediach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-59-w-paske-idziemy.html"&gt;W marcu pisałem&lt;/a&gt; o napływie obcokrajowców do Norwegii i trwałości ich więzów z ojczyzną. Ja dla jej zbadania sprawdzałbym użycie ojczyźnianego telefonu. Sam mam rzecz jasna telefony w obu krajach. Dlatego też pewnie nie bardzo zdziwiło mojego szefa w sklepie, kiedy uznał, że mam dwa zestawy hands-free na uszach. Musiałem mu jednak wyjaśnić, że to taki walkman. Niemniej jednak, poczułem się tą sytuacją zaniepokojony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnio bowiem modna stała się teza, że dwujęzyczni są szczególnym zagrożeniem dla świata. Z nich to rekrutują się terroryści. Korelacja jest oczywista - niestety prowadzi do absurdalnych działań w imię bezpieczeństwa. Pewnie z tych właśnie powodów zwróciłem uwagę policji na lotnisku w Berlinie. Musiały ich - jak mojego szefa - zaintrygować te słuchawki. Nie pozwolono mi ich wypakować i musiałem się przyglądać, jak rozpracowuje je specjalny antyterrorysta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okoliczności te będą musiały doprowadzić do rewolucji na rynku pracy. Nastanie nowy trend w wypełnianiu CV i aplikacji: lingwistyczno-minimalistyczny. Już przemilczanie umiejętności to pewne novum, skoro do tej pory wymyślano i zmyślano ponad miarę. To jednak także poważny problem dla społeczeństw. Powstanie nowa grupa defaworyzowanych, i to bez szans na społeczne włączenie. No bo jak tu tak nagle oduczyć się języka? To nie takie łatwe, jak się go nauczyć. Tu mamy jednak na szczęście, jako Polacy, wielką przewagę nad innymi narodami. W końcu rosyjskiego zapomnieliśmy w tempie porównywalnym tylko z tym, w jakim zapominamy własną historię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A do historii przejść może wkrótce nasz Układ Słoneczny. Odkryto nowy pierścień Saturna, odległy od niego o miliard kilometrów. A co, jeśli cały Układ Słoneczny też jest tylko pierścieniem Saturna? Byłby to więc dowód na to, że żadnego układu nie ma - są tylko satelity. A satelity, wiadomo, to media. Te z zasady nie są dwujęzyczne - nie stanowią więc zagrożenia dla świata. Dziś goście migający z ekranu występują już tylko u Almodovara, dla nadania złowieszczej atmosfery. Prawdziwych zaś złoczyńców, którzy jeszcze zagrażają światu, rozpozna się po tzw. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;subtitlach&lt;/span&gt;.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7253922020347423377?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7253922020347423377'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7253922020347423377'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/07/norges-lover-63-dwujezyczni-zagada.html' title='NORGES LOVER (63) Dwujęzyczni a zagłada świata'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2523944168064318626</id><published>2010-04-07T20:30:00.007+02:00</published><updated>2010-04-08T00:31:46.445+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (62) Kariera... a-ha ha!</title><content type='html'>Po primaaprilisowych perwersjach w Polsce wróciłem do Oslo. Zasnąwszy w samolocie śniłem, jak w szparę między podłogą a ścianą wpadają mi klucze i suną tak w dół, szurając o ścianę, i nie chcą się zatrzymać... Podbiegłem do ściany, przywarłem do szpary i liczę piętra, które musiały minąć klucze. Jedno, drugie, trzecie... Liczy się, by zasnąć - ale ja, jako chłopak na opak, tak się budzę. Szuranie kluczy okazuje się słyszanym w kabinie dżwiękiem silników samolotu. Te cholerne klucze mogły więc tak jeszcze jechać z godzinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aplikowałem się do pracy w koncernie i zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną.&lt;br /&gt;- Po norwesku coś umiesz? - zapytał mój rozmówca.&lt;br /&gt;- No, roznoszę gazety, dużo czytam.&lt;br /&gt;- A mówić?&lt;br /&gt;- Poproszę kilo sera.&lt;br /&gt;Zasępił się, zamyślił. Coś jakby sobie przekalkulowywał. Zanim zdążyłem powtórzyć, może lepiej zaakcentować - myślałem - wyszedł. Może go obraziłem? - myślę sobie, ale jednak wraca.&lt;br /&gt;- Lodówkę masz? - ciągnie po powrocie, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć (no nie byłem pewien, czy nie chodzi o sukienkę), dodał - To se będziesz miał gdzie przechować ser. Tylko niech go przyniosą.&lt;br /&gt;- Ale... ale ja tak tylko powiedziałem, żeby zademonstrować znajomość języka... - wydukałem.&lt;br /&gt;- Spokojnie, chłopak, którego posłałem po ser i tak tylko tyle potrafi. To właśnie na jego miejsce się aplikujesz.&lt;br /&gt;- Będę nosił ser???&lt;br /&gt;- Nie, on nosi ser, bo nie radzi sobie z tym, w czym masz go zastąpić.&lt;br /&gt;- A-ha - odparłem uspokojony.&lt;br /&gt;Mój rozmówca uśmiecha się szeroko, podgłaśniając muzykę z biurowej wieży. Rozpoznaję najpopularniejszy w świecie norweski zespół. Kończy się właśnie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Lifelines&lt;/span&gt;, drugi na płycie jest &lt;span style="font-style:italic;"&gt;You wanted more&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;- Będziesz nosił mleko - zakończył rozmowę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podkład disco-noro przechodzi płynnie w pobrzękiwanie szkła. Wózek terkoce kółkami o nierówny bruk a ja z trudem staram się przepchnąć go przez strzępy pośniegowego błota. Co jest - myślę - tutaj są roznosiciele gazet, ale nie mleka! A &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/1997/04/norge-historia-przygody-1.html"&gt;mleko to już krowa wydaje tu w kartonach!&lt;/a&gt; Może to sen - myślę, przypominając sobie zajście z samolotu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I rzeczywiście, ze snu wyrywa mnie budzik. Brzęk szkła okazuje się być sprawką słońca wdzierającego się nieśmiało przez okno. Trzeba wstawać i iść układać znowu &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-45-tetris-z-wiewiorek.html"&gt;wielkie wieże z papieru toaletowego&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;- Dobrze, że nie z butelek mleka - pomyślałem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2523944168064318626?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2523944168064318626'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2523944168064318626'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/04/norges-lover-62-kariera-ha-ha.html' title='NORGES LOVER (62) Kariera... a-ha ha!'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1658395913180287483</id><published>2010-04-01T11:00:00.000+02:00</published><updated>2010-04-01T11:00:03.060+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER 6.1 Dwaj superpartnerzy tworzący ciemną materię anihilują</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/S6S3k3aOX1I/AAAAAAAAAJM/-W_nmNf_DZw/s1600-h/taon.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 251px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/S6S3k3aOX1I/AAAAAAAAAJM/-W_nmNf_DZw/s400/taon.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5450683293002260306" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zrozumiałem, że moja praca to właściwie prostytucja. Czekam na telefon, dzwonią, jadę. Pod wskazany adres... A co, ja to niby nie umiałbym sam tak dzwonić?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracam więc na kontynent, kręcić filmy porno. Odwagi dodaje mi sprawa biura nieruchomości, które straciło 110 milionów na filmach porno. Że stracili, to akurat nieważne - dopiero z wiadomości o stracie dowiedzieli się o posiadaniu studia - tak jakoś pokrętnie wyszło ze struktury własności (to się branża umiejętnie konspiruje!). Ale przecież to genialny układ, bo kto inny, jak pośrednik nieruchomości, będzie dysponował tyloma lokalami pierwsza klasa - mogąc bezpiecznie zmieniać miejsca produkcji?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja zacznę bardzo skromnie - od spożytkowania dziewiczej pustki mojego obszernego mieszkania w Szczecinie. Akcja pierwszego filmu będzie się rozgrywała w Szwajcarii, pod ziemią, w reaktorze CERN. Pomysł powziąłem z rysunku 6.1 w książce Gordona Kane „Supersymetria“, a tytułem jest podpis pod rysunkiem. Do skompletowania pozostaje tylko obsada obu ról tytułowych i statystek*.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapraszam!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Jest szansa, że będą mnie sądzić za nierównouprawnienie w miejscu pracy, zapomniawszy o karalności samego jej charakteru.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1658395913180287483?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1658395913180287483'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1658395913180287483'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/04/norges-lover-61-dwaj-superpartnerzy.html' title='NORGES LOVER 6.1 Dwaj superpartnerzy tworzący ciemną materię anihilują'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/S6S3k3aOX1I/AAAAAAAAAJM/-W_nmNf_DZw/s72-c/taon.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7515785382837766686</id><published>2010-03-31T15:00:00.002+02:00</published><updated>2010-07-25T06:00:53.543+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (60) Kochaj mnie i rzuć (do śmietnika)</title><content type='html'>Napis jak w tytule przeczytałem tu raz na śmietniku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak wspomnieliśmy poprzednio, w Oslo jesteśmy świadkami niesamowitej koegzystencji ludzi wierzących naprawdę (napływowi Muzułmanie) i z-blazowanego z-połeczeństwa z-sekularyzowanego: Chrześcijan nie wierzących w zmartwychstanie Chrystusa (nazwijmy ich „aleistami“ od „wierzę... ale“).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomina mi to podejście Marilyna Mansona do wierności. On jest wierny, ALE imieniu na przykład. Czyli jak dziewczyna ma takie samo imię, to nie zdrada. Albo jeśli on nie pozna jej imienia, itd. Ciekawe, czy tak samo ma z rasą: żadna zdrada, jak tej samej rasy (albo rasy nieznanej).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja myślę sobie, że tak samo jak „aleiści“, byłbym zdolny do monogamii - w jej ciut mniej ortodoksyjnej formie. Tylko jedna ALE z każdej rasy (o ile tylko dokonać odpowiednio szczegółowej klasyfikacji). Stojąc na kasie mam więc wśród klientek ulubioną Chinkę, Pakistankę, Norweżkę, Hinduskę, Turczynkę itd. Często są to córki klientów, ale niestety, najczęściej przychodzą ze swoimi facetami, a tym to tak z oczu patrzy, że pozostaje mi tylko samobiczowanie celibatem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W drugim sklepie, gdzie układam towary, mam za to swoje ulubione kasjerki. Jedna z nich - Czeczenka - nie przyszła do pracy w dniu, w którym w Moskwie wybuchły dwie bomby w metrze. Zatrwożony zacząłem szukać w rosyjskich mediach rysopisów samobójczyń. W sklepie pojawiła się za to druga Czeczenka - zdcydowanie już nie moja ulubiona. Zawsze ponura i zła, że lepiej jej w drogę nie wchodzić - tym razem pogwidzdywała i cała była w skowronkach. Naiwni niech się dopatrują wpływu wiosny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kontynuując wędrówkę po globie. Niegdysiejszy prezydent Indonezji, Wahid miał rzec o swoich poprzednikach: &lt;span style="font-style:italic;"&gt; Sukarno miał świra na punkcie seksu, Suharto - pieniędzy, a Habibie - na punkcie technologii.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Po czym skromnie dodał: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;A ja? Ja po prostu tylko mam świra.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jak daleko może posunąć się szalony Niemiec? Tak, wiem, historia roi się od przykładów. Mnie chodzi jednak o mojego tutejszego przyjaciela, i o „daleko“ w sensie przenośni przestrzennej, nie metaforycznej. &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/11/norges-lover-32-routes-routes-bloody.html"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Szalony Niemiec zwany Crazy German&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; opuszcza Oslo i Norwegię - bo, jak mówi, nie jest to miejsce, w którym by chciał, aby rósł jego syn. Przenosi się więc do kraju swojej żony: Etiopii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może w tym szaleństwie jest metoda. Zawsze to bliżej do Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Nieco się jednak zasępiłem, bo co czeka mnie, skoro w przekonaniach i wrażeniach z tego kraju idę dzielnie śladami &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Szalonego Niemca zwanego Crazy German&lt;/span&gt;?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cierpliwie wypatruję więc pierwszego spotkania swej ulubionej Etiopejki.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7515785382837766686?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7515785382837766686'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7515785382837766686'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-60-kochaj-mnie-i-rzuc-do.html' title='NORGES LOVER (60) Kochaj mnie i rzuć (do śmietnika)'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-4909019526224425475</id><published>2010-03-30T19:00:00.016+02:00</published><updated>2010-05-09T15:09:27.757+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (59) W Påske idziemy!</title><content type='html'>W pracy przypominają mi się pierwsze kroki na kasie, już przed niemal 10 laty. We frankfurckiej księgarni uczyłem się nawiązywać bliższy kontakt z klientami. Szło jak to zawsze z początkami - mój entuzjazm często był studzony. Jak wtedy, gdy rozpoznawszy braterski akcent spytałem klientkę - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Czy pani nie jest przypadkiem Polką?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nie przypadkiem! &lt;/span&gt;- odparowała z oburzeniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieprzypadkowo napływ Polaków do Norwegii okazał się kolejny rok z rzędu największy. Trudno Norwegom wyrokować, czy zostaniemy, bo plasujemy się gdzieś pomiędzy dwiema skrajnościami: ktoś przybyły z oddali (Wietnam, Pakistan) prawie na pewno zechce się tu osiedlić - a Duńczycy, Szwedzi i Niemcy raczej nie występują o norweskie obywatelstwo. Ja akurat przyczyniłem się do sztucznego podbicia polskich statystyk, osiedlając się na nowo w Oslo przez dwa lata z rzędu, ale w ostatnim roku Polacy sprowadzili więcej kobiet i dzieci niż poprzednio. Zapuszczają więc korzenie w Norwegii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na kasie znów wszystko świąteczne, żółto-fioletowo. Jajka wielkanocne, wielkanocna prasa dla panów. Raz od kubeczka z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;crème brûlée&lt;/span&gt; odpadła posypka cukrowa w foliowym woreczku, przerzucałem ją z miejsca na miejsce, aż postanowiłem wykorzystać w celu integracji. Podchodzę do szefowej zmiany i mówię: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kokaina wielkanocna nie wchodzi mi na kasę&lt;/span&gt;. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problem, że czegoś nie ma w systemie, jest częsty. Należy wtedy opisać taki przypadek, najlepiej załączyć sztukę i dać do rozpracowania facetowi w biurze. Dziewczyna zasępiła się, nie zastanawiając się nad tym, co to za produkt. Wreszcie mówi: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wkręcasz mnie, to posypka do crème brûlée!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Mówi, że w pierwszej chwili jej to nie zdziwiło, bo przecież sprzedawała już takie rzeczy jak papierosy-lizaki dla dzieci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wielkanoc po norwesku to Påske - „å“ czytane jak „o“ z przekąsem (czy przegłosem - zawsze mi się myli, ale brzmi tak samo).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z podobnym przegłosem Szwedzi mówią „chüj“. Długo zastanawiałem się, co chcą mi tym powiedzieć (ze Szwedkami to nawet nie obeszło się bez przeuroczych &lt;span style="font-style:italic;"&gt;qüi pro qüo&lt;/span&gt;). To, że nie znałem tego słowa, dowodzi tylko, jak słabo uczyłem się szwedzkiego na studiach - a chyba ze dwa semestry. Jest to bowiem - ni mniej ni więcej (w tym przypadku to wyjątkowo trafne sformułowanie), tylko „siedem“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby Freud był Szwedem, dostałoby się nie tylko &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-26-there-are-nine-million.html"&gt;monumentowi w parku Vigelanda&lt;/a&gt; czy &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-55-17-cm-to-za-mao.html"&gt;karcie członkowskiej mojego sklepu&lt;/a&gt;, ale i Siedmiu Krasnoludkom, Siedmiu Wspaniałym, a nawet Czterem Pancernym (nieco ponad pół chüja).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla dopełnienia skandynawskiego obrazu świata, przypomnę, że &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/04/norges-lover6into-wilde-oscar-wilde.html"&gt;„siedem“ po norwesku to „syv“&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejszą liczbą ulicy Sezamkowej było „7“ (czyli „17“ bez... pałeczki).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-4909019526224425475?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4909019526224425475'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4909019526224425475'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-59-w-paske-idziemy.html' title='NORGES LOVER (59) W Påske idziemy!'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2382528343505935034</id><published>2010-03-28T14:00:00.009+02:00</published><updated>2010-10-04T00:58:43.939+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (58) Kupiłaś mi książkę za drogą w tytule</title><content type='html'>Po &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-54-laktacje-dmuchacje.html"&gt;odcinku Ulicy Sezamkowej z liczbą 17&lt;/a&gt; rozgrzmiały głosy czytelników. Że po pierwsze, to właściwie ciągle tylko ta liczba i żadna inna. A po drugie, czy to na pewno ja piszę, bo ona duża taka jakaś... No tak, ale mamy tu właśnie do czynienia z opisanym wcześniej fenomenem &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-28-fenomen-petli-grefsen.html"&gt;grefseńskiego zapętlenia&lt;/a&gt;. W mejscu wszystkich wystąpień „13“ wprowadziłem zawczasu „17“, tak by w przyszłości Wydawnictwo Znak nie odmówiło mi wydania tego w formie książkowej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znak nie przyjął do publikacji &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kapuściński non-fiction&lt;/span&gt;, mając pretensje do (skądinąd nie budzącego zastrzeżeń) warsztatu pracy Artura Domosławskiego. To niech zajmą się tą panią z dziennika &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dagsavisen&lt;/span&gt;. Pani rozmawia o Islamie i ze szczególnym upodobaniem zastanawia się, dlaczego Muzułmanie nadają sobie imiona Boga, a Chrześcijanie - nie. Teza jest z gruntu  fałszywa, rozmówca jednak na tyle mało asertywny, że daje się tej pani podpuszczać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozmówca tłumaczy więc, że najpopularniejsze w Islamie imię Mohammed (Mahomet) to nie jest imię boga, lecz proroka. Pani nie widziała różnicy! Szkoda, że nikt jej nie wspomniał o popularnym w Hiszpanii imieniu Jesus, co nie tyle obala jej tezę, co wręcz zupełnie ją odwraca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uboższa o tę wiedzę, pani nie daje więc za wygraną. No ale przecież jest jeszcze Adbullah, mówi - co zawiera słowo „Allah“, a więc imię boga - dopowiada z tryumfem. Rozmówca wyjaśnia jej, że „Abd Allah“ to sługa boży - imię oznacza więc ponad wszelką wątpliwość skromnego człowieka, który stwórcę chwali, a nie uzurpuje sobie jego boski status.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tu znowu niestety rozmówca nie idzie za ciosem. Nie wyjaśnia więc pani redaktor, w jaki sposób powstawało gros imion w tradycji judeo-chrześcijańskiej. Jak chociażby Michał (hebr. „któż jak bóg“), czy wszystkie typy Boguslawów, Bogumiłów, Boguchwał - mające przecież swoje odpowiedniki także w językach nordyckich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zeświecczenie tego społeczeństwa poszło w parze z ogromnym postępem ignorancji. Wtórnie widać to, kiedy opacznie interpretują zwyczaje innych kultur - nie mając pojęcia o tym,  że sami kultywują identyczne tradycje. Bo też - pierwotnie właśnie - nie znają swoich korzeni (nie wio, że mówio prozo!).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak, dochodzi do tego, że choć 8 na 10 Norwegów uważa się za Chrześcijan, to tylko 3 z nich wierzy w zmartwychwstanie Chrystusa. Z tajemnic wiary, ta jest dla mnie najbardziej nieprzenikniona: jak można zwać się Chrześcijaninem - odsuwając na bok to &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;drobne, szczegółowe, tycie niuansiątko wiarki&lt;/span&gt;. Absurd ten bije nawet Britney Spears na wokalu w AC/DC.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2382528343505935034?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2382528343505935034'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2382528343505935034'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-58-kupias-mi-ksiazke-za.html' title='NORGES LOVER (58) Kupiłaś mi książkę za drogą w tytule'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2859455736811665971</id><published>2010-03-26T20:30:00.006+01:00</published><updated>2010-03-26T22:07:36.468+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (57) Wór, marzec i gwiazdozbiór Jaka</title><content type='html'>Marzec już niemal minął i chociaż przepuszczam przez kasę mięso z całego świata, nie są to jaki. Nie wiem więc, co miał na myśli autor sloganu „W marcu jak w garncu“ - w tej klasie wagowej w Norwegii wciąż niepodzielnie króluje renifer. O jaki trzeba by zapytać &lt;a href="http://expatwindiach.blogspot.com/2010/03/dziewczynka-z-indii.html"&gt;dziewczynkę z Indii&lt;/a&gt;, jak (!) zacznie wyglądać zaprzęgu Mikołaja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja jak (!) bym się nie wpatrywał, nie dostrzegam jaka sunącego po nocnym niebie - tradycyjnie czuję się więc oszukany słowami piosenki (i znowu SDM...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A i znalazłem kolejny błąd w Wikipedii - podpis pod zdjęciem na stronie jaka brzmi: „Dziki jak“. Jak co - nie napisano. Pewnie jak jaczyca - ale jakiś mizogin to usunął. W Norwegii prasa odkryła, że nawet w odniesieniu do zwierząt hodowlanych człowiek stosuje dyskryminację płciową, upgrade'ując damy na talerzu do rodzaju męskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W restauracjach serwuje się prosiaka i wołu - które zawsze jednak mają około połowy szans, by być kobietami. A że do uboju trafiają jeszcze kastraty, to rzeczywisty zwierz z karty dań na talerzu gości rzadko. Nic to nie da, że - jak (!) przyznają kucharze - mięso starszych krów jest wytrawniejsze niż młodych byczków (żadnych podtekstów, to cytat niemal). W odbiorze społecznym befsztyk ma być z faceta, udziec - barani, nie owczy itd. A jagnięcina brzmi młodo i niewinnie, chociaż w rzeczywistości to jak (!) by Miller, Oleksy, Kwaśniewski i Szmajdziński stanowili kworum w młodzieżówce SLD.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O rozróżnianie płci - jak (!) się okazuje - nikt nie dba w trakcie uboju. Wszystko wrzucane jest do jednego wora...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A „wór“ to slowo klucz w temacie jaka. Słowo „jak“ jest w języku norweskim podstępne jak jak. Ale nierzadkie - jak nie jak. Najtrudniej było mi się połapać w jego stosowaniu. Nie ma problemu z „jaki“ w sensie „który“. Inaczej jednak niż w angielskim („how / how much“) czy niemieckim („wie / wieviel“), norweskie „jak“ brzmi różnie w obu sytuacjach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Samo „jak“ to „hvordan“ (czyt. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;wórdan&lt;/span&gt;), ale „jak ...“ to „hvor ...“ (czyt. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;wór&lt;/span&gt;). Problem w tym, że „hvor“ oznacza też „gdzie“. Dosłownie więc mówi się „gdzie duży jest?“, „gdzie wiele mam ci zapłacić?“ - w sensie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;jak duży&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style:italic;"&gt;jak wiele (ile)&lt;/span&gt;. Zanim to opanowałem, notorycznie odwracałem tę zasadę, używając krótszego „hvor“ (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;gdzie&lt;/span&gt;) w sensie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;jak&lt;/span&gt;. Mówilem więc: „gdzie tam dotrzeć?“ zamiast „jak tam dotrzeć?“ czy zamiast „jak mam to zrobić?“ -  „gdzie mam to zrobić?“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najczęściej wskazywano mi toaletę i kończyło się jak (!) &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christians-stoned-1.html"&gt;przed ponad sześcioma laty w Szwecji.&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2859455736811665971?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2859455736811665971'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2859455736811665971'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-57-wor-marzec-i.html' title='NORGES LOVER (57) Wór, marzec i gwiazdozbiór Jaka'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2528294180052408510</id><published>2010-03-21T18:15:00.004+01:00</published><updated>2010-08-03T21:48:01.156+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (56) Ice White Shoot</title><content type='html'>&lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-24-gdzie-dwoch-sie-doi-tam.html"&gt;Mleczna wojna światów&lt;/a&gt; trwa. Próbujący gonić lidera Q-Meierne wprowadzili nowe rozwiązanie: karton z okienkiem mierniczym. W ten prosty sposób można sprawdzić, ile mleka zostało w kartonie. Oczekiwali zapewne, że tym prostym i genialnym rozwiązaniem ustanowią nowy standard, który konkurencja będzie musiała przyjąć. Będą więc mogli wytykać Tine, że od nich ściąga - tak jak to już wcześniej było z korkiem do kartonu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tine wykonało jednak zupełnie nieprzewidzianie bardziej genialny manewr. W prasie pojawiła się reklama, że tylko ich mleko zabezpieczone zostało przed szkodliwymi promieniami słonecznymi. Od razu nasuwa się skojarzenie z okienkiem mierniczym - choć Tine tłumaczy, że to przypadek, bo oni - samodzielnie, wprowadzili właśnie specjalne poszycie wnętrza kartonu, które utrzymuje dłużej świeżość mleka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rację przyznają im jednak nie tylko specjaliści od PR-u. Zapytany przez prasę profesor technologii mleczarstwa przyznaje, że okno miernicze może stanowić pewne zagrożenie dla mleka. Nie w każdych warunkach, nie w lodówce, ale jeżeli karton trochę postoi na słońcu, to mleko padnie ofiarą słonecznego światła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I w ten sposób wieloletni monopolista na rynku mlecznym okazuje się utrzymywać swoją przewagę wcale nie tylko siłą rozpędu. Jest cwańszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mleczarze dowalają sobie jak na meczu hokejowym - a tam jest na co popatrzeć. Hokeiści z Oslo (Vålerenga) doszli właśnie do finału. Dzielnie im w tym czasem dopingowałem, chociaż raz zdarzyło mi się przespać mecz, na który miałem bilet. Nie widziałem więc jak zmagali się ze Stavanger Oilers (po naszemu to chyba „olejorz“?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hokej to nie jest sport dla miłośników długiej wymiany piłek - ale tylko dlatego, że nie ma w nim piłki! Mordobicia to druga piękna rzecz w hokeju. I te owacje, gdy „nasz“ zawodnik schodzi z tafli na karniaka. (Teraz rozumiem, że mój kolega z kasy musi być hokeistą - tyle pauzuje).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wstając tak co chwila z ławeczki, żałuję, że bandy nie są przezroczyste. Nie ma nic piękniejszego niż upadający zawodnik, no chyba że upadający zawodnik kopany łyżwą, albo raczej zawodniczka... o tak, upadająca zawodniczka kopana łyżwą tak, że rozcina jej się strój...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sportach kobiet bowiem - jak twierdzą redaktorzy Trzeciej Strony Medalu w Trójce - więcej musi się zdarzyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś 30. urodziny Marit Bjørgen. W Polsce złowrogi dzień ten obchodzony jest już od czasów prasłowiańskich - wedle zwyczaju topimy tego dnia kukłę mającą symbolizować czarownicę z północy. Takie naiwniactwa, rytuały i wojny podjazdowe nie są jednak w stylu naszego obecnego ministra spraw zagranicznych. Dlatego przyjął w tym roku nowatorską strategię. Idę na te urodziny - otrzymałem polecenie, by wykończyć Marit kondycyjnie. Mam nadzieję, że znów okaże się szybsza od Justyny Kowalczyk, która swoje zmagania na Olimpiadzie opisała słowami: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;powolutku próbowałam dochodzić&lt;/span&gt;.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2528294180052408510?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2528294180052408510'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2528294180052408510'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-56-ice-white-shoot.html' title='NORGES LOVER (56) Ice White Shoot'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2933438055942721284</id><published>2010-03-19T22:30:00.007+01:00</published><updated>2010-07-26T04:25:58.809+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (55) 17 cm to za mało</title><content type='html'>- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Masz krótkiego czy długiego?&lt;/span&gt; - wita mnie niezmiennie jeden klient, podchodząc do kasy. To w odpowiedzi na moje „Czy masz kartę?“ (którą musi mieć każdy zarejestrowany klient sklepu). „Karta“ i „krótki“ brzmią bowiem po norwesku właściwie tak samo. Pohukując jak zawstydzona dzierlatka, odpowiadam mu, że chodziło mi o kartę... CZŁONKOWSKĄ. Wtedy już zaśmiewamy się razem, poklepując się po ramionach, podczas czego ja wciąż staram się wydobyć od niego tę cholerną kartę, zasłaniając się jednocześnie tak na wszelki wypadek, wiadomo... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do uprawiania narciarstwa biegowego w okolicach Oslo przygotowuje się w śniegu koleiny, po których mogą poruszać się w obie strony wszyscy amatorzy nart. Specjalna maszyna jedzie przez las i zostawia tory po obu stronach drogi. Standardowym rozstawem jest 21 cm. Mieści się to w międzynarodowych normach zawodowych sportów narciarskich: od 17 do 25 cm.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnio podniesiono jednak kwestię, że 21 cm to może być za dużo. W jednym miejscu przygotowano więc do testowania węższe, 17-centymetrowe tory. Chodzi między innymi o to, aby łatwiej było poruszać się mniejszym, głównie dzieciom. Ktoś postawił jednak także śmiałą tezę, że węższe tory ograniczą ruchy na boki wielu narciarzy-amatorów, dzięki czemu wszyscy będą poruszać się zdecydowanie bardziej do przodu. Dokładnie przeciwnego zdania jest jeden z byłych mistrzów świata, uważający, że szerszy tor to właśnie większa równowaga. Mistrz dyplomatycznie stwierdził, że dyskusja jest niepotrzebna, bo rozmiar nie ma znaczenia... ale on sam woli większy (gdzie ja to już słyszałem...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ja wątpię, by inicjatywa zejścia poniżej 21 cm zyskała wielu zwolenników. W myśl prawdy, którą z oburzeniem glosi mój kolega z pracy, Azer. Twierdzi, że norweskie dziewczyny to przede wszystkim chcą się umawiać z Murzynami. Ja tam więc wcale nie narzekam, kiedy laski nie wiedzą, gdzie leży Polska...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/S6PwDLy3JnI/AAAAAAAAAJE/w8o4InIMq2E/s1600-h/f+144_mp.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/S6PwDLy3JnI/AAAAAAAAAJE/w8o4InIMq2E/s200/f+144_mp.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5450463911544825458" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy człowiek przejdzie się tak wzdłuż tych kolein, rozumie dopiero, dlaczego właśnie tutaj musiała powstać reklama: „Teraz teraz podwoiliśmy podwoiliśmy...“ itd. Aż musiałem się powstrzymywać, by przy okazji niedawnych mistrzostw w Oslo nie wypytywać kibiców Rosjan: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jak podwoić cenę Łady?&lt;/span&gt; (Odpowiedź brzmi, oczywiście: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Tankując&lt;/span&gt;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I skoro o zawodach, ciekawe, ile kresek widzą zawodniczki, kiedy zrobią test ciążowy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2933438055942721284?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2933438055942721284'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2933438055942721284'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-55-17-cm-to-za-mao.html' title='NORGES LOVER (55) 17 cm to za mało'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/S6PwDLy3JnI/AAAAAAAAAJE/w8o4InIMq2E/s72-c/f+144_mp.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-89453454900484584</id><published>2010-03-17T02:00:00.012+01:00</published><updated>2010-03-17T23:00:45.276+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (54) Laktacje dmuchacje wiatr</title><content type='html'>Dzisiejszą liczbą Ulicy Sezamkowej jest „17“. Ale zanim porozmawiamy o numerkach, zacznijmy z pedagogicznym sadyzmem: od uzmysłowienia ich ponurych konsekwencji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sieć marketów Kiwi odbębniła 10-lecie akcji, w której co 4. paczkę pieluszek dawano gratis. W ten sposób rozdano 135 mln paczek pieluch - czyli jedną na minutę. Gdyby ułożyć z nich wieżę - mówią reklamy - miałaby 12.127 m.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;A co dopiero&lt;/span&gt; - myślę sobie - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;gdyby tak ta wieża runęła, uwalniając zawartość...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale jeszcze wyższa byłaby wieża z kochanek Warrena Beatty (nawet jeśli ustawić je w konstelacji newtonowskiej, tj. na ramionach poprzedniczek). Według opublikowanej niedawno biografii miał ich mieć 12.775. Wychodzi podobno 1 unikalna kochanka na dzień - do czasu zawarcia małżeństwa z miłości (z Annette Bening), a od utraty dziewictwa w wieku lat 20. Ale przecież, jak już pisałem wcześniej, Chef z South Parku mówił, że czas na to właściwy to 17 lat. Wróćmy więc do liczby dnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;17 lat to - według Ludwika Stommy - czas, który musiała przeżyć królowa, by zapewnić Burbonom sukcesję na tronie. Stomma wylicza, że potrzeba było 2-3 męskich potomków, co przy śmiertelności niemowląt i prawdopodobieństwie powicia dziewczynek, wymagało odchowania do bezpiecznego 7 roku życia co najmniej pięciorga dzieci. Jako że królowe z trudem dożywały wówczas 40-tki, panny na liście swatów nie przekraczały wieku 23 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cóż za marnotrawstwo!&lt;/span&gt; - rzekli by więc swaci Burbonów, czytając jedną z powieści Haruki Murakamiego, która właśnie ukazała się w norweskim przekładzie. „Sputnik Love“ traktuje bowiem o miłości głównego bohatera do kobiety od niego o 17 lat... starszej!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu zdobędę się na śmiałe wyznanie: jest to uczucie i mnie dobrze znane. Miałem tak raz, jako niemowlak. I od tego czasu to jak u Sztaudyngera: „&lt;span style="font-style:italic;"&gt;on był stały - tylko one się zmieniały&lt;/span&gt;“. On - czyli ich wiek, rzecz jasna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem, wiem. Mogę dorzucać coraz nowe anegdoty, ale was i tak zastanawia, dlaczego Warren Beatty zaczął jako 20-latek. Ja go dobrze rozumiem, także preferuję prace na akord, nie na czas.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-89453454900484584?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/89453454900484584'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/89453454900484584'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-54-laktacje-dmuchacje.html' title='NORGES LOVER (54) Laktacje dmuchacje wiatr'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2912516363861523662</id><published>2010-03-10T20:30:00.030+01:00</published><updated>2010-08-03T21:45:36.316+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (53) Krwawe głody w oku liczności</title><content type='html'>Nadeszło opamiętanie! Już wiem, jak się nazywam. Wyrobiłem sobie norweską legitymację. Nigdy bym na to jednak nie wpadł, gdyby mnie nie zmusiło tzw. oko liczności (skąd to w ogóle, to pojęcie?).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż w marcu zdecydowanie się wypogodziło i nastał ten znienawidzony przez gastarbajterów czas, gdy Norwegowie nie chorują. Jesienią był to cały tydzień - teraz znacznie dłużej (co pozwala liczyć, że norma na ten rok została już wyczerpana).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mając sporo czasu postanowiłem udać się wreszcie do tutejszej stacji krwiodawstwa. Przed ponad dwoma laty poinforomowano mnie tam, że muszę mówić po norwesku. Tym razem zjawiłem się swobodnie dowcipkując w języku urzędowym, by krok po kroku pokonywać coraz dalsze przeszkody. Wypełnienie ankiety przyszło mi z łatwością - z grubsza jest podobna do naszej. Teraz pozostawało czekać na wizytę u lekarza, ale to przecież formalność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez wielke „F“, jak się okazało. Zabrakło mi bowiem legitymacji ze zdjęciem - wystawionej w Norwegii. Polski dowód czy paszport się nie liczą. Jak zdobyć taki dokument? Opiszę to innym razem. Dość rzec, że w środę już ją miałem (w sposób zgodny z prawem). W piątek ponowiłem więc trudne zimowe podejście pod stację krwiodawstwa. Tym razem wszystko zdawało się mi sprzyjać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na rozmowie z lekarką dumnie przedłożyłem legitymację. Pani przystąpiła do czytania mojej ankiety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczęła się nad nią pastwić z semantycznym sadyzmem. Przeszedłem wszystkie pytania o choroby, których nie przeszedłem. Gorzej już było z pytaniem o wielu partnerów seksualnych. Zawsze zaznaczam, że nie mam wielu, w końcu zależy to od własnego pojmowania „wielości“, a to już kwestia światopoglądowa (może to jest właśnie to „oko liczności“?).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani doktor chciała jednak dowiedzieć się wszystkiego o mojej JEDYNEJ wybrance. Zaczęła pytać: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;A z kim, a od kiedy, a jakiej płci... A Polka czy Norweżka?&lt;/span&gt; Zacząłem coś jąkać na poczekaniu. Najważniejsze, że dobrze zapamiętałem liczby z broszurki, informując, że mój monogamiczny związek funkcjonuje już 8 miesięcy (osoby w związkach poniżej 6 m-cy odprawiane są z kwitkiem). I tak sobie konfabulując, ze zdumieniem widzę, że pani wszystko to zapisuje! No dobra, myślę, pierwsza wizyta, może to jakoś zrozumiałe. Pani jednak, jakby czytając w moich myślach (ale gdyby czytała, to bym już tam nie siedział) mówi - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Zawsze tak zapisujemy, będziemy to odnotowywać za każdą wizytą&lt;/span&gt;. Osunąłem się z krzesła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postanowiłem w domu utworzyć sobie kartę postaci RPG, która będzie moją krwiodawczą laską. Szybko trzeba będzie nadać jej jakieś imię. Najlepiej z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Shutter Island&lt;/span&gt; Scorsesego. Chyba że pani doktor łyknie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kotka&lt;/span&gt; jako polskie imię żeńskie. To by wiele uprościło. Z czasem, pomyślałem, trzeba będzie zadbać o zdjęcia, sms-y gromadzone na komórce, kupić sobie flakon damskich perfum, by zawsze NIĄ pachnieć. Ślub może jakiś, żeby nie budzić podejrzeń.  Jej ulubione filmy, miejsca, pozycje. Założyć jej profil na facebooku...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomiar ciśnienia. 120/84. Puls w normie. Na wykrywaczu kłamstw bym nie wpadł. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Może jednak iść do polityki?&lt;/span&gt; - przechodzi mi przez myśl.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Załatwione. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Przed pobraniem pierwszej próbki proszę jeszcze tylko ustalić termin następnej wizyty&lt;/span&gt; - zachęca pani doktor, wręczając mi kalendarz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;A nie wiem&lt;/span&gt; - mówię. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Załatwmy to jak wrócę z Polski, bo jadę na święta i tam na pewno też sobie coś oddam. Osoczko, plyteczki. To zgłoszę się po powrocie, ikke sant?&lt;/span&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Co???&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I to by było na tyle w kwestii mojego oddawania krwi w Oslo. Okazało się, że „ona sobie tego nie życzy“, abym ja oddawał krew gdzie indziej. I to nie tylko w innym kraju, ale nawet w innym mieście w Norwegii! Zawezwana na pomoc lekarka Polka także nie mogła zrozumieć, dlaczego ja się tak upieram przy prawie do oddawania krwi w Ojczyźnie. Starym harcerskim zwyczajem ogoliłem ją na łyso i wyszedłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba przyznać, że jednak mają sposoby na sprawdzenie, czy ktoś na pewno, w głębi duszy, szczerze i całym sobą jest monogamistą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* &lt;span style="font-style:italic;"&gt;co nie?&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2912516363861523662?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2912516363861523662'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2912516363861523662'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-53-krawe-gody-w-oku.html' title='NORGES LOVER (53) Krwawe głody w oku liczności'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2802749916484294201</id><published>2010-03-07T18:30:00.011+01:00</published><updated>2010-06-24T13:34:10.257+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (52) Rukola! - ktoś woła mnie</title><content type='html'>Kiedy podchodzi do ciebie gość i mówi: „Wyskakuj z kasy“, grunt to zachować zimną krew. I spokojnie zrobić, co każe. Wylogowałem się więc, podając swój numer kasjera, uprzątnąłem stanowisko pracy, zastawiłem kasę taśmą i poszedłem za nim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potrzebowali mojej pomocy przy warzywach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracując tak, myślałem tylko o tym, jak podzielę się tą nowiną z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-45-rece-ktore-licza.html"&gt;Japonką od warzyw&lt;/a&gt;&lt;/span&gt; (pracuje w innym sklepie, tam gdzie układam towary, a nie stoję na kasie). Wspólne zainteresowania to bardzo istotny element w relacjach męsko-damskich. Co szczególnie jest efektywne, gdy obeszło się bez wyjawiania imion.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na bruderszafta nigdy nie jest za późno. Może spotkamy się za parę lat na kongresie warzywnym, kiedy to do mnie, jak to do uczestnika konferencji, przysiadać się będą młode damy oferujące nawiązanie bliższej znajomości, a do niej - jak to do Azjatki - inni uczestnicy konferencji w tożsamym celu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To takie przykre, to stereotypowe postrzeganie rasy i płci. Trudno jednak się z niego wyzwolić, czytając w szwedzkiej gazecie trafną uwagę niejakiego Hansa Höjera. Rzecze on: „&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kobiety stale utyskują na to, że otrzymują jedynie 85% pensji mężczyzn. Ale na litość boską - mają przecież jeszcze własne pensje!&lt;/span&gt;“&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z podobnie bezwzględną logiką funkcjonuje poczta w Norwegii. Wciąż nie dotarła do mnie zamówiona w październiku na poczcie tabliczka z nazwiskiem na skzynkę pocztową. No ale przecież jak ma dotrzeć, kiedy nie mam na skrzynce tabliczki z nazwiskiem? Wkrótce może się okazać, że nie przedstawiam się, bo już po prostu sam nie pamiętam, jak się nazywam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2802749916484294201?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2802749916484294201'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2802749916484294201'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/03/norges-lover-53-rukola-ktos-woamnie.html' title='NORGES LOVER (52) Rukola! - ktoś woła mnie'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8023529681314503440</id><published>2010-02-28T23:00:00.005+01:00</published><updated>2010-03-01T00:12:00.322+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (51) Halal dla lal</title><content type='html'>Nagroda designu przyznawana jest tym produktom, które osiągnęły sukces na rynku po nowatorskiej zmianie opakowania. Wśród ubiegłorocznych laureatów przepiękne rzeczy i zaskakująco proste. Odelia odkryła dla olejów okrągłą butelkę - podczas gdy przylgnęła do nich łatka czterokątnych opakowań. Znowu sieć sex-shopów zwiększyła sprzedaż o 63% od kiedy zmieniła logo (amorek) na bardziej proste w formie i wściekle różowe. Sieć nazywa się Kondomeriet, czyli „kondomownia“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O znaczeniu opakowania wiedzą też dobrze Muzułmanie. Dlatego pobożne Muzułmanki ubierają się w hidżab, nikab albo burkę (odsłaniające odpowiednio: całą twarz, same oczy albo nic - kobieta widzi wtedy przez siateczkę na twarzy). Wielość sposobów zasłon wynika z tego, że jak to w Islamie, różne szkoły odmiennie postrzegają konieczność i zakres zasłaniania ciała przez kobiety. Sam Koran jest w tej kwestii dość mało konkretny, zalecając, by kobiety&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„pokazywały swoje ozdoby jedynie swoim mężom lub ojcom, albo ojcom swoich mężów, albo swoim synom lub synom swoich mężów, albo swoim braciom, albo synom braci, lub synom swoich sióstr; lub ich żonom, lub tym, którymi zawładnęły ich prawice; albo swoim służącym spośród mężczyzn, którzy nie są owładnięci pożądaniem cielesnym; albo też chłopcom, którzy nie poznali nagości kobiet“. (24:31)&lt;br /&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Biorąc pod uwagę, że przez 6 znajomych osób możemy trafić do każdego na świecie, uznać można, że Koran właściwie nie nakazuje żadnego zakrywania. Jednak i tutaj działa marketingowa zasada Zachodu - klientów przekonuje się, że odczuwają potrzeby, które zaspokaja nasz produkt. Świat islamskiej mody nie jest więc wcale taki prymitywny, jakim musi go postrzegać zwyczajny nosiciel dżinsów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przebojem jest ostatnio burkini - czyli burka-bikini: strój kąpielowy dla kobiet, które chcą ukryć większość swojego ciała, włącznie z włosami. Wygląda jak strój płetwonurka, albo raczej - ze względu na rezerwuar na włosy - jak kostium „Obcego“).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Stanach ukazała się za to islamska wersja lalki Barbie. Oczywiście z co najmniej jedną z zasłon. To za mało dla dociekliwego forumowicza &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Los Angeles Times&lt;/span&gt;, który dopytywał się, czy lalka jest obrzezana. Jeśli by się okazało, że nie, na pewno wkrótce na rynku pojawi się zestaw umożliwiający dziewczynkom samodzielne wykonanie zabiegu na lali (wystarczy dodawać w zestawie szkło powiększające - na wzór ulubionej zabawy chłopców z South Park, torturujących w słońcu lalkę Jenifer Lopez).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8023529681314503440?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8023529681314503440'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8023529681314503440'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/02/norges-lover-51-halal-dla-lal.html' title='NORGES LOVER (51) Halal dla lal'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-4750969167773964986</id><published>2010-02-21T20:00:00.008+01:00</published><updated>2010-02-28T23:21:35.514+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER 50:50</title><content type='html'>W piątek 107 580 prenumeratorów pisma &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Aftenposten&lt;/span&gt; w okolicach Oslo otrzymało wydanie z tytułem „Złoto nr 100“ i zdjęciem Tory Berger na 1. stronie. Następnych 186 898 prenumeratorów dostało jednak wydanie z tytułem „Złoto nr 101“ i sylwetką Emila Hegle Svendsena. który na igrzyskach w Vancouver zdobył swój medal nieco później tego samego dnia, już w trakcie drukowania gazety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W redakcji uznano najwyraźniej, że lepiej dać na 1. stronie aktualniejszy news. Tytuł z setką byłby już przez większość dnia uznawany za nieaktualny. Z drugiej strony, to właśnie równo setny złoty medal olimpijski dla Norwegii jest ważniejszą cezurą i wydarzeniem samym w sobie. Wielu czytelników nie zastanawiało się jednak nad tym problemem, uznawszy zmianę za przejaw dyskryminacji płci: kobietę zastąpiono mężczyzną. W piątek rozdzwoniły się w redakcji telefony, zareagowały fora i blogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogólniej zwrócono uwagę, że męskie dyscypliny sportowe cieszą się większą uwagą a sportowcy mężczyźni - większą estymą. &lt;br /&gt;Nikt na przykład nie przypomina, że Norwegowie to mistrzowie świata w piłce nożnej - skoro chodzi „tylko“ o reprezentację kobiet, która zdobyła mistrzostwo w 1995 r.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te różnice nie dziwią jednak wcale samej Tory Berger, która przyznaje, że akurat jej dyscyplina - biathlon kobiet stoi na niższym poziomie niż biathlon mężczyzn. Opinia publiczna nie dbała jednak o jej zdanie (czy to nie jest aby właśnie przedmiotowe potraktowanie kobiety?), uznając ją za poszkodowaną w tej sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sytuacji, która świetnie pokazuje, do czego może prowadzić widzenie świata przez pryzmat parytetów. Problem dopiero bowiem zaczyna się z ustaniem protestów. Następnego dnia, kiedy redakcja miała do wyboru drugie złoto Marit Bjørgen i pierwsze złoto mężczyzny - duże zdjęcie na pierwszej stronie dostała oczywiście Marit. Wątpię, by ktokolwiek w redakcji choćby przez chwilę zastanowił się, czy mogło by być inaczej - skoro poprzedniego dnia redakcja skrzywdziła rzekomo kobiety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Media przyszłości czekają bardziej automatyczne wybory. Zamiast zastanawiać się, która dyscyplina albo które wydarzenie jest ważniejsze, mogą stosować znany skądinąd schemat - „żeby życie miało smaczek - raz dziewczynka raz chłopaczek“. W innych przypadkach zawsze lepiej będzie faworyzować, rzecz jasna, kobiety. Można na wszelki wypadek nigdy nie pisać na pierwszej stronie o nowym królu - o ile nie zostanie nim kobieta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak na razie królem jest mężczyzna (dziś kończący 73 lata). Wśród odznaczonych przezeń w latach 2002-2009 orderem świętego Olafa - najwyższym odznaczeniem Norwegii - cztery osoby na pięć to mężczyźni.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-4750969167773964986?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4750969167773964986'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4750969167773964986'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/02/norges-lover-5050.html' title='NORGES LOVER 50:50'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8234354891633095609</id><published>2010-02-01T20:30:00.008+01:00</published><updated>2010-02-01T20:46:27.920+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (49) Witamina CC Vest</title><content type='html'>Warto uczęszczać na uczelnię... można tam zawsze za darmo posiedzieć na internecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W prasie czytam, że naukowcy odkryli, iż witamina C wcale nie chroni przed przejechaniem. Trochę mnie to zaskoczyło. Nie to, co odkryli, tylko, że byłoby to jakieś odkrycie. Nigdy nie myślałem, że może chronić. Powoli jednak kojarzę fakty i dzwonię do pracodawcy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż trzeci tydzień roznoszę teraz niedzielne gazety na trzech trasach - za gościa, który wpadł pod samochód i jest na miesięcznym zwolnieniu. Myślę sobie, pewnie jest czarny, jak większość kolegów po fachu, a oni zawsze wierzą w jakieś &lt;em&gt;czary mary wudu na kiju&lt;/em&gt;. Może szedł środkiem ulicy nawalony sokiem z cytryny, wierząc w swoją nieśmiertelność?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Boję się, że to jakieś fatum, bo sam akurat niedawno wykupiłem w swoim sklepie przecenioną cytrynową ice tea, a na tych trasach głównie chodzi się środkiem ulicy. Gazety roznoszę teraz po osiedlach domków tuż przy granicy miasta. W pobliżu Lysaker, z wielkimi biurowcami i imponującą mariną na fiordzie oraz centrum handlowego CC Vest, w którym znajduje się największy w Norwegii sklep sieci Meny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okolica należy do tutejszego &lt;em&gt;Zachodniego Brzegu&lt;/em&gt; - co jest istotną kategorią socjologiczną (mniej istotną w geografii, bo można w tym mieście przeżyć kilka lat i nie wiedzieć, że przepływa przez nie rzeka). Ogólnie przyjęło się, że &lt;em&gt;Zachodni Brzeg&lt;/em&gt; snobuje. Ja tu także czuję się dużo lepiej (chociaż gdyby mnie wywieziono gdzieś z zamkniętymi oczami, nie połapałbym się, na którym brzegu jestem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pełen wątpliwości zabieram się za ponowną lekturę artykułu. Ale zamyślam się od razu po pierwszym słowie: „Naukowcy...“. Też mogłem zostać naukowcą! Chodziłem na studia, byłem nawet wiele razy w bibliotece (na dowód trzymam wezwanie do uregulowania 3 EUR - pewnie za prąd). Wprawdzie na uniwersytecie jest mnóstwo miejsc, gdzie można usiąść z kebabem, ale tylko pod stolikami w bibliotece były kontakty do podłączenia magnetofonu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na Viadrinie super były też wykłady dostojnych gości - szczególnie laudacje Gesine, w stylu: &lt;em&gt;będę się strzeszczać, bo wiem, że nie dla mnie tu przyszliście (a dla wina, które stoi w holu)&lt;/em&gt;. Niestety, student nie jak wino i w pewnym wieku zaczynają cię już wytykać palcami. Jak pisał Heine - uczelnia to przemijające fale studentów i profesorowie trwający niewzruszenie, jak te piramidy w Egipcie. Z tą jednak różnicą - podkreślił poeta - że piramidy naprawdę reprezentują mądrość. (Ciekaw jestem, jak sobie radzą z tym przytykiem profesorowie wykładający Heinego).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytam do końca. Mam. Pomyliłem słowa. W norweskim to banalnie oczywiste. Na przykład w metrze długo czytałem: „&lt;em&gt;Dzieci należy wypożyczać&lt;/em&gt;“ - zanim zrozumiałem, że chodzi o &lt;em&gt;przeprowadzać&lt;/em&gt; (przez drzwi). Naukowcy odkryli więc, że witamina C wcale nie chroni przed &lt;em&gt;przeziębieniem&lt;/em&gt;! Dokładniej mówią: nie chroni przed przeziębieniem - ale ułatwia wyjście z niego i skraca czas choroby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No to tak, jakby powiedzieć, że prezerwatywa nie chroni przed zajściem w ciążę, ale znacznie skraca oczekiwany czas życia potomka.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8234354891633095609?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8234354891633095609'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8234354891633095609'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/02/norges-lover-49-witamina-cc-vest.html' title='NORGES LOVER (49) Witamina CC Vest'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-5075075806447421315</id><published>2010-01-26T02:00:00.008+01:00</published><updated>2010-02-01T20:55:23.190+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (48) Jest Saab jest zabawa</title><content type='html'>Konkurs dla czytelników: jakie jest słowo-klucz tego odcinka? Podpowiedż, nie jest to „słowo“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pracy nudy. Po świątecznym szale zakupów nic mnie już nie przerazi. Nastał post-christmasmic chill. Mało się dzieje. Raz tylko wszcząłem na kasie bójkę, jak jeden Arab powiedział, że zapłaci mi plastikiem. Wziąłem go za islamskiego terrorystę i jąłem obezwładniać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tak to niewiele się dzieje i mam wreszcie czas na rozmyślanie, kim zostanę, kiedy dorosnę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z tych nudów, zupełnie przez przypadek, zacząłem nawet wykazywać pewne oznaki przedsiębiorczości. Montuję pułapki na klientów - układam towary tak, by po wzięciu jednego spadały od razu następne. Chcę wykorzystać znaną prawdę, że klientowi trudniej będzie zwrócić produkt na półkę niż go z niej wziąć. Najtrudniej oczywiście podnieść z podłogi. Dlatego też kluczowe jest odpowiednie modelowanie balistyczne, tak aby towary spadały prosto do koszyka, bez względu na to, gdzie stoi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak jest po norwesku „kilo sprężyn“?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem, że szef by mnie za to poklepał po ramieniu, bo przysparzam sklepowi dodatkowych zysków. Ale ja nie puszczam pary z ust - już kombinuję dalekosiężnie. Jeśli to dobrze opatentować, będę miał zyski ze wszystkiego, co spadnie z półki na całym świecie! Takie Nokia i Apple, które zakładają sobie wzajem sprawy w sądach. Patent to klucz (nie tylko do &lt;span style="font-style:italic;"&gt;zamka patentowego&lt;/span&gt;). Pojęli to już nawet norwescy mleczarze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nastał niby karnawał, ale jakoś tak smutno bez Saaba. Nie ma się z czego pośmiać. A to chyba śmieszne, co napisał niemiecki &lt;em&gt;Handelsblatt&lt;/em&gt;:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wszyscy go znają, typowego kierowcę saaba: kreatywny, nieco odmienny niż inni, szczególnie wyposażony w testosteron (widział kto kobietę za kierownicą saaba?). I często agresywny, bo coś zawsze nie jest takie, jak być powinno. Albo dlatego, że znowu trzeba wysłuchać żarciku, że Saab to taki niemiecki Opel. A przecież kochamy te wozy w kształcie bolidu, zdradzającym, że Saab oryginalnie produkował samoloty. Wozy, w których my, zwyczajni śmiertelnicy nigdy nie możemy znaleźć stacyjki.&lt;/span&gt; [Saab miał patent z kluczykiem przy drążku zmiany biegów, co GM ordynarnie zmienił w ostatnich modelach]&lt;/blockquote&gt;Z umarłych się nie żartuje, ale dla mediów patent na prowokację to klucz. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dagens Næringsliv&lt;/span&gt; szydzi sobie więc z &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Aftenpostena&lt;/span&gt;, który napisał, że „&lt;em&gt;martwy delfin został znaleziony martwy na plaży&lt;/em&gt;“. To byłby dopiero news - skomentowali - gdyby martwy delfin został znaleziony na plaży żywy!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-5075075806447421315?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5075075806447421315'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5075075806447421315'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-47-jest-saab-jest-zabawa.html' title='NORGES LOVER (48) Jest Saab jest zabawa'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-4534909793172321335</id><published>2010-01-24T16:15:00.010+01:00</published><updated>2010-03-07T19:03:21.397+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (47) Pamiętajcie o zwrotnicach</title><content type='html'>Borat chciał zasiedlić windę - ja, jako czlowiek o szerszych horyzontach, wybrałbym wagon metra. Szczególnie że w Oslo są to porsche (marka stoi za designem wozów wyprodukowanych przez Siemensa). O dziwo, jednocześnie jednak wycofano tradycyjny czerwony kolor wagonów i teraz są białe. Obserwując tłumy wlewające się do tych nowych wagonów, zawsze nucę sobie Janis: „My friends all drive porsche...“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikt się jednak ostatnio nie przyłącza, bo Norwegowie jednoczą się w filozoficznej zadumie z Polakami - w myśl ostatniego przeboju Renaty Przemyk. W końcu nie ma nic bardziej kosmopolitycznego od problemów z komunikacją publiczną. Kiedy &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Aftenposten&lt;/span&gt; radził, by zostawić samochód w mrozy, &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dagens Næringsliv&lt;/span&gt; dopowiadał sarkastycznie: i idź na pociąg, który został wstrzymany. W największych mrozach na początku stycznia, na trasy w Norwegii wyjechała 1/3 pociągów. Wydaje się to jednak bardziej humanitarnym rozwiązaniem, niż w Polsce - gdzie puścili ich ile się dało, żeby potem ludzie stali w polu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polacy pewnie dbali o statystyki, dzięki czemu żaden dyrektor nie ma sobie nic do zarzucenia. Ale Norwegowie są dużo dalej rozwinięci cywilizacyjnie: wiedzą, jak dobrze nagiąć statystykę. Na przykład za spóźnione uznaje się pociągi, które przybyły do celu z opóźnieniem powyżej trzech minut. Kolej interpretuje jednak trzy minuty dokładnie jako 3 minuty i 59 sekund! (To tak, jakby milionerem nazwać każdego, kto ma akurat mniej niż milion oszczędności). W Polsce mieliśmy kiedyś wprawdzie podobny zapis, ale poprawiono Prawo Zamówień Publicznych: trzy dni interpretowano jako cztery.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polityki światowych kolei nie można było lepiej wyłożyć niż tak, jak na przystanku metra Ullevål Stadion. Na daszku po jednej stronie napisano: „I'LL GO YOUR WAY“ - czemu wtóruje „IF YOU GO MINE“ - po przeciwnej. Gdyby Norwegowie nie traktowali wszystkiego z przymrużeniem oka, miasto zakorkowałoby się w tym miejscu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tamże znajdziemy wielką tablicę „Husk skilting“, czyli „Pamiętaj o zwrotnicy“ - prosty czytelny i wyraźnie nadprogowy (ok. 1,5-2 m) przekaz do motorniczego. I jeszcze jedna rzecz, z której słynie ostatnio ta stacja - mój wybuch śmiechu, gdy rutynowo czytałem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;najświeższe doniesienia, kurs Norwegiana, polityka&lt;/span&gt;. Okazało się bowiem, że &lt;em&gt;Gang Olsena&lt;/em&gt; nie był pierwszym i ostatnim przejawem poczucia humoru w Duńczykach (pozostaje więc już tylko pierwszym).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Norwegian miał niedawno promocję - bilety za symboliczną koronę. Jego pracownicy ze zdumieniem odprawiali pierwszy taki lot - na którym zabrakło 118 pasażerów! Kiedy sytuacja się powtórzyła, zaczęli sprawdzać listy pasażerów (widział kto, porywać ludzi bez samolotu?). Wśród nabywców biletów znalazło się wiele osób o nazwisku szefa Norwegiana oraz Kaczor Donald - tyle że po duńsku (&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Anders And&lt;/span&gt;). W głębszym śledztwie odkryto, że niewykorzystane bilety kupili pracownicy duńskich linii lotniczych Cimber Sterling. Jeden nawet kilkaset, a dyrektor ds. prawnych sam kupił ich 54. Szef Sterlinga zapewnił, że nie była to zorganizowana akcja i poprosił już swoich pracowników, by nie kupowali więcej biletów na loty, którymi nie zamierzają wcale lecieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja tam nie czułbym się uspokojony - Walt Disney niczego nie obiecał.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-4534909793172321335?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4534909793172321335'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4534909793172321335'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-47-pamietajcie-o.html' title='NORGES LOVER (47) Pamiętajcie o zwrotnicach'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-5683379039321585128</id><published>2010-01-19T01:00:00.024+01:00</published><updated>2010-08-05T00:44:24.298+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (46) Ręce, które liczą</title><content type='html'>&lt;span style="font-style:italic;"&gt;- Masz sprawne palce&lt;/span&gt; - powiedziała Japonka od warzyw, spoglądając na mnie z uznaniem. Inaczej niż Czeczenka, do której wzdycham już niemal od dwóch lat, ale która jak dotąd zaszczyciła mnie tylko krótkim: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;- Wytrzeć!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Układając towary na półkach, przygotowuję je sobie tak, by całość wypełniała front, muszę więc odliczyć, w ilu to rzędach wgłąb postawić itd. To odbywa się dość machinalnie. Bardziej zwerbalizowanego liczenia potrzeba jednak przy roznoszeniu gazet. Przed dwoma laty &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Szalony Niemiec znany jako Crazy German&lt;/span&gt; zastanawiał się podczas trzydniowego szkolenia, po jakiemu ja sobie tak odliczam te gazety albo zapamiętuję kolejność drzwi? Czy po polsku, czy po niemiecku (bo tak z nim rozmawiałem), czy po angielsku - w języku będącym standardem w firmie. Sam się wtedy zastanawiałem, bo ciężko mi było się przyłapać. I nie dość, że nie wiem tego do dziś, to po dwóch latach sprawę pogmatwał jeszcze norweski!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobnie jest na kasie. A przecież należałoby się spodziewać, że coś się zmieni, skoro jedna z kasjerek ma na imię Jeny. Ale, to, że nie wierzę piosenkom, wyjaśniliśmy sobie już dawno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najwięcej liczenia wymagają słodycze: batoniki, czekoladki, gumy. Klienci najczęściej mają jakiś system odnośnie ilości kupowanego towaru, a ja, przeliczając to, staram się ten system odgadnąć. I tak mniejszy sklepik kupuje po 5 sztuk wszystkiego, większe 15 i więcej. Ale zdarzają się też notoryczne programowe czwórki, szóstki, siódemki czy dziewiątki. Najczęściej ze względu na pojemność opakowań, czasem jednak wydaje mi się, że szósty batonik jest próbą przemytu po tym, jak moja czujność zostanie uśpiona ciągiem towarów po pięć sztuk. Zdarzają się i tacy, co operują &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/08/norges-lover-64-peaches-gets-grand.html"&gt;potęgami dwójki&lt;/a&gt;, dość niskimi jednak (pewnie przerwali studia informatyki, jak ja). Nikt mi jeszcze nie zrobił awantury, że w kilogramie nie ma 1024 gram.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero z chwilą nabrania pewności w liczebnikach, zacząłem dostrzegać, że „miliard“ i „milion“ to najczęstsze słowa w tytułach prasowych, szczególnie na pierwszych stronach. Takich np. jak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;1 miliard na pensje pomostowe&lt;/span&gt; - tyle poszło w ciągu trzech lat na pensje dla tysiąca odchodzących wcześniej urzędników. Chodzi o wypłatę przez maks. trzy lata maks. 66% pensji tym osobom, które utraciły swoje stanowiska z powodu np. choroby, likwidacji stanowiska albo utraty kwalifikacji koniecznych do jego zajmowania (!)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;10,5 miliarda koron na zobowiązania wynikające z członkostwa w Europejskim Obszarze Gospodarczym&lt;/span&gt; - to koszty Norwegii w latach 2004-09. W następnej pięciolatce spodziewany jest wydatek ok. 13 miliardów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dostali 1,2 miliarda, zużyli milion&lt;/span&gt; - o państwowym przedsiębiorstwie, które dostało wsparcie na czas kryzysu od rządu i - najgólniej rzecz biorąc - wrzuciło je sobie do banku na procent. A pieniądze przyznano na realizację pilnych projektów. Cały rządowy pakiet 20 miliardów miał służyć  „utrzymaniu istniejących miejsc pracy i stworzeniu nowych“ (no, chyba w bankach).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;90 miliardów na czarno&lt;/span&gt; - o 5 tysiącach zgłoszeń nt. prania brudnych pieniędzy, jakie otrzymala w ub. roku policja ekonomiczna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Miliony zużyte na publiczne wysłuchanie, ale bez rezultatu&lt;/span&gt; - aby stanąć przed komisjami parlamentarnymi wiele organizacji pracowało latami. Ocenia się, że Związek Niepełnosprawnych przygotowywał się 4-5 lat. Dostały po 5-15 minut na przedstawienie swoich racji i w efekcie takich wysłuchań komisje zadecydowały o zmianach w wysokości 1 promila budżetu na rok 2010, tj. 131 milionów koron.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Miliony Rotary na marne&lt;/span&gt; - o tym, jak Rotary otrzymało 2,4 miliona koron na projekt, z którego do beneficjenta dotarło... 100 tysięcy koron! Na grafice wyjaśniającej sposób spożytkowania grantu roi się od ludzików. Koszty lidera projektu: 1.136.000 - niemal połowa. Połowa z pozostałej połowy to pozostałe koszty osobowe i rachunki pięciu różnych firm konsultingowych. Mniej niż dla beneficjenta poszło tylko na spotkania i księgowość. Tu wyszło więc, że nie znali starej prawdy: odpowiednia inwestycja w księgowość pozwoli uchronić przed publikacją w prasie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Albo taki premier Japonii, jak się okazało, że latami otrzymywał od swojej matki miesięczne kieszonkowe równowartości &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;miliona&lt;/span&gt; koron norweskich. Kiedy sprawa wyszła na jaw, powiedział w - co specjalnie odnotowały media - trzeciej osobie: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;- Jeśli ludzie zechcą, by Hatoyama ustąpił, to on ustąpi&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wszystkich, którzy czytali &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kafkę nad morzem&lt;/span&gt; Murakamiego, padł blady strach, bo tak właśnie operował tam językiem stuknięty staruszek Nakata. A lepiej z nim było nie zadzierać! Ja jednak dostrzegłem w tym to, co kiedyś pięknie opisał Korwin-Mikke: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;rząd rżnie głupa&lt;/span&gt;. Ja nie mam niestety kwalifikacji na premiera. Z otwieraniem kartonów w pracy radzę sobie gołymi rękami, nie przyjąłem więc noża, który oferowała mi Japonka od warzyw.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-5683379039321585128?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5683379039321585128'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5683379039321585128'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-45-rece-ktore-licza.html' title='NORGES LOVER (46) Ręce, które liczą'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8772269617156674628</id><published>2010-01-15T22:00:00.007+01:00</published><updated>2010-04-08T00:49:57.815+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (45) Tetris z wiewiórek</title><content type='html'>Przestałem wpuszczać do domu dziewczyny. Wpadłem w panikę, podejrzewając, że któraś podmieniła mi papier toaletowy na taki ze wzorem serduszek. - &lt;em&gt;Oho, zaczyna się!&lt;/em&gt; - pomyślałem, mając niechybnie na myśli, że się zaczyna. Po dokładniejszym śledztwie okazało się jednak, że to ludzie ludziom ten los zgotowali. Ledwo dostrzegalne odciśnięte serduszka są na papierze Serla, który zawsze sam sobie kupuję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybrałem go, bo ma uroczą uśmiechniętą wiewiórkę na opakowaniu - no, zwierzątko fajne - i do tego okazał się najtańszy z lepszych papierów. Nietrudno więc sobie wyobrazić, co się stanie, kiedy przecenić go o połowę w jednym z większych marketów miasta. No właśnie. I to wtedy dostałem telefon (Atomówki widocznie boją się wiewiórek).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy przyszedłem, mieli ze 20 palet w magazynie. Władca Pierścieni niech sie zarumieni - jakie z tego powstawały wieże... I tak przez 5 godzin dokładałem towaru, aż go zabrakło. Okazało się, że przy papierze z wiewiórką Serlą wcale nie trzeba wiele uwagi, bo znakomicie wygląda nawet do góry nogami. W końcu to takie zwierzątko, co śmiga po gałęziach. Nie dziw, że papier nazywa się ACROBAT.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to z owieczkami tak się już nie da, i pewnie dlatego papier Lambi tego samego producenta jest droższy. Nie dało się także uciec od ich oskarżającego wzroku, którym raczą każdego amatora jagnięciny. A zostałem otoczony owieczkami, kiedy wiórki się rozeszły (wiadomo, to-to nie wysiedzi na miejscu). Wpatrzony tak w owcze mordki wyobrażałem sobie, że na jednej kupie układam wszystkie swoje &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-31-owieczka-w-kazdym.html"&gt;owieczki z różnych portów&lt;/a&gt;... Olaboga!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście rzeczywistość nie dawała mi odpłynąć i musiałem wciąż odpowiadać na nerwowe pytania klientów. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;A gdzie jest ten tańszy papier? - A ile paczek może kupić jeden klient? - A ile kosztuje?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Udzielając odpowiedzi na ostatnie, poczułem się jak Chef zapytany w 7 odc. 5 serii South Parku o właściwy wiek inicjacji seksualnej:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;- 17.&lt;br /&gt;- 17, ale jeśli jesteś zakochany?&lt;br /&gt;- Nie, po prostu 17.&lt;br /&gt;- Ale co jeśli nie jesteś na to gotowy?&lt;br /&gt;- 17 lat i jesteś gotowy.&lt;br /&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Tyle że ja akurat mówiłem: 14,90.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8772269617156674628?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8772269617156674628'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8772269617156674628'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-45-tetris-z-wiewiorek.html' title='NORGES LOVER (45) Tetris z wiewiórek'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-350084979456061317</id><published>2010-01-09T00:00:00.007+01:00</published><updated>2010-08-03T21:51:33.876+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (44) Czwarty stopień zasilania lawinowego</title><content type='html'>W święta spadła masa śniegu, a potem zapowiedziano 3 tygodnie mrozu. Który trzyma mocno. Temperatura nocą sięga dna wydłubanego oczka, ale niewiele mniej, bo -19, jest za dnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto lubi tory saneczkowe, z lubością będzie się teraz poruszał po ulicach Oslo. Pokryła je gruba warstwa lodu, a zepchnięty na boki śnieg potworzył zaspy na 1-2 metry. Parkujące przy drogach samochody uzyskały przez to jeszcze większe czapy śniegu i wszystko wygląda wyolbrzymione - tylko dlatego, że ciężkie maszyny udrożniły jezdnie i chodniki. Tak jest na wyższych przedmieściach, czyli u mnie. W centrum zaś szaleją amatorzy łyżwiarstwa - równej śnieżnej pokrywy na chodnikach nie ma i ludzie chodzą po wybujałym lodzie. Tego nijak nie da się zerwać czy wyrównać. Mieszkańcy Oslo muszą więc stąpać po chodnikach jak kozice. A ja muszę znaleźć tego ćwoka, co zachwalał podeszwy z vibramu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto zaś marzy o karierze w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jackass&lt;/span&gt;, może w tych okolicznościach przyrody rozwozić wózkiem gazety po willowej dzielnicy Nordberg (dosłownie: „północna góra“). Jak ja w chwili, gdy pobijano rekord zużycia prądu w Norwegii. Wprawdzie przyłożyłem się do niego solidarnie, bo cały czas grzeję w domu na maksa, ale w tej godzinie, kiedy padł rekord, roznosiłem jeszcze gazety. Były to dwie nadprogramowe noce po 8 godzin. Wzięty szrekocim wzrokiem pracodawcy, zgodziłem się na zastępstwo za chorego. Plus - że blisko domu, minus - że same domki ze skrzynkami pocztowymi. W mieście biegając po klatkach wystarczająco się ogrzewam. Tutaj - nie ma szans. A do tego dodajmy jeszcze czekanie 45 minut na listę dystrybucyjną (inaczej nie wiem, komu co dać)...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Leżąc tak niemal godzinę w wózku z prasą, opatulony we wszystko, co miałem w szafie, osiągnąłem stan zupełnego spokoju umysłu - stan, którego nie da się wywołać żadnymi zabiegami. On po prostu przychodzi z nienacka. Ostatni taki raz, to było chyba na 4 tysiącach pod Mont Blanc przed wielu laty, kiedy we mgle usiedliśmy z Romkiem zrezygnowani na śniegu. Siedzimy tak milcząc, mgła czasem się przerzedza, czasem gęstnieje. Ledwo widzimy siebie, a za nami majaczy jakiś uskok skalny. Raz po raz któryś z nas się na niego ogląda. Ten stan ma to do siebie, że ludzie porozumiewają się już bez słów - obu nam się zdaje, że ten uskok jakby się ku nam zbliżał. Wiemy obaj, wiemy, że obaj wiemy, i obaj siedzimy. Z odrętwienia wyrywają nas słowa Romka: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Spieprzamy, zanim to nas przejedzie!&lt;/span&gt; Wstaliśmy i zeszliśmy w dół, ratując w ten sposób dupy (czyli wszystkie dziewczyny, którym, przeżywszy, daliśmy się potem poznać).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie jak urocza blondyna, lider nocnej zmiany, na którą czekałem te 45 minut. Ale co tam, czekałem całe życie, to i trzy kwadranse wytrzymam (szkoda tylko, że całego życia nie wrzucę sobie w nadgodziny).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tej nocy znów się spotkamy, bo muszę jej oddać klucze. Na obu trasach miałem po jednym domu, do którego trzeba było wejść na klatkę. Kiedy będę jej oddawał klucze do tych klatek, będzie to nasze trzecie spotkanie. Za pierwszym razem całowałem się z siedzącym na jej tylnym siedzeniu 6-miesięcznym psem, za drugim z 3-letnią suką. Ma jeszcze tylko jednego pieska - z nim będzie najtrudniej, bo to rotweiler. Ale za nim musi czekać upragniona nagroda... czwarte spotkanie, kiedy nikt i nic nam już nie przeszkodzi. Zaraz, ale właściwie, czy dziewczyna z trzema psami może nie mieć męża?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-350084979456061317?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/350084979456061317'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/350084979456061317'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-44-czwarty-stopien.html' title='NORGES LOVER (44) Czwarty stopień zasilania lawinowego'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-174706930362702392</id><published>2010-01-08T19:00:00.002+01:00</published><updated>2010-01-08T19:13:08.224+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (43) Fiord Solina</title><content type='html'>Czas na fikcję polityczno-geograficzną. Wyobraźmy sobie, że Al Gore zdobywa władzę i żeby uniknąć ośmieszenia,  zgodnie z tym, co przewidział, podnosi poziom morza. Calą niemal Polskę, aż po Zakopane zalewa woda. Co się zmieni? Szczęście w nieszczęściu, że do władzy wróci PiS. Idźmy dalej. Załóżmy, że pierwszą zmianą ustrojową w IV RP będzie zamiana biegunów magnetycznych Ziemi...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stoimy wiec tyłem do fiordu Podhale, twarzą ku (nowej) północy, przed nami majestatyczny krajobraz Tatr i wyrastające z wody Zakopane. Od miasta w góry biegną znane nam doliny Chochołowska, Kościeliska, Strążyska itakdalejska, a ich dnem jezdne drogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widzimy właściwie strukturę osiedleńczą Oslo XIX wieku. Góry nie są tu akurat aż tak majestatyczne, raczej beskidzkie, niemniej jednak samo ukształtowanie miasta przypomina bardzo to, które znamy z Zakopanego. Dlatego pozwoliłem sobie po nie sięgnąć. (Pomysł z zalaniem Podhala oddaję za darmo rządowym strategom - byłby to na pewno sposób na odkorkowanie Zakopianki).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z czasem miasto rozwinęło się i obrosło zbocza fiordu. Ślady dawnych czasów widać do dziś w jego tkance. I tak w najnowszych kwartałach budowanych nad fiordem, wytyczono nową ulicę: Flisaczą - to właśnie w tym miejscu wypuszczano na morze drewno, spławiane z dalekich gór.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sieci ulic pobrzmiewają ślady dawnych traktów - wystarczy odczytać nazwy dróg rozchodzących się promieniście z centrum. Bogstadveien - prowadzaca w kierunku Bogstad, Ullevålsveien - do Ullevål, Tåsenveien itakdalejen. Najciekawszą z nich i pewnie najdłuższą jest Maridalsveien, która przez różne skrzyżowania i rozwidlenia ciągnie się przez całe miasto, tracąc i odzyskując nie tylko rolę głównej ulicy, lecz nawet ulicy w ogóle. W jednym miejscu, w którym roznosiłem gazety, tak osadzono nowe osiedle, że jezdna droga przestała istnieć. Przeskoczyła więc osiedle, któremu dała adres.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobnie wije się Sandakerveien, która z centrum wychodzi jako droga z tramwajami, aby wyżej snuć się jako boczna uliczka wzdłuż (a czasem i wszerz) nowych arterii. Wydaje się, że ulice te raczej zwisaja z gór i umacniają się w kierunku centrum, a nie odwrotnie. Wiadomo, z czasem potworzyły się nowe, optymalne ciągi komunikacyjne, które przejęły ruch, ale wszystkie te pierwotne, leśne dukty łączące rozrzucone po zboczach fiordu osady, przetrwały w niezmienionym przebiegu. Do dziś jest zachowana ich pierwotna zabudowa. I tak by się pewnie stało z drogami Strążyską, Chochołowską i Kościeliską za 100 lat, gdyby Zakopane rozwinęło się jak Oslo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porównanie z Tatrami dotyczy więc sieci dróg, ukształtowanie terenu lepiej jednak porównać do pogórza bieszczadzkiego. Fiord w tym miejscu jest bardzo łagodny, inny niż go zawsze kojarzymy - to po prostu kiszka morza wcinająca się w ląd. Ale to wciąż wybrzeże typu fiordowego. Ilekroć patrzę tak na ten fiord z góry, widzę Zalew Soliński, wypełniający w podobny sposób dawną bieszczadzką dolinę. Tak jak Oslo wyglądałyby Solina, Polańczyk i Wołkowyja połączone w jeden superorganizm miejski. Dla dopełnienia palety skojarzeń dodam jeszcze, że tutejsza architektura górnych przedmieści to istny Karpacz - tyle że tutaj to ciągnie się już do znudzenia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-174706930362702392?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/174706930362702392'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/174706930362702392'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2010/01/norges-lover-43-fiord-solina.html' title='NORGES LOVER (43) Fiord Solina'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1015008537967640316</id><published>2009-12-31T22:00:00.018+01:00</published><updated>2010-07-26T04:06:45.942+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (42) Come on in p*** lovers!</title><content type='html'>Przez 10 miesięcy 2008 r. po norwesku nie mówiłem wcale. W pracy przy gazetach standardem jest angielski - zatrudnia się tam ludzi ze stu nacji. Przez kolejne 10 miesięcy pobytu w Szczecinie raz pogadałem po norwesku, odkrywając, że coś tam jednak umiem. Była to pogawędka z nowym ambasadorem Norwegii w Polsce. Nie wiem, czy po ostatnim odcinku zostanę dobrze zrozumiany, ale... spotkaliśmy się na polu golfowym.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Będąc znów w Oslo od września, zmuszam się, by mówić wyłącznie po norwesku. Inaczej nie dostałbym pierwszego zmywaka, i drugiego, i kolejnego. A co za tym idzie, nie podrasowałbym języka na tyle, by ktoś zaryzykował sadzanie mnie na kasie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jest to nie lada wyzwanie szczególnie tam, gdzie jeden zakup trwa kilka-kilkanaście minut. Tu nie da się nie pogadać z klientem. I w ten właśnie sposób najszybciej uczy się języka. Mój zasób słownictwa i znajomość reguł wzrastają w postępie geometrycznym. Po dwóch miesiącach na kasie łapię się już w liczebnikach, a jest to, jak rzekł pewien doktor z Viadriny, rzecz najważniejsza w nauce języków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie inaczej nauczyłem się niemieckiego. Co z tego, że całą maturę miałem po niemiecku a na studiach mogłem pisać referaty o życiu seksualnym dzikich, kiedy nie potrafiłem dogadać się z ludźmi na ulicy. Latem 2000 r. problem ten rozwiązała praca w księgarni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim to tutaj nastąpi, muszę kombinować. Skoro nie da się ukryć, że jestem obcokrajowcem, przyjmuję czasem strategię „na Szweda“. Używam po prostu kilku typowych szwedzkich zamienników, jak &lt;span style="font-style:italic;"&gt;inte&lt;/span&gt; zamiast &lt;span style="font-style:italic;"&gt;ikke&lt;/span&gt; („nie“). Traktują mnie wtedy pobłażliwiej. Gorzej jednak, gdy trafię na Szweda, a on się rozgada. (Lepsza, wiadomo, Szwedka w ramionach, szczęśliwa, że spotyka krajana...).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogólnie przebywanie ze Szwedami niedobrze wpływa na mój poziom norweskiego. O ile już ich zrozumiem (bo jest ciężej), nie wiem, czy dane słowo występuje tylko w szwedzkim czy jest jako tako wspólne. I potem rzeczywiście mówię do Norwegów po szwedzku, tyle że bezwiednie. Tak jak ze słowem &lt;span style="font-style:italic;"&gt;präsis&lt;/span&gt;, znaczącym „dokładnie“. Wiem, że norweski odpowiednik to &lt;span style="font-style:italic;"&gt;akkurrat&lt;/span&gt;, ale nie bardzo mi pasuje. Wiadomo, po polsku kojarzy się przekornie - najczęściej używamy go powątpiewając.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasami biorą mnie więc za kobietę w ciele mężczyzny, gdy na pytanie otwarte odpowiem „tak“ lub „nie“. Częściej wychodzę na gbura, bo przytakiwanie wydaje mi się ogólnie mniej bezpieczną strategią. I co miałem odpowiedzieć, jak podeszła taka do kasy i zapytała: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;- Masz pasożyty?&lt;/span&gt; No nie wiem, czy chodzi o coś, co mamy mieć na stanie i sprzedawać, czy może to pytanie kontrolne zanim mnie zaprosi na kolację?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na razie tylko kasjerki dostają numery telefonów od klientów, ale myślę, że kolacja u klientki to już tylko kwestia czasu. W końcu mógłbym jej przynieść kiść plastikowych toreb. Klienci mają fioła na ich punkcie. Wydaje taki tysiące na słodycze, a darmowe reklamówki zgarnia szyją i łokciami... Mieliby jeden wózek towaru, drugi reklamówek, gdyby tylko nie szkoda im było tracić na chwilę kontroli nad monetą 10 koron.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasze rozmowy są więc (skąd ja to znam) monotematyczne. Co drugie słowo, jakie od nich słyszę to „torba“, po norwesku &lt;span style="font-style:italic;"&gt;pose&lt;/span&gt; - wymawiane &lt;span style="font-style:italic;"&gt;puuuuse&lt;/span&gt;. Czasem wyjdę więc przed halę, by sprawdzić, czy aby nie nagania do niej Chet z filmu &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Od Zmierzchu do Świtu&lt;/span&gt;:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;All right, pussy, pussy, pussy! Come on in pussy lovers! Here at the Titty Twister we're slashing pussy in half! Give us an offer on our vast selection of pussy, this is a pussy blow out! All right, we got white pussy, black pussy, Spanish pussy, yellow pussy, we got hot pussy, cold pussy, we got wet pussy, we got smelllllllly pussy, we got hairy pussy, bloody pussy, we got snappin' pussy, we got silk pussy, velvet pussy, Naugahyde pussy, we even got horse pussy, dog pussy, chicken pussy! Come on, you want pussy, come on in, pussy lovers! If we don't got it, you don't want it! Come on in, pussy lovers!&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1015008537967640316?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1015008537967640316'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1015008537967640316'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lover-42-come-on-in-p-lovers.html' title='NORGES LOVER (42) Come on in p*** lovers!'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-3707863207459821892</id><published>2009-12-26T13:30:00.007+01:00</published><updated>2010-08-03T21:55:23.756+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (41) Łapka zwana Rysią</title><content type='html'>W ciągu kryzysu nastąpił tutaj spadek rynku reklam o 17%. Ale tym lepiej ma się reklama wkładana do gazet, przed którą nie da się zabezpieczyć. Ponieważ i to jest płatne ekstra, można liczyć, że kryzys nie przełożył się na sytuację roznosicieli. Wokół reklamy robota zawsze bedzie. Na rachunku mam to wpisane jako „istikk“, co z początku odczytywałem jako coś związanego z lodem. Nie chodzi jednak o is-tikk („lodo-coś“), lecz i-stikk, czyli „w-sad“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedna z najlepszych reklam, jakie tu widziałem, to wywieszka w metrze, o treści: „Teraz teraz podwoiliśmy podwoiliśmy ilość ilość usług usług...“. Prosta i doskonała, 100% przekazu (no, właściwie 200%). Chociaż oczywiście można się zastanawiać, czy odniosła sukces, skoro nie pamiętam ani o jaką firmę, ani o jaką usługę chodziło. Inaczej niż z Pumą, której drapieżny pazur wdziera się głęboko w pamięć:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;So you're interested in PUMA? Nice move. You're obviously smart, confident and know what you want in life. Sure, you work hard, but you're no slave to the rat race. You know the score. You call the shots. You make the most of your chances. So buy this, it suits you.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;A na odwrocie tej metki, ciemnoczerwono na czerwonym, ledwo dostrzegalnie, podprogowo wręcz: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Why not take two?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kochanki Tigera Woodsa musiały nosić ciuchy Pumy, co uczyniło z Tygrysa hurtownika w świecie kotów. Od listopada prasa szczególnie blisko przygląda się perypetiom małżeńskim Tigera Woodsa - jego żona jest w końcu Szwedką (podobnie jak żona Paula Anki - nomen omen - Anna). Pismo giełdowe publikuje na ostatniej, prześmiewczej stronie zdjęcie tłumu przed Lincoln Memorial w D.C., opisując je „Marsz kochanek Tigera“. A w internecie pojawiają się wesołe filmiki prezentujące sypialniane awanse Tigera z towarzyszącym głosem komentatora, jak podczas relacji z pola golfowego. Przed wejściem do łóżka dziewczyny Tiger sprawdza kierunek wiatru (komentator: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Prawdziwy profesjonalista!&lt;/span&gt;), po wielu przymiarkach trafia do dołka, po czym zaczyna merzyć w drugi itd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Doprawdy trudno uwierzyć, że żona Woodsa nie wiedziała co robi, wychodząc za zawodowego zaliczacza dołków. Tiger podjął jednak decyzję o pauzie w karierze, aby naprawić życie rodzinne. Czeka go więc coś w stylu uporczywego tępego i nieustannego wpratrywania się w ekran powitalny systemu Windows XP (nazwę systemu zastępując imieniem żony):&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;System Microsoft® Windows® XP Professional, nowa wersja systemu Windows, która ożywi komputer - Zapraszamy! Trzeba wypróbować to, co najlepsze. Wypróbuj system Windows XP. System Windows XP nie zawiedzie! Po prostu trzeba kliknąć łącze z prawej strony, aby samodzielnie wypróbować system Windows XP.&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Wręcz przeciwnie, ostrzegał już Gałczyński, stosując metaforę kelnera:&lt;blockquote&gt;Ciężkie jest życie [Tigera].&lt;br /&gt;Życie [Tigera] to łza.&lt;br /&gt;Kiedyż, ach, weźmie cholera&lt;br /&gt;Takiego [Tigera] jak ja?&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;K.I. Gałczyński: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teatrzyk Zielona Gęś, „Zamyślony Kelner“&lt;/span&gt; (1947)&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;Tiger musi wytrwać w nadziei, że pani Woods wreszcie go wysłucha. A najlepiej jeśli zacznie go „słuchać jedną ręką“ - tak jak blondyna spod biurka Rysia Ochódzkiego. Na rynku pojawiła się bowiem nowość: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Gaupefoten&lt;/span&gt;, czyli „Łapka rysia“ - chlebek szwedzkiej firmy Polarbröd.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-3707863207459821892?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3707863207459821892'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3707863207459821892'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lover-41-apka-zwana-rysia.html' title='NORGES LOVER (41) Łapka zwana Rysią'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-415465274241410853</id><published>2009-12-23T21:00:00.008+01:00</published><updated>2010-08-05T00:32:36.934+02:00</updated><title type='text'>NORGES LECTER 4.0 Po drugiej stronie kaski</title><content type='html'>We wzmożonym czasie przedświątecznym usiadłem na kasie (żadna tam rewelacja, małe „k“). Sprzedaję wszystko, co tylko może się pojawić w sklepach i sklepikach, bo mój sklep to półhurtownia typu cash &amp; carry, jak nasze Makro czy Selgros. Przepuszczam przez czytnik produkty, które znam z półek, i wiele, wiele innych. W tym „najczęściej sprzedawany samochód Norwegii“ - jak brzmi napis na opakowaniu gumowych żelków w kształcie auta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W gazecie napisali, że 1 na 10 produktów w sklepach ma inne ceny na półce i na paragonie. Badanie nie było reprezentatywne, ale z doświadczenia powiem, że dobrze oddało sytuację. Problem występuje także w tym sklepie. Kiedy sam kupiłem popularne tu zimą ciasteczka pieprzowe i zauważyłem, że cena jest zaniżona, zamiast cichutko wykupić ich tonę, zameldowałem przełożonym. Kręcili nosem, ale cenę wreszcie zmienili. Chyba wytropiłem jakiś spisek, bo od tego czasu traktują mnie zdecydowanie chłodniej (a i tak już połowa sklepu to wielka chłodnia). Przypomina się, co w 2003 r. mówił &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christians-stoned-1.html"&gt;facet na promie do Skandynawii&lt;/a&gt; - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Rób to, co oni i ani trochę się nie wychylaj.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to za rozpoznanie próby oszustwa po stronie klienta, czeka mnie jego szacunek! Kłania się z daleka, pozdrawia, podaje rękę. Nie tylko zdaje się mówić:  „Swój - wykrył kant, pewnie sam też go stosuje!“, lecz przede wszystkim zauważa, że trafił na godnego partnera. Wykluwa się między nami więż jak pomiędzy de Niro i Pacino w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Gorączce&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klientami są lokalni przedsiębiorcy, najczęściej handalarze, większość wśród nich stanowią imigranci, głównie Pakistańczycy. Wydaje się, że w małej społeczności naszej hali przejawiają się zachowania z dalekich targów Azji. Podejście to musiała jednak przejąć i kapitalistyczna gospodarka. Zrozumiałem więc nareszcie, dlaczego na rachunkach wszystkich pracodawców znajdowałem dotąd błędy (oczywiście zawsze mylili się w dół). Także pracodawcy wymagają ode mnie przejścia próby, aby móc nabrać do mnie szacunku. Muszę umieć upomnieć się o swoje. I wtedy już jestem „swój“. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie bardzo wiem więc, czy cieszyć się, czy smucić z ustawiających się do mnie kolejek w sklepie. Czy tak mnie lubią, szybko i sprawnie ich załatwiam - czy może wykrywam najmniej sztuczek i robię błędy na kasie, ustanawiając dla nich pewną wartość dodaną (metaforycznie i dosłownie).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeden klient wydaje tu za jednym razem najczęściej kilka - kilkanaście tysięcy koron. A wielu przychodzi codziennie. Szybko nauczyłem się więc liczyć po norwesku. Klienci mają ciekawy zwyczaj zawijania banknotów do tysiąca - cztery dwusetki opakowane złożoną w pół piątą, tak samo nawet jedna pięćsetka zawinięta w drugą. Postanowiłem przejąć ten zwyczaj we własnej gospodarce zasobami finansowymi, chociaż muszę przyznać, że z monetami jest dużo ciężej. Zawijanie monet wymaga imadła, albo przynajmniej jakiegoś młoteczka. Na szczęście monety o nominałach 1 i 5 koron można nawlekać, bo mają dziurki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A propos... Georgia May Jagger, 17-letnia córka Micka Jaggera, mówi, że spokojnie wsadzi sobie 50-pensową monetę, ale jeden funt jest już niestety nieco za duży. Konstatując nasze podobieństwo - szczerbę między siekaczami, tak się zastanawiam. Czy mojej wiecznej miłości do 17-latek nie dostałem w genach po matce, darzącej wieczną miłością Micka?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-415465274241410853?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/415465274241410853'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/415465274241410853'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lecter-40-po-drugiej-stronie.html' title='NORGES LECTER 4.0 Po drugiej stronie kaski'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-9168884143905866356</id><published>2009-12-18T22:00:00.012+01:00</published><updated>2010-01-26T13:11:08.600+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (39) Pan Samochodzik i Skarb Państwa</title><content type='html'>Tutejsza oaza wielkiego światowego kina - Cinemateka. Czyli po norwesku, zgodnie z tym, co pisałem wcześniej - "ett cinematek" lub "cinemateket". Co z tego, że wiem, jak się pisze, kiedy wymówić nie potrafię i wychodzi mi zawsze "cinemakotek".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Cinema Kotek więc, poszedłem na film z 1922 r. - ekranizację "Pana" Knuta Hamsuna. (Nowe doświadczenie: z ciemnego korytarza ciężko trafić na salę, kiedy film jest niemy). Pokaz odbył się w sali Lillebil. Nazwa sali pochodzi od imienia norweskiej aktorki, która akurat grała główną rolę w tym filmie. No, właściwie to nie całkiem od imienia. Aktorka, urodzona jako Zofia Ibsen, występowała pod artystycznym nazwiskiem Lillebil Ibsen. Jej przydomek «Madame Lillebil» dosłownie oznacza "Madame Samochodzik" ("bil" to po norwesku samochód, a "lille-" jest zdrobnieniem, np. "bror - lillebror" to "brat - braciszek").&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłem więc na filmie z Panią Samochodzik! Jest jeszcze ciekawiej, kiedy spojrzeć na bilet z mojego seansu, na którym przeczytamy tytuł filmu i nazwę sali, stojące obok i taką samą czcionką: "Pan Lillebil".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do rodziny Pana Samochodzika wcisnął się i Barack Obama. Odwiedziny Oslo to n-ta wizyta zagraniczna Obamy i 21. kraj na jego trasie w 1. roku urzędowania. Tym samym stał się już pierwszym prezydentem USA pod względem ilości wizyt zagranicznych w pierwszym roku urzędowania. Co ciekawe, wprowadził zwyczaj rejestrowania w kraju, który odwiedza, swojego prezydenckiego wozu, zwanego popularnie &lt;em&gt;Cadillac One&lt;/em&gt;. Gdy planował przyjazd po odbiór Nobla, wóz miał mu służyć tylko do poruszania się po mieście - a i tak miał otrzymać norweskie rejestracje. Nie wiem, czy tak się ostatecznie stało - ale jeżeli tak, to według szacunków prasy, mogło to kosztować ok. 4 milionów koron.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wcale bym się jednak nie zdziwił, gdyby w tym szaleństwie była metoda. Bo kto wie, jakie profity mogą iść za tym, gdy zadeklarować w Norwegii &lt;em&gt;Cadillac One&lt;/em&gt; jako mienie przesiedleńcze? (Ja to małe miki, przyjechałem tu tylko z własnymi łyżwami).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czekamy, aż Barack Obama zapłaci polskiemu skarbowi państwa za prawo wystąpienia w tytułowej roli kolejnych ekranizacji powieści Nienackiego. W końcu dlaczego Pan Samochodzik miałby być biały? Tym bardziej, że najsłynniejsze hasło reklamowe w branży automobilów brzmiało: "&lt;em&gt;You can have it any color you like, as long as it's black&lt;/em&gt;".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja tymczasem zająłem się sprzedażą najczęściej kupowanego samochodu Norwegii. Ale o tym w następnym odcinku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Małe Miki, 101 rok ery Forda&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-9168884143905866356?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9168884143905866356'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9168884143905866356'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/11/norges-lover-37-pan-samochodzik-i-kino.html' title='NORGES LOVER (39) Pan Samochodzik i Skarb Państwa'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-3554763408143769870</id><published>2009-12-11T22:00:00.017+01:00</published><updated>2011-03-14T16:26:49.041+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (38) Nobel nad morzem</title><content type='html'>(tytuł nie zdziwi nikogo, kto wie, że Haruki Murakami dostał nagrodę Kafki za powieść „Kafka nad morzem“).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Barack Obama dostał Nobla, bo się dobrze zapowiada. A ja to co, może źle się zapowiadałem?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, najinteligentniejsi mają pod górkę, o czym donosił przed paroma tygodniami piątkowy magazyn &lt;em&gt;Aftenposten&lt;/em&gt;. Jeden z najinteligentniejszych Norwegów (IQ 180) montuje zawodowo stereo w samochodach. „Dlaczego nie rozwiąże problemów światowego kryzysu czy ocieplenia klimatu?“ - pyta redakcja (a ja dopowiadam: „Albo żeby chociaż zamiótł te cholerne &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-30-czerwony-pazdziernik.html"&gt;liście z torów metra&lt;/a&gt;!“)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak pisze w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The Outliers&lt;/span&gt; Malcolm Gladwell, powodzenie człowieka rośnie wraz z jego inteligencją, ale tylko do pewnej wartości granicznej. Powyżej IQ 120 jest już człowiekowi coraz trudniej na świecie. Się po prostu nie dostosuje. I roznosi gazety w obcym kraju, jak ja czy &lt;em&gt;szalony Niemiec zwany Crazy German&lt;/em&gt;. Albo tak, jak Grady Towers, który zginął przed dziewięcioma laty, pracując jako stróż nocny w parku w Arizonie. Jego iloraz inteligencji otworzył mu drzwi do Mega Society, najbardziej elitarnego klubu superinteligentnych, witającego jedną osobę na milion. Prometheus Society przyjmuje jednego na 30 000, Triple Nine Society - jednego na 1000, a Mensa - co pięćdziesiątą osobę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to kartę Smart-clubu może mieć tutaj każdy, bo to karta rabatowa jednej sieci marketów. Wprawdzie zupełnie mi niepotrzebna, bo w Oslo są tylko takie dwa, i to na obrzeżach, ale zaopatrzę się w taką przed powrotem do Polski. Będę ją w kraju zawsze „przypadkowo“ wyciągał zamiast każdej innej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wprawdzie nie rozwiązałem trudniejszego z dwóch zadań, jakie zamieszczono w artykule, ale przecież co ja się tutaj miałem z tymi &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/03/norges-lover3mikis-delivery-service.html"&gt;skrzynkami pocztowymi&lt;/a&gt;! Albo z tą wieżą przed dworcem w Oslo. Ma pięć  pięter opasanych świecącymi na czerwono kręgami. W zeszłym roku chodząc na roznoszenie gazet codziennie utyskiwałem, że któryś z tych zestawów nie świeci. No ale codziennie też się to zmieniało - i to świeciło się coraz więcej. Aż zrozumiałem nareszcie, że w ten sposób na wieży prezentowane są dni tygodnia. Poniedziałek - 1. piętro, wtorek - 1. i 2. i tak dalej, aż w piątek świeci się cała wieża (w weekend znowu jakieś kombinacje, których nigdy już nie rozgryzłem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawy to eksperyment, tym szczególniej, że i tak nikt nie rozumie, o co chodzi z tymi światłami. Może to więc jakieś kolejne stowarzyszenie typu jeden na milion?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inteligencja miejscowych, a właściwie jej brak objawia się (o ile brak może się objawiać) w otwieraniu drzwi metra. Żeby drzwi się otworzyły, wystarczy raz nacisnąć przycisk w dowolnym momencie po ich uprzednim zamknięciu. Otwierają się z pewnym opóźnieniem od zatrzymania pociągu, przez co wielu gubi się, wciąż naciskając w popłochu przycisk. Najlepsze, że drzwi się przecież kiedyś wreszcie otwierają, w związku z czym delikwent jest przekonany o skuteczności swojej strategii!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznam się, że ja zawsze gubię się robiąc coś &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/hans-christian-pamela-lee-andersson-5.html"&gt;po raz pierwszy&lt;/a&gt;, no ale ileż razy można po raz pierwszy otwierać drzwi w metrze? (No tak, rozumiem, przecież raczej nigdy nie są to akurat te same drzwi). Czyli ogólnie ludzie są tutaj tak samo głupi, jak gdzie indziej. I tak samo wpychają się na chama do tramwajów i metra, nie przepuszczając wychodzących. To taki mój absolutny test na mądrość zbiorowości, w nawiązaniu do testu Sonny'ego z „Prawa Bronxu“ Roberta de Niro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A w Polsce nadinteligentnych zostało więcej. Kiedy rozesłałem znajomym zaproszenie do wejścia na mój blog, stowarzyszenie Irasiad obsiadło kamienicę przy Miodowej w Szczecinie. Ciekawe, co na to mój sąsiad, któremu często przeszkadzała za głośna muzyka. Raz mi napisał w sms: „kreska na potencjometrze i będzie cacy“. No jasne, po kresce zawsze jest cacy, ale trzeba już być na niezłym haju, żeby ją wciągać z pokrętła!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-3554763408143769870?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3554763408143769870'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3554763408143769870'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lover-38-nobel-nad-morzem.html' title='NORGES LOVER (38) Nobel nad morzem'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7441050786337363502</id><published>2009-12-09T22:00:00.020+01:00</published><updated>2010-08-16T19:28:47.934+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (37) Subway to Mars</title><content type='html'>(rzecz o niewidzialnej ręce jednorękiego bandyty)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze sklepem jak z kobietą. Ktoś powie, że wszystkie są takie same. Kogoś zadowoli to, co znajdzie w jednym miejscu i nie będzie wyłaził poza osiedle. Ja za to lubię poznawać, delektować się wszystkimi i odkrywać te istotne drobne róźnice, jedność w różnorodności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego też szczególnie lubię moją kolejną pracę, przez którą już w październiku przestałem chodzić na zmywaki. Dystrybutorów nie zadowala taki sposób wykładania towaru, o jakim pisałem wcześniej. Personel sklepu traktuje w końcu jednakowo wszystkich producentów i nie zadba specjalnie o interesy jednego z nich. Słuszna obawa. Przypomina się, jak w zeszlym roku, kiedy pracowałem w sklepie, podeszła klientka, pytając, które chipsy jej polecam. Odpowiedziałem krótko: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ja tego gówna nie jem, proszę pani&lt;/span&gt;. No i nie kupiła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po sklepach, w ustalonym rytmie jeżdżą więc przedstawiciele dostawców, przejmując na siebie wyłożenie towaru i dbając o jego elegancką ekspozycję. Tu, tak jak i w Polsce, nazywa się ich merchandiserami, co w angielskim jednak oznacza pewien rodzaj automatów do gry, takich jak ten, z którego można sobie wyłowić maskotkę. Ale pasuje, skoro układanie towarów porównałem wcześniej do jedorękiego bandyty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zostałem jednym z zastępców, kiedy któryś z merców zachoruje. Oczywiście, kiedy do odwiedzenia jest kilka sklepów w całym mieście, istotne jest, by dobrze zaplanować trasę. Napotykam więc wreszcie w praktyce tzw. problem komiwojażera. Nie, nie chodzi o stosunek Dustina Hoffmanna do Johna Malkovicha w ekranizacji słynnej sztuki. Problem komiwojażera to kwestia takiego zaplanowania trasy, by być wszędzie najmniejszym kosztem. (Swoją drogą, ciekawe, jak śmierć sobie z tym radzi? Może to stąd biorą się tsunami).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Merce jeżdżą samochodami, zabierając ze sobą towar do zwrotu (zepsuty, uszkodzony, przeterminowany). Ja zaś przemierzam miasto komunikacją miejską, co trwa o wiele dłużej. Jeżdżąc tak od października po różnych sklepach wsiadłem już lub wysiadłem na połowie z niemal stu przystanków metra w Oslo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wprawdzie płacą mi za czas spędzony w podróży, powinienem więc wybierać najmniej optymalną trasę (i do tego jeszcze przesiąść się na narty). Ale doprawdy, jest wiele sposobów na przedłużenie wizyty w ciepełku sklepu! Najpierw trzeba znaleźć szefostwo, potem odebrać towar swojego dostawcy, ułożyć go na półkach i wreszcie sprawdzić, jak prezentują się wszystkie jego produkty - porządkować, wypychać towar na półkach. Kiedy trzeba, robię propozycję zamówienia - a szczególnie dobitnie daję znać szefostwu sklepu, jeżeli któregoś z „moich“ produktów w ogóle nie ma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybieram więc jak najszybsze połączenia, tym bardziej, że nigdy nie wiadomo, ile pracy mnie czeka w następnym sklepie. Raz utknąłem w jednym miejscu przez dwie godziny układając wyłącznie wieżę z 64 pudeł z chipsami (po 20-21 sztuk). Ale nie tylko z chipsów jestem w stanie wyrzeźbić wszystko. Tampony o.b. układam z determinacją samego Simona Mola. Plan jest taki, by każda tutejsza dziewczyna włożyła sobie coś, co miałem wcześniej w rękach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z pierwszej - nomen omen - ręki dowiedziałem się, że opisane przeze mnie przed rokiem lizaki na podryw w ogóle zniknęły z rynku. Dystrybuuje je właśnie mój najczęstszy zleceniodawca. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inaczej niż etatowi merchandiserzy, pracuję jednak i dla innych dostawców. Układałem więc i Unilevera, i Marsa (Masterfoods). Czyli dbając o Knorry i Liptony, musiałem zachować niewzruszenie wobec krzywych słoików Uncle Ben's. Nie poprawiać, nie układać, przejść mimo obok nieporządku, bo teraz to konkurencja - chociaż w poprzednim sklepie mogło być odwrotnie. Żeby tak swobodnie oscylować między różnymi dostawcami, potrzeba doprawdy wprawy poligamisty (wiedzieli, do kogo się zgłosić!)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wieść o tym, że jednego dnia przez 4 godziny układałem szczoteczki do zębów Jordan, nikt inny, a Rafał Klepacz napisał mi: - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jesteś w tym najlepszy... naprawdę&lt;/span&gt;. Tego samego zdania musi być więc jedna czwarta delegatów na niedawny Zjazd ZHP - jakieś 51 osób! (Pozostaje tylko wywiedzieć się, ile z nich to kobiety).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7441050786337363502?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7441050786337363502'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7441050786337363502'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lover-36-niewidzialna-reka.html' title='NORGES LOVER (37) Subway to Mars'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1881278172312191295</id><published>2009-12-07T21:00:00.012+01:00</published><updated>2010-01-26T13:23:58.232+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (36) Lemon Curry?</title><content type='html'>Ci, z którymi pracuję w sklepie, myślą że to praca, która nie wymaga intelektu. Po prostu sobie dorabiają. Ja przyjechałem tu właśnie po to, żeby zarobić, ale pracy nie odwalam. Traktuję ją jak misję, którą mam do wypełnienia. I tak za każdym razem. Nie odpuszczam, chociaż przecież niejeden powie, że to robota bez sensu, skoro towar i tak wciąż się rozchodzi. I wielu układa puszki z pomidorami jak leci, nie zwracając uwagi na to, że rysunek nieco inny, a napis już zupełnie - bo to np. pomidory cięte albo całe. To samo z ananasem, że o nadzieniach oliwek nie wspomnę. W razie niepewności należy sprawdzić numer na kodzie paskowym - mówią szefowie. Tyle że zwyczajny pracownik nigdy nie dopuści do siebie myśli, że ON mógłby czegoś nie być pewien! Jak wszędzie więc, tak i tutaj, mój perfekcjonizm to dar, ale i przekleństwo. Będąc obdarzonym większą wyobraźnią narażam się na większą odpowiedzialność, jak to ujął Murakami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najciężej jest z własnymi tanimi markami sieci - mają tak podobny design, że łatwo pomylić różne puszki z pomidorami, ananasami, etc. Łatwo mylić też kawy, które sprzedawane tu są w kilku wariantach zmielenia: do kafetierki, filtra czy ekspresów przepływowych. Koledzy często nie sprawdzają dat na ciastach i sokach, przez co zawalają stary towar nowym. Czasem znajdę więc coś przeterminowanego i kupuję za pół ceny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwóch Palestyńczyków, którzy z nami pracowali, opracowało jednak jeszcze lepszy model ekonomiczny. Skoro było ich dwóch, to odejmowali sobie obie połowy ceny produktów. W ten sposób tylko niedawno wynieśli ze sklepu towaru na kilkanaście tysięcy (pewnie studiowali we Frankfurcie nad Odrą).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikt z nas tego nie zauważył! Ale teraz już się nie dziwię, że nigdy nie wracali z nami taksówką, kiedy kończyliśmy pracę po odjeździe ostatniego metra. Potrzebowali przecież bagażowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Największym destruktorem w sklepie jest jednak klient. Jedna pani dostała zakaz wstępu do Sainsbury's Superstore w Oxfordzie, a to ze względu na zachowania jej męża uwiecznione na kamerach. Podczas gdy żona kupowała w najlepsze, małżonek miał m.in.:&lt;br /&gt;- 15 czerwca: wrzucić 24 paczki prezerwatyw przypadkowym klientom do koszyków,&lt;br /&gt;- 2 lipca: ustawić co 5 minut alarmy na zegarach w dziale z elektroniką,&lt;br /&gt;- 14 sierpnia: przenieść tabliczkę "Uwaga! Mokra podłoga" na dywan,&lt;br /&gt;- 4 października: wpatrywać się w kamerę dłubiąc w nosie,&lt;br /&gt;- 18 grudnia: schować się w wieszaku z ubraniami, krzycząc "Weź mnie, weź mnie!",&lt;br /&gt;- 28 grudnia: krzyczeć z zamkniętej przymierzalni: "Papier się skończył!".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Musiał się biedaczysko nudzić. Zafascynował mnie jednak jego styl bycia, mam tylko nadzieję, że obejdzie się bez żony (tak jak to się udawało z seksem w przymierzalniach). Na razie jednak tylko cichutko pokrzykuję sobie pythonowskie "Lemon Curry?" w dziale z przyprawami. Niestety, gdzie jak gdzie, ale w marketach Oslo wygłupiać mi się nie wypada. O tym, dlaczego, w następnym odcinku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1881278172312191295?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1881278172312191295'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1881278172312191295'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lover-36-lemon-curry.html' title='NORGES LOVER (36) Lemon Curry?'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7199246955787670941</id><published>2009-12-01T10:37:00.020+01:00</published><updated>2009-12-31T22:22:09.384+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (35) Bez popeliny</title><content type='html'>(rzecz o jednej ręce bandyty)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;McDonald's wycofuje się z Islandii - cebula, która trzeba tam importować z Niemiec, podrożała podwójnie. Na szczęście cebulka na moich półkach wciąż stoi i kusi, w myśl "Jednorękiego Bandyty", śpiewanego przez Franka Kimono:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;Tę maszyne karmię od wtorku&lt;br /&gt;Czekam kiedy do mnie zagada&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Znów bowiem, jak przez pół roku za pierwszym razem, we wtorki i czwartki pracuję przy wykładaniu towaru z magazynu na półki, w supermarkecie Meny. Wyjątkowo nie mogę napisać, że mój jest największy, ale to wciąż jeden z większych we wsi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy wróciłem do Oslo, szefowie od razu zechcieli mnie w 6-osobowej ekipie do zadań specjalnych. Doceniają moją skrupulatność, chociaż nawet dla nich nadgorliwością są niektóre moje pomysły. Jak na przykład ten, by z każdą zmianą kursu funta przestemplowywać (albo docinać) wszystkie towary z wagą podaną w uncjach. (A chciałem się pochwalić ekonomicznym wykształceniem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W każdy wtorek i czwartek pracujemy po co najmniej 6-7 godzin od 17. Do godz. 20 sklep jest otwarty i często trzeba pomagać klientom w znalezieniu produktu. Zawsze zaczynają od dziwnego pytania: "Pracujesz tutaj?". "A co, nie widać?" - myślę i odpowiadam grzecznie: "Nie, tak sobie popierdalam kartonami w miejscach publicznych, bo mnie wychowano bezstresowo".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kończymy wykładanie towaru już po zamknięciu, po czym przystępujemy do "wypychania" towaru na półkach. Produkty mają być na właściwym miejscu, możliwie blisko skraju półki a etykietki mają równo "patrzeć" na klienta. To się nazywa 'facing' (nie, nie chodzi więc o perwersyjną praktykę z użyciem twarzy zamiast pięści).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja porównuję to do jednorękiego bandyty - muszę sprawić, by klient stając przy półce i widząc rządek takich samych wzorów, poczuł się, jakby coś wygrał. Wtedy najlepiej, żeby od razu zgarnął do koszyka całą półkę. Jak to ujął Franek Kimono:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;Jednoręki bandyta&lt;br /&gt;Urodzony w Las Vegas&lt;br /&gt;Forsę bierze nie pyta&lt;br /&gt;Jak sie za nią nabiegasz&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Jako że badania wykazują, iż ludzie chętniej biorą rzeczy z pełnych półek, jeden uliczny butik typu Narvesen czy 7-Eleven każdego miesiąca wyrzuca tu jedzenie na ok. 20 tysięcy koron! Ja akurat, mając poczucie porządku, takiej ładnej półki bym nie naruszył. Znalazłszy się jednak po stronie podaży w tym beznadziejnym kieracie marketingu, cieszę się chociaż, że moja praca jest twórcza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Własne ekipy "upychaczy" ma tutaj więcej sklepów. Czasem i ja zostanę wypożyczony na zastępstwo. Raz jeden szef przywitał mnie smutną informacją - że w nocy mieli włamanie. Nie zauważyłem, żeby wiele zniknęło - poza etykietami z cenami. Musiała to więc być próba usprawiedliwienia panującego w tym sklepie bajzlu. "Perfidni złodzieje pokradli etykiety" - miałem sobie pewnie pomyśleć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomina się, jak kiedyś sprzątaliśmy tak pewnej nocy Kaufland we Frankfurcie nad Odrą. Ale była to najzupełniej nieprzemyślana akcja. Nie pamiętam, żebym wiedział dokładnie, co miałem robić, a pracujących ze mną była cała masa. Kłębiło się tyle ludzi, że sklep wyglądał jak w szczycie. Od razu ktoś z doświadczeniem podszepnął mi, by zgarnąć do koszyka kilka różnych produktów i chodzić po sklepie, udając, że odkładam je na miejsce. Większość robiła to właśnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O efektywność pracy zadbali jednak Polacy, wynosząc tej nocy chyba z połowę sklepu. Zostało więc mniej do sprzątania. Niejeden wyszedł w butach prosto z półki. Ja wtedy ukradłem tylko prezerwatywy, bo to przecież jedyna gwarancja ich 100-procentowej skuteczności (wiadomo: kradzione nie tuczy).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7199246955787670941?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7199246955787670941'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7199246955787670941'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/12/norges-lover-35-trzeba-grac-bez.html' title='NORGES LOVER (35) Bez popeliny'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8087078027520813351</id><published>2009-11-21T18:30:00.010+01:00</published><updated>2009-12-31T22:22:27.740+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (34) Tet a tett</title><content type='html'>&lt;blockquote&gt;Hey! Sorki za mało bloziowania, ale byłem kind of zajęty. No ale teraz dostałem swą ulubioną szminkę, czyli Glo Minerals! (...) Najtańsze szminki Glo Minerals dostaniecie w Makestyle.&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Postanowiłem skopiować fragment najpopularniejszego bloga w Norwegii, bo chociaż jak dowodzi eksperyment z lizakami, czyta mnie wielu, to jednak chyba jeszcze daleko mi do 60 tys. unikalnych użytkowników każdego dnia. A autorka bloga, 14-letnia Emilka alias Voe, z szybkością klepania na klawiaturze kreuje w tym kraju trendy wśród małolat. Nie dziw więc, że (ustanowiony niedawno) światowy rekord Guinnessa w szybkości napisania sms-a należy także do pewnej młodej Norweżki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A właśnie obchodzono tu Dzień Refleksu. Dokładnie, 15 pazdziernika (no, to najwyraźniej nie jest mój dzień). Jak podaje strona &lt;a href="http://blisett.no"&gt;blisett.no&lt;/a&gt;, kierowca jadący z prędkością 50 km/h ma 2 sekundy by zahamować przed pieszym na drodze - ale 10 sekund, jeżeli pieszy ma światełko odblaskowe (czyli właśnie to, co tu się zowie 'refleksem').&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Och, jakiż to zacofany i ciemny lud, ci Norwegowie! Obchodzić dzień odblasków i jeździć na rowerach w odblaskowych kamizelkach, które przecież, jak wiedzą oświeceni mężowie z Polski, są niczym innym jak "amuletem" czy "talizmanem". Tako rzecze bowiem guru polskich zielonych i rowerzystów, Aleksander Buczyński: &lt;a href="http://www.zm.org.pl/?a=zdarzenia_rowerowe_2004_6"&gt;http://www.zm.org.pl/?a=zdarzenia_rowerowe_2004_6&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zielone Mazowsze okazuje się mieć wcale nie takie zielone pojęcie o propagandzie. Ciekawe, czy już doszli do wniosku, że jazda na światłach za dnia jest głupotą, bo przecież jest jasno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Panu Buczyńskiemu proponuję przyznać nagrodę Antynobla i może też by się wybrał po jej odbiór do Oslo i popatrzył, jak dorośli poważni ludzie obwieszają się "amuletami" w stolicy najbogatszego kraju świata (tak, wiem, to może być szpan!) Najlepiej gdyby przyjechał już za trzy tygodnie, kiedy Nobla będzie odbierał Barack Obama. Niech ludzie zagłosują nogami, kto ciekawszy. To wcale nie głupi pomysł. Dzisiaj Pokojowe Centrum Nobla mieści się w dawnym dworcu zachodnim, podczas gdy niegdysiejszy wschodni dworzec funkcjonuje jako główna stacja kolejowa miasta. Ale gdyby tak nieco przesunąć dworzec (przebudowa i tak jest już zaplanowana) i w dawnej, u nas by się rzekło, galicyjskiej hali, utworzyć bliźniacze centrum do noblowskiego - obie hale otrzymałyby znowu swój pierwotny związek. Zachód - wschód, Nobel - Antynobel. Do przemyślenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakkolwiek widzenie podwójnie akurat z bezpieczeństwem na drodze się nie kojarzy, to kończące się podwójnym 't' hasło akcji "Bli sett" oznacza "bądź widoczny". Przypomina mi nazwę jednej z ulubionych dzielnic Oslo. Tyle że Bislet pisze sie przez jedno 't'... pzynajmniej oficjalnie. W rzeczywistości bywa z tym jednak różnie. I tak, na stadionie czytamy "Bislett stadion" - może dlatego, ze to jego druga wersja, po niedawnej renowacji? Ale także w tramwaju przeczytamy nazwę przystanku: Bislett (przystanki, trzeba przyznać, też są tu nowoczesne). Liczne sklepy i kebaby w okolicy wybierają już jednak jedną z opcji. Może w tych zakończonych podwójnym 't' trzeba płacić podwójnie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W norweskim końcówka 'et' jest szczególnie częsta - oznacza określony rodzaj nijaki danego rzeczownika, zastępując rodzajnik 'ett' występujący przed nim. Mamy więc albo 'ett palle', albo 'pallet' (gdzie w wymowie 't' i tak jest właściwie nieme). Piekarnia - (ett) bakeri albo bakeriet. Podwójne litery to tutaj częstość, dla mnie zaś nierzadko powód konsternacji. Kiedy czytam np. "skateboard", zanim zrozumiem, że chodzi o deskorolkę, pomyślę o (wiadomo, bliższa ciału koszula) podatku. Tyle że podatek pisze się przez dwa 't' właśnie: "skatte". &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A może tu się płaci podatek od liter? Żaden tam liniowy - literowy. Bo że z wierszówki więcej się wyciągnie, to pewne. Ale i tak wizualnie, po prostu na oko, podwójne litery prezentują się bardzo elegancko.&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nareszcie przy jakiejś bramie zobaczył małą skromną tabliczkę: "Pierwszorzędny zakład krawiecki M. Dogg". - Przynajmniej jakieś ludzkie nazwisko - mruknął - tyle że dziwnie pisane. Kto wie zresztą, może to nawet i ładnie brzmi? - zaczął się zastanawiać. - Bądż co bądż, takie dwa 'g' na końcu wyglądają wytwornie. Gdyby tak sobie dodać gdzieś jakąś literę? Na przykład Ferdynandd, albo Ferrdynand, albo Feerdynand? Hm, albo Fferdynand. Albo Ferddynand, albo Ferdyynand, albo Ferdynnand, albo Ferdynaand, albo Ferdynannd, albo całkiem po prostu Ffeerrddyynnaanndd? Trzeba by to kiedyś wypróbować na papierze - postanowił Ferdynand. - Zobaczymy, jak to wygląda napisane. Bez tego nie można nic postanowić, jak będę miał chwilę wolnego czasu, to się tym zajmę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ludwik Jerzy Kern: Ferdynand Wspaniały&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Teraz nikt już nie posądzi mnie o literówkę, kiedy podam adres bloga Emilki: &lt;a href="http://voe.blogg.no"&gt;voe.blogg.no&lt;/a&gt;.  Pomyśleć tylko, 60 tysięcy unikalnych norweskich małolat, które trzeba przekonać, że "Mietek Fogg to był równy gość!".&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8087078027520813351?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8087078027520813351'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8087078027520813351'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/11/norges-lover-34-tet-tett.html' title='NORGES LOVER (34) Tet a tett'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1232435706942565442</id><published>2009-11-07T14:00:00.009+01:00</published><updated>2009-12-31T22:22:43.480+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (33) Grupa trzymająca lizaki na podryw</title><content type='html'>Czasem muszę się szarpnąć i z odłożonych funduszy kupię coś z wyższej półki. Opakowania przechowuję potem pieczołowicie, przesypując do nich tańszą zawartość, np. fistaszki. Wtedy dopiero mogę tak wyjść na ulicę. W ten sposób wtapiam się w dumny tłum autochtonów. Wszyscy coś tam trzymają, a to kawa, a to fistaszki (przypomina się syndrom fistaszków, znany z wykładów psychologii). To, co się trzyma, powinno być jednak z najwyższej półki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Równie powszechne są tutaj oszustwa podatkowe, tyle że na znacznie większą skalę niż w Polsce (mówiłem: wyższa półka). Jeden fotograf wyłudził 5 milionów koron (ponad 2 miliony PLN) jako zwrot VAT, za sprzęt komputerowy, który kupił za ponad 50 milionów w kilka tygodni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem sieci spożywcze nawołują do likwidacji VAT-u na owoce. O tym, że to cwany podstęp, piszą gazety, przypominając, że VAT zmniejszono o połowę już w 2001 roku, a ceny wcale wtedy nie zmalały tak, jak powinny, a po roku wrociły na dawny poziom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widać, oszustwa podatkowe to tutaj także sport narodowy, jak w Polsce. Z tą różnicą, że tutaj na czele wysuwa się jednak narciarstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spożycie przez Norwegów owoców i warzyw, i tak już niskie w porównaniu z innymi krajami, spadło po raz pierwszy od 30 lat. Według prognoz Norwegowie zjedzą w tym roku o 30 tys. ton mniej owoców i warzyw. Zalecana dawka dzienna to 450 gram świeżych warzyw i 300 gram świeżych owocow - podczas gdy rzeczywiste spożycie to odpowiednio: 183 i 206 gram. W 2007 r. Norwegia zajęła ostatnie miejsce w Europie w spożyciu warzyw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem markety dumnie głoszą motto: "Fra jord til bord" ("z ziemi na stół") - w którym jednak przemilczane "z ręki do ręki" odkrywa rzecznik konsumentów. Donosi, że za pośrednictwem marketów znika gdzieś ok. 6-8 mld koron rocznie. Wyraża więc wątpliwość, by brak VAT-u na owoce miał przysłużyć się konsumentom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rynek towarow w Norwegii nazywany jest, jak już kiedyś pisałem, rynkiem Myszki Miki. Nie ma na nim światowych potentatów Walmart czy Carrefour. Także dobijający do nich Auchan odpuścił sobie Skandynawię, uderzając w Chiny i Rosję. W ubiegłym roku, o czym donosiłem z płaczem, wycofał się Lidl. Nie ma jednak też właściwie prywaciarskich sklepów osiedlowych. Trzy norweskie i jedna szwedzka sieć sklepów mają nastepujące udziały w rynku:&lt;br /&gt;- 39,8% Norges Gruppen: Kiwi, Meny, Spar, Bunnpris, Joker, Centra/Ultra&lt;br /&gt;- 24,1% coop: coop obs!, coop mega, coop prix&lt;br /&gt;- 18,7% Rema 1000 (bodaj jedyna znana w Polsce, była kiedyś przy Brackiej w Warszawie)&lt;br /&gt;- 16,4% szwedzka Ica: Ica, Ica Supermarked, Ica Nær, Rimi.&lt;br /&gt;Łącznie jest to 99% - dla porównania, 4 największe sieci w UK to 75% rynku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Asortyment w różnych sieciach jest podobny, z wyłączeniem własnych tanich marek każdej sieci. W supermarketach wcale nie jest najtaniej, ale jest w nich największy wybór, są najczystsze i schludne. Są też najwcześniej zamykane. Sklepy osiedlowe mają głównie rzeczy pierwszej potrzeby i są otwarte nawet w niedziele. Są drogie z założenia. Posrednie to sklepy tanich cen - jest tam rzeczywiście najtaniej, ale nie troszczą się specjanie o wygląd. Towar stoi tam w kartonach aż po sam sufit, na co nie pozwoliłby sobie żaden supermarket.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Polsce nie jestem szczególnym bywalcem takich sklepów, nie wiem więc, na ile to, co piszę, oddaje także naszą rzeczywistość. Rożnicą jest na pewno to, że tutaj każda sieć stara się pokryć cały wachlarz usług: prowadząc zarówno supermarkety, jak sklepy niskich cen czy osiedlowe - także więc konkurując sama ze sobą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszędzie znajdziemy w okolicy kasy słodycze - tych samych producentów. Niestety - od kiedy znowu tu przyjechałem, nie znalazłem nigdzie leżących tam wcześniej lizaków na podryw! (nie spodziewałem sie, ze mam aż taką liczbę czytelników).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście, przyroda nie zniesie pustki. W drogeriach pojawił się marshmallow w kształcie Hello Kitty.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1232435706942565442?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1232435706942565442'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1232435706942565442'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/11/norges-lover-33-grupa-trzymajaca-lizaki.html' title='NORGES LOVER (33) Grupa trzymająca lizaki na podryw'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2919038897441444024</id><published>2009-11-04T19:30:00.005+01:00</published><updated>2009-12-31T22:23:13.090+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (32) Routes Routes Bloody Routes</title><content type='html'>Jeszcze w ubiegłym roku robiłem to prawie każdej nocy. Teraz odwrotnie - robię to tylko raz w tygodniu, z soboty na niedzielę. Roznoszenie gazet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;Gazety - jak wiadomo - dzielą się na: poniedziałkowe, wtorkowe, środowe, czwartkowe, piątkowe, sobotnie i niedzielne. Niedzielne sa najgrubsze. "Może dlatego" - pomyślał Ferdynand - "że w niedzielę pan najdłużej leży na kanapie?"&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludwik Jerzy Kern: Ferdynand Wspaniały&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem wybrałem trasy niedzielne, co znaczy, że do rozniesienia mam faktycznie, najgrubsze gazety - ale za to tylko jeden tytuł. W tygodniu jest więcej różnych tytułów, przez co ich dostarczanie znacznie się komplikuje: wchodząc do klatki trzeba odliczyć każdy z nich, pod drzwi rzuca się te kilka różnych gazet w różnych konstelacjach. W niedziele tego problemu nie ma i zupełnie jak popołudniu: ktoś jest subskrybentem albo nim nie jest. Cała filozofia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dostarczanie niedzielnych gazet jest na dodatek więcej czasu, bo zacząć można już o 1 w nocy, a skończyć należy do 9 rano (w inne dni 2-6). No i zmiana czasu (jesienią korzystna) zdarza się tylko na trasie niedzielnej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zostałem roznosicielem rezerwowym. Nie mam się więc co przyzwyczajać do tras, bo nie są moje. Jedną dostałem za kogoś, kto jest na macierzyńskim, inne trasy obskakuję, bo ktoś zachorował, wyjechał, zaspał, zapił czy w inny sposób okazał się odporny na motowację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Norwegii przysługują pracownikowi cztery razy w roku, kiedy może zadzwonić do pracodawcy, że źle się czuje - i takie chorobowe bez świadectwa lekarza może potrwać trzy dni. Do 12 dni w roku pracodawca może więc płacić pracownikowi np. za... kaca.&lt;br /&gt;Jak podaje dziennik Dagsavisen - Norwegowie biorą chorobowe dwa razy częściej niż pozostali Europejczycy. Ale nie jest to kwestia klimatu. Gazeta wylicza, że gdyby Norwegowie byli tak zdrowi jak przed 30 laty, zyskaliby dziś 50 miliardów koron w budżecie. Rozwój medycyny zaszedł jednak tak daleko - konstatuje redaktor - że już właściwie nie ma zdrowych ludzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwolnienia chorobowe wśród roznosicieli gazet przekraczają zimą normę (siegają 12%), w okresie letnim utrzymując się na średnim poziomie - 7%. Właśnie dlatego tak ważna jest praca roznosiciela rezerwowego. Jak to w życiu, najfajniejsze sa zastępstwa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I nic tak przecież nie boli, jak oddawanie komuś trasy, którą się miało jako własną. Przechodziłem to akurat przed rokiem, przyuczając nastepców do dwóch nocnych tras i jednej popołudniowej. To tak, jak by zostawiając dziewczynę, od razu instruować nowego chłopaka z jej obsługi (a ci, nie dość, że byli młodsi, to jeszcze jeden był Murzynem!)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy podać mu na tacy wszystkie tricki, wyliczyć pułapki i bonusy, czy może jednak nie zabierać mu przyjemności odkrywania tajemnic samodzielnie, szczególnie jeżeli sam miesiącami z upodobaniem przez to brnąłem?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten, kto przyuczył mnie do tej pracy przed niemal dwoma laty, przez trzy mroźne śnieżne dni w styczniu, to właśnie jeden z takich lotnych roznosicieli, tyle źe mający samochód - obskakujący codziennie trasy awaryjnie. Szalony Niemiec znany jako "Crazy German".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak w ogóle, jakoś szczególnie mi tutaj po drodze z Niemcami, chociaż na studiach tylko raz było mi po drodze z Niemką (ale nie wiem, czy to się liczy, bo miała polską maturę).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszymi słowami, którymi powitał mnie szalony Niemiec znany jako "Crazy German" było: "Jestem wprawdzie Niemcem, ale jestem bardzo chaotyczny". Okazało się, że jednak w tym kraju na nikim nie robi to wrażenia. Potem pomstował jeszcze nie raz na norweskie zwyczaje, co mnie najpierw oburzyło. Kiedy zechciałem na niego doniść policji, uniemożliwiły mi to przedłużające się procedury biurokratyczne - przez co zacząłem przyznawać mu rację (co doprowadziło do powstania tego bloga).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedyna rzecz, co do której nie udało mi się z nim zgodzić, to to, że do ciągłego niewyspania da się przyzwyczaić. Mnie się przez 10 miesięcy ubiegłego roku nie udalo. I dlatego więc, chociaż w ubiegłym roku robiłem to prawie każdej nocy, teraz poprzestałem na jednym razie w tygodniu. Są to teraz też przeważnie zupełnie spontaniczne i niespodziewane one night standy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2919038897441444024?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2919038897441444024'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2919038897441444024'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/11/norges-lover-32-routes-routes-bloody.html' title='NORGES LOVER (32) Routes Routes Bloody Routes'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1227950974921495191</id><published>2009-10-19T16:00:00.011+02:00</published><updated>2009-12-31T22:23:33.640+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (31) Owieczka w każdym porcie</title><content type='html'>Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Norweska prasa pełna jest więc reakcji na moje doniesienia w blogu. A to, że wiatraki zabijają tu jednak wiele ptaków. W samej farmie wiatrowej w niewielkim regionie Smøla od 2006 r. wiatraki pozbawiły życia 27 z ok. 200 tamtejszych orłów bielików.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobnie jak linie wysokiego napięcia - rocznie ginie przez nie ok. 450 000 pardw (ptak zamieszkujący północną Europę). W regionie Finnmark przez ponad 600 km stawianych nielegalnie płotów przeciw zwierzętom, zginie w tym roku więcej pardw niż z ręki myśliwych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A to znowu napisano, że, fakt - Wikingowie to może nie, ale wielu Norwegów wyjechało do Ameryki za chlebem. Ukazała się właśnie książka rewidujaca dotychczasowe liczby. Emigrantów było znacznie więcej, niż wcześniej przypuszczano. Wyjazdy zaczęły się w 1825 r. i ustały w latach 70. ubiegłego wieku, kiedy Norwegia stała się nagle najbogatszym krajem swiata. Do USA wyemigrowało w tym czasie ponad milion Norwegów, a nie 800-850 tys., jak liczono do tej pory. Pół miliona wyemigrowało w samych latach 1880-1915, przy czym ludność Norwegii w 1890 r. przekroczyła dopiero dwa miliony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strumień migracji z Norwegii był 3,5 raza większy od średniej w Europie. Gdyby wszyscy Europejczycy opuszczali kontynent z takim natężeniem, emigrantów z Europy byłoby w Ameryce ok. 150 a nie 40 milionów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potomkami takich emigrantów jest oboje tegorocznych noblistów z ekonomii. Podzielą się 10 milionami koron szwedzkich (co odpowiada ok. 8 milionom norweskich koron - a właściwie już mniej, bo kurs szwedzkiej korony ciągle spada). Przeliczanie koron norweskich na szwedzkie jest tutaj na porządku dziennym. W sklepie, żeby wprowadzić promocję, wystarczy napisać - sprzedajemy po cenach w SEK - i klient odczytuje wtedy szwedzką cenę z metki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Norwegowie nie są jednak standardowymi klientami. Nowemu szefowi szwedzkiej sieci marketów Ica (który jest Portugalczykiem) rok zajęło połapanie się w ich zachowaniach konsumenckich i norweska Ica wciąż przynosi straty. Mieszkańcy Oslo mają na wyciągnięcie ręki sklepy w Szwecji - okazja, której nie przepuściliby Niemcy, Portugalczycy, Polacy czy Bałtowie, jeżdżąc co jakiś czas przez granicę na wielkie zakupy. Gazety niedawno porównały ceny produktów tu i w Szwecji, sugerując, po co warto wybrać się za miedzę (sporo produktów jest tam tańszych o jedną trzecią). Norwegowie wolą jednak, jak się okazuje, robić małe zakupy a częściej, w sklepach w pobliżu, nawet przepłacając - o czym już zresztą sam dawno pisałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szwedzi za to wciąż przyjeżdżają tu do pracy, bo bezrobocie wśród młodzieży wynosi w Szwecji 21,6% (15-24 lat) przy 4,7% bezrobocia w Norwegii (tyle że liczonego dla wieku 20-24 lat). Średni zarobek ludzi w wieku 18-22 odpowiada 15 tys. koron norweskich przy 24 tys. NOK średnio dla pełnego etatu w grupie wiekowej do 25 lat. Dane podane są w ten sposób, że na pewno norweskie przedstawiają się korzystniej, niemniej jednak z grubsza oddają sytuację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zeszłym roku czytałem o planach siedemnastki na wakacje: "Pojadę do Kaliforni, na Majorkę, no i oczywiście będę też pracować". Brać kilka tygodni wolnego podczas letniej pracy to tutaj standardowe podejście rozpieszczonych nastolatków. Na to pracodawca: "Nie po to znaduję kogoś na zastępstwo, żeby jeszcze jego kimś zastępować!" Wybiera więc chętnie Szweda, który nie ma żadnego problemu z językiem, ma wysoką motywację (zarobki) i przyjechał tu właśnie do pracy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Norwegii potrzeba także pastorów. Jeden z hierarchów za przesadę uznał używanie w rekrutacji firm headhunterskich, czym się ostatnio wykazał tutejszy "Kościół Marynarski", świadczący duszpasterską posługę na 40 platformach wiertniczych na Morzu Północnym. Warto też przeczytać jego ogłoszenie w chrzescijańskiej gazecie Vårt Land (Nasz Kraj). Piszą w nim:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Przeżyj własną przygodę z ropą - zostań "pastorem bożonarodzeniowym" (Psst: nie musisz wcale być pastorem, żebyśmy rozpatrzyli twoją kandydaturę!)&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Chyba odnalazłem powołanie. I pracę na święta.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1227950974921495191?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1227950974921495191'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1227950974921495191'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-31-owieczka-w-kazdym.html' title='NORGES LOVER (31) Owieczka w każdym porcie'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8293078400979860539</id><published>2009-10-15T14:30:00.008+02:00</published><updated>2010-08-16T19:27:09.628+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (30) Okres ochronny na Czerwony Październik</title><content type='html'>&lt;em&gt;Za oknami zrobiło się czerwono.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Norweski nowy-stary rząd ogłosił projekt budżetu i ekonomiści złapali się za głowę. Pieniądze z rezerw odkładanych z handlu ropą planuje się wykorzystać na poziomie zakładanym wcześniej na rok 2017. Wszystko to dla ratowania państwa socjalnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikomu tu nie przychodzi do głowy, by z nadejściem jesieni zakrzyknąć „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści“ - bo kto by pozostał? Kilku nazistów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro już o tym, co jest zakazane w Niemczech - opony kolcowe. Można je będzie zakładać od 15 października na północy Norwegii, a od 1 listopada w reszcie kraju. (Taka rowerowa opona z kolcami to pierwsza rzecz, na jaką wpatrywałem się na wystawie, zmagając się z tutejszą zimą przed dwoma laty). Użycie opon kolcowych w samochodach jest tutaj dozwolone w okresie zimowym, podobnie jak w Szwecji i Finlandii. Także w Austrii, tyle że tam obowiązuje zakaz używania ich na autostradach. Z podobnym zastrzeżeniem można korzystać z opon kolcowych przez cały rok w Szwajcarii. (Brak takiego zakazu w Norwegii wynika tylko z tego, że nie ma tu autostrad).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Za oknami zrobiło się żółto.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To mój trzeci październik w Skandynawii. Przed sześcioma laty spędziłem ten miesiąc w Skanii (wcześniejsze doniesienia w tym blogu). A przed rokiem napawałem się ciepłym i suchym październikiem, ciesząc się, że od 1.11 już mnie tu nie będzie. Najbardziej rozbawiły mnie wtedy prasowe doniesienia, że jedna linia metra ma spore opóźnienia, a właściwie zupełnie przestała kursować - przez... spadające liście. Wozy nie mogą podjechać pod górkę, bo jest ślisko! I tak co roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przestałem huczeć niedawno - kiedy dotarło do mnie, że tym razem mieszkam właśnie przy pętli tej linii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyszła złota polska jesień. („Polska“ - pewnie dlatego, że pokradli liście).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Za oknami zrobiło się pusto.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z tego, że spadają liście, jednak się cieszę, bo kiedy zostanę w areszcie domowym, będę miał na co popatrzeć. Moim oczom na tarasie odsłania się widok na leżące w dole centrum miasta, a za nim wdzierający się w ląd fiord Oslo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A fiordy to to, co wielu w Norwegii lubi najbardziej. Jak stwierdza jeden z amerykańskich komentatorów przychylnych Obamie (którego przyznanie Nobla postawić miało w bardzo niezręcznej sytuacji): w Norwegii lubię fiordy - za to mianowicie, że nie mieszają się do polityki.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8293078400979860539?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8293078400979860539'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8293078400979860539'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-30-czerwony-pazdziernik.html' title='NORGES LOVER (30) Okres ochronny na Czerwony Październik'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7973384238061962624</id><published>2009-10-14T14:00:00.003+02:00</published><updated>2009-12-31T22:25:22.932+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (29) Plastuś Wiking</title><content type='html'>&lt;blockquote&gt;K.I. Gałczyński: Teatrzyk Zielona Gęś, Cocktail-Party w Waszyngtonie (1947)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SENATOR GOOD MORNING:&lt;br /&gt;Nudno, co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SENATOR ICE-CREAM:&lt;br /&gt;Rzeczywiście.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SENATOR O'COCOA:&lt;br /&gt;To może zagramy w szach-mach-ciach-ciach?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SENATOR GOOD MORNING:&lt;br /&gt;Dobrze. Ja wychodzę. Szach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Islandia wylatuje w powietrze.&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Przypomina się coś? Rok temu światowy kryzys (za przyczyną Stanów) rozsadził gospodarkę Islandii. To wtedy powstało najprzedniejsze hasło reklamowe, jakie znam. Linie lotnicze Icelandic Air rozpoczęły szybką kampanię reklamową pt. "Jeszcze nigdy Islandia nie była tak tania!" Ale czytajmy dalej.&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;SENATOR ICE-CREAM:&lt;br /&gt;Mach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Sardynia wylatuje jw.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SENATOR O'COCOA:&lt;br /&gt;Ciach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Znowu coś tam wylatuje w powietrze ku zadowoleniu Senatorów śpiewających hymn 51 "Bóg jest ostoją naszą".&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;U Gałczyńskiego przyszła Zielona Gęś i wysadziła w powietrze senatorów, rzeczywistość to jednak purnonsens, jakiego nie potrafiłby przewidzieć sam jego mistrz. Rzeczywistość więc nagrodziła senatora O'Cocoa pokojową nagrodą Nobla. Co wysadził w powietrze Senator O'Cocoa? Irak, może Afganistan? Raczej nie Iran, na pewno nie Rosję. Senator (dziś już prezydent) tłumaczy się, że przecież nie on pierwszy coś wysadził. Albo może sięgnie po oręż poprzednika ("paliłem bez zaciągania"). Ale poeta pamięta, kto zaproponował tę grę!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś pewnie, by być za rozbrojeniem, wystarczy nie jeździć na rowerze tej marki, którą ma Hugo Chavez. Sam widziałem tu jeszcze w zeszłorocznych gazetach: Atomica. Od razu wiadomo, kto jest wszystkiemu winien. A Obamie, zdaniem niektórych, Nobel należy się już za samo pokojowe zakończenie walki z Hilary Clinton o nominację partii w wyborach prezydenckich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Oslo nie milkną echa decyzji o tegorocznym pokojowym Noblu. Podobnie jak na całym świecie, ale to w końcu tutaj werdykt ogłoszono i tutaj wszystko się odbędzie. Przypomina się więc przede wszystkim nieudane wstawiennictwo Obamy za OL 2016 w Chicago (jego wizyta sparaliżowała tego dnia całą Kopenhagę). W Oslo już w dzień po ogloszeniu werdyktu, centrum pokojowe odwiedziła rekordowa liczba gości. Od września trwa też specjalna wystawa "Od Kinga do Obamy", skrojona jak ulał na tę okazję. W ten wzorzec wpisuje się goszczący na ekranach kin ostatni film Tarantino, w którym istotny fragment poswięca się historii Murzynów w USA.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomina się jak w Budapeszcie szlajalismy sie po pubach z przygodnie spotkanymi szwedzkimi skautami. Jeden z nich był czarny i w pewnym momencie mowiąc o czymś zapamiętale, stwierdził: "W XIII w., kiedy mieszkaliśmy w takich a takich osadach..." Wyobraziłem sobie murzyńskie wioski, ale nie - on miał na myśli wsie szwedzkie! Kwestia asymilacji widziana w praktyce doprawdy zdumiewa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasem widuję w Oslo postawnych śniadych brodaczy, muzułmanów, ktorzy wydaja mi się być Wikingami XXI wieku. Wypełniają jakby tę lukę po prawdziwych Wikingach, podczas gdy Norwegowie coraz bardziej niewieścieją (a jak mówią ostatnie badania, męski wzór seksapilu zmienił się na bardziej zniewieściały właśnie - prawdopodobnie w następstwie używania przez kobiety pigułek antykoncepcyjnych).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle że ci postawni Persowie to nie żadni wojownicy, a uchodźcy albo nawet emigracja zarobkowa. A przecież Wikingowie to jedyni, którzy do Ameryki przybyli nie za chlebem (jak wiadomo, im chodziło tylko o kobiety). I po dziś dzień wydaje się, że Norwegii jak mało komu w Europie zależy na partnerstwie w kontaktach ze Stanami - na co zresztą ich akurat stać. W końcu są w pierwszej trójce PKB per capita na świecie (z Liechtensteinem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jednak decyzja komitetu noblowskiego odczytana została jako wyjątkowo służalcza wobec Stanów. Nie ma co przytaczać wszystkich argumentów, bo znane są na pewno w Polsce. Warto więc skoncentrować się na fakcie szczególnie dla Polakow istotnym, lecz nie wiem, czy podnoszonym. Szefem komitetu noblowskiego jest nie kto inny, jak Thorbjørn Jagland - marszałek ustępującego norweskiego sejmu, a od niedawna sekretarz generalny Rady Europy. Trudno, żeby pełniąc tę funkcję odważył się wręczyć Nobla któremuś ze światowych dysydentów, zadzierajac np. z Chinami. Wybór musiał być więc - mówiąc eufemistycznie - ostrożny. Stąd też jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu, tutejsza praca krytykowała fakt, że Jagland nie rozstał się z komitetem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jagland broni sie m.in. tym, że także Lech Wałęsa otrzymał nagrodę zanim jeszcze doprowadził do upadku komunizmu. Nie zauważa różnicy! Nasz Włodzio może czuć się znów niesmacznie, nie ma szczęścia do ludzi o nazwiskach na 'J'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale Włodzio to niejedyny przegrany tego rozdania. Obama jest 4. prezydentem USA, który otrzymuje Nobla. Niewątpliwie osamotniony może czuć się Bill Clinton, który - węsząc trop Jimmiego Cartera podjął się ostatnio udanej przecież misji mediacyjnej w Północnej Korei. Ale pokojowe Noble dostają to Carter, to Obama, to nawet z-ca Clintona - Al Gore. A Bill nie - choć przecież nie tylko na arenie międzynarodowej zasłużył się dla szerzenia miłości. Taki pokojowy Nobel dla trójkąta Clinton-Clinton-Lewinski miałby już precedens w historii nagrody: Rabin-Peres-Arafat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O trójkątach przy tej okazji mówi się zresztą więcej. I tak, żart rysunkowy w &lt;span style="font-style:italic;"&gt;The Arizona Star&lt;/span&gt; powiada, że tegoroczną pokojową nagrodę Nobla otrzymuje Barack Obama, nagrodę naukową Michelle Obama za chemię, która jest między nimi, a literacką - ten, kto napisze Barackowi mowę z okazji odbioru nagrody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czekam więc na telefon z Białego Domu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7973384238061962624?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7973384238061962624'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7973384238061962624'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-29-plastus-wiking.html' title='NORGES LOVER (29) Plastuś Wiking'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8868375484491698718</id><published>2009-10-05T16:00:00.009+02:00</published><updated>2010-01-19T02:13:22.974+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (28) Fenomen pętli Grefsen</title><content type='html'>Któż z nas nie musiał się tak tłumaczyć:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;No naprawdę, to jakieś nieporozumienie, zostałem wprowadzony w błąd! Kiedy w nią wchodziłem, miała być 17-tką, aż tu niespodziewanie drzwi sie otwierają, wchodzą jacyś ludzie i okazuje się, ze jestem w 13-tce!&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Oto fenomen pętli Grefsen. Tramwaj przejeżdża przez nią zmieniając numer i jadąc na przeciwną pętlę drugiej linii: trzynastka wymienia się z siedemnastką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taka ósemka (wiem, niektórzy juz się gubią) zamiata całe miasto. W sam raz na randkę, zgodnie z wytycznymi, jak zostać Casanovą, opublikowanymi w piątkowym magazynie Aftenposten. Jedna z rad to: zabieraj ją w wiele różnych miejsc, by szybko miała z Tobą rozległe wspomnienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zupełnie powala rada: spraw, by odniosła wrażenie, że zadajesz sobie dla niej wiele trudu. No jasne (mnie by bardziej zmęczyło to sprawianie pozorów); skoro facet udaje, że się stara, to niech się potem nie dziwi, gdy panna uda, że ma orgazm.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, nie są to takie rady, o jakich mówiono przy okazji objeżdżającej Polskę szkoły uwodzenia, gdzie koncentrowano się na tym, że każdą kobietę da się uwieść, lecz nie ma prostej recepty na wszystkie. A na pewno nie takiej, jak recepta numer jeden z norweskiej gazety: po prostu do niej podejdź i powiedz jej, że jest fajna i że Ci się podoba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy to przeczytałem, wybuchnąłem śmiechem, po czym przypomniałem sobie jednak, że jest to moj standardowy sposób na koty. Kto ze mną spacerował, wie, że każdego spotkanego kota witam słowami: "Jesteś najpiękniejszy na świecie!". Jeden tutaj nawet przebiegł do mnie przez tory metra, aby to usłyszeć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest jednak jeszcze tzw. trzecie oko tego medalu. Szacuje się, że kotów domowych jest w Norwegii około 500 000, co przekłada się na 5 milionów ginących z ich łap ptaków rocznie (a tych bezdomnych kotów nikt nie liczył). Doniesienia znanego szczecińskiego dziennikarza śledczego okazują się więc wpisywać w globalną całość. Za Polskim Stowarzyszeniem Energetyki Wiatrowej pisał, że na 10 tys. przypadków śmierci ptaków, jeden ginie w wyniku spotkania z wiatrakiem, a tysiąc w wyniku spotkania z kotem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W norweskiej prasie rozpoczęła się więc nagonka na te "w jednej chwili przymilne pieszczochy, a w następnej skuteczne maszyny do zabijania". Ciekawe, kiedy ktoś odkryje, że właściwie to samo można powiedzieć o mężczyznach. W końcu jedna z rad z przytoczonego kanonu dla podrywaczy mówi: coś jej pożycz i któregoś razu znajdźcie się w pobliżu twojego domu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim "Grefseńskie zapętlenie" zostanie rozsławione jako zbawienna linia obrony Romana Polańskiego, mój drobny wkład w translatologię. Przy okazji 60-lecia Chińskiej Republiki Ludowej media przypomniały słowa Denga Xiaopinga: "Nieważne, jaki jest kot, czarny czy biały, byle łapał myszy". Deng mógł jednak rzec jedynie: "Nieważne, jaki jest kot, czarny czy biały, byle był czerwony".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żegnam się przeciągłym kocim "Mao".&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8868375484491698718?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8868375484491698718'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8868375484491698718'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-28-fenomen-petli-grefsen.html' title='NORGES LOVER (28) Fenomen pętli Grefsen'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1541579183705413410</id><published>2009-10-03T14:55:00.006+02:00</published><updated>2010-08-18T12:34:07.921+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (27) One Lunch Stand</title><content type='html'>Z pracą jak z kobietą, jak jej nie ma, to nie ma, a jak już się napatoczy, to od razu kilka na raz. No i choć można być ze wszystkimi, to jednak nie we wszystkich naraz. Pracuję więc teraz w co najmniej 4 rolach, w wielu miejscach i często muszę coś wybierać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedną z tych prac jest zmywak, na który wysyłają mnie gdzie popadnie, gdzie akurat będzie taka potrzeba. Z reguły na jeden dzień, czasami gdzieś wrócę. Mogę więc już wpisać do CV, że pracowałem dla IBM czy Statoil.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taka praca jest odporna na kryzys. No bo ludzi do zmywania naczyń potrzeba będzie zawsze i choćby zwolniono i 100 osób z załogi, pozostanie 400, po których pozmywać też trzeba. Praca w takich miejscach jest więc w tych czasach najpewniejsza. Są też mniejsze kantyny, gotujące dla ok. stu osób i tam zatrudnione sa zwykle po dwie osoby. Gdy jedna zachoruje, to druga sama wszystkiego nie zrobi - podział jest taki, ze jeden gotuje, drugi zmywa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W takiej pracy nie potrzeba tu wcale żadnych książeczek zdrowia, wchodzi sie po prostu z ulicy i robi swoje. Należy oczywiście dezynfekować ręce i dbać o to, by bez tego nie dotykać na zmianę naczyń czystych i brudnych. W jednej kantynie musiałem założyć gumowe rękawiczki. Na nic było wzbranianie! I ku mojemu zdumieniu okazało się, że wcale nie mam uczulenia na lateks! (Lata ściemniania sprawiły, że sam w to uwierzyłem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ergonomia, zasady i sposoby organizacji pracy są różne od zmywaka do zmywaka. Pozwala mi to na długie rozmyślania o zarządzaniu. Myślę, że wspólna praca na zmywaku byłaby najlepszym działaniem teambuildingowym dla ekip pracujących w biurach (na pewno lepszym niż kręgle). I prezesi byliby zmuszeni, by wreszcie uczestniczyć w pracy zespołu. Wielu by sobie nie poradziło, pewnie dlatego więc wolą zostać przy kręglach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Doskonale opisuje to Deep Purple  w piosence "Rosa's Cantina" z mojej ukochanej płyty, którą dostałem na 18-tkę:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;Some would call it suicide&lt;br /&gt;I would call it paradise&lt;br /&gt;Some would call it suicide&lt;br /&gt;Hell on earth&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Pracę na zmywaku naprawdę lubię, bo jest ciepło i jeszcze cię nakarmią. Poza tą przerwą, wszystko odbywa się w pośpiechu, ma być myte na bieżąco. Ta praca sprawiła, że zawęziłem do granic gospodarstwa domowego moją teorię, że "im więcej naczyń, tym więcej brudnych naczyń". W dużej kantynie jest to niedopuszczalne i dlatego musiał powstać zmywak. Spostrzeżenie to porównywalne jest do rozszerzenia teorii Newtona przez Einsteina.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1541579183705413410?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1541579183705413410'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1541579183705413410'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/10/norges-lover-27-one-lunch-stand.html' title='NORGES LOVER (27) One Lunch Stand'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-3074346122242594508</id><published>2009-09-26T12:00:00.014+02:00</published><updated>2010-08-24T01:06:48.062+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (26) There are nine million testicles in Brynseng</title><content type='html'>18 września zaczął się żydowski rok 5770, a 20 września skonczył się święty miesiąc Muzułmanów, Ramadan. W czasie tym Muzułmanin (pobożny - ale inny w przyrodzie nie występuje) musi m.in. pościć i być wstrzemięźliwym w czasie dnia. Używa sobie przed wschodem i po zachodzie słońca. Na szczęście dla niego, inaczej niz na antypodach, w ciągu tego miesiąca słońce wschodziło tu coraz później (od 4:14 do 5:22) i wcześniej zachodziło (20:55 - 19:28). Dzień był jednak wciąż dużo dłuższy w porównaniu z Arabią - Muzułmanom mieszkającym na Północy jest więc ciężej niz w kolebce ich religii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strefa czasowa i klimat to główne różnice między Północą a Południem. Wiekszość rożnicujących czynników antropogenicznych chyba już się zatarła. A to na przykład obrzezanie jako zabieg powszechny w USA, a to przenikające do nordyckiej świadomości pod progami kabin toaletowych wizerunki prącia. Kutasy tam malowane różnią się bowiem od tych, które znamy (z naszych malunków - sprecyzuję). Trzon i żołądź nie są poprowadzone jedną kreską, jak u nas, z wesołą prostopadłą kreseczką na końcu. Tam oba są wyraźnie oddzielone - z zagięciem na granicy ciała jamistego i gąbczastego, tak że żołądź wyróżnia się jak kielich tulipana. Do tego, jądra zwisają zawsze razem z jednej strony, a nie występują (co przecież wygląda dość komicznie) symetrycznie po bokach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ilekroć obcuję z tym widokiem, nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze jestem w czymś wiecej niż publicznej toalecie. Ordynarny kibel staje się tu miejscem natchnionym sztuką Wschodu. Szczeniacki malunek zastępuje w nim ilustracja z Kamasutry. Nie dziw, że zacząłem szukać sanskryckiego przekładu &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Lubiewa&lt;/span&gt; Michała Witkowskiego:&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;Wszędzie wypisywała w toalecie swój numer komórki. W pociągach i na stacjach. Pisała: obciągam i daję obciągać. Albo: Ruf mich an! Ale zanim ta kampania reklamowa dała jakieś efekty, odłączyli jej telefon za niepłacenie rachunków. Później ten numer dostał się komuś innemu.&lt;/em&gt;*&lt;/blockquote&gt;Dla fanów 3D przygotowano w Oslo - jeszcze przed wojną - Park Vigelanda. Męskie członki można sobie do woli oglądać na wyrzeźbionych tam postaciach. Natomiast monument górujący nad parkiem to ludzkie ciała zlepione w prosty kształt, obelisk, symbol, który bez trudu można uznać za falliczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;23 września minęła 70. rocznica śmierci Zygmunta Freuda, człowieka, który odkrył najprostszą teorię wszystkiego. Fizycy wprawdzie nie wierzą i wciąz szukają, ale trudno, by coś o nazwie &lt;em&gt;teoria strun&lt;/em&gt; nie potwierdziło, że Freud miał rację. Tym bardziej, że zmarł śmiercią bogów (z przedawkowania leków, jak Elvis i Michael).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* &lt;em&gt;Przypomina się, jak przed siedmiu laty zasiałem popłoch w jednej statecznej stołecznej rodzinie, anonimowo informując w sms-ie córkę nr 3, źe znalazłem jej numer telefonu w toalecie na dworcu w Bazylei.&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-3074346122242594508?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3074346122242594508'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3074346122242594508'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-26-there-are-nine-million.html' title='NORGES LOVER (26) There are nine million testicles in Brynseng'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7701319426456533143</id><published>2009-09-17T14:00:00.010+02:00</published><updated>2009-12-31T22:24:20.743+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (25) Jens we can! Sofa. Sen.</title><content type='html'>I po wyborach. Właściwie wynik mieści się w granicach błędu statystycznego nie tylko w odniesieniu do sondaży, ale i poprzednich wyborów. Doszło do nieznacznych przetasowań. Komentatorzy zwracają uwagę, że chociaż partia robotnicza uzyskała lepszy wynik, to stało się to głównie kosztem partii socjalistycznej, łączny wynik prawicy jest za to lepszy niż poprzednio i wpisuje sie jako tako w europejski trend ostatnich lat. Ogólnie scena norweska uległa dalszej polaryzacji a tzw. centrum i wszelkie mniejsze partie uzyskały bardzo niski wynik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Partie kanapowe nie zdążyły więc zastanowić się nad sensem słów premiera Norwegii Jensa Stoltenberga, który rzekł przed wyborami: "Naszym wrogiem nie są inne partie, naszym wrogiem jest kanapa!".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zaprotestował także nikt ze szwedzkiej Ikei, chociaż tutejsze media doniosły właśnie o tym, jak koncern wymyśla transakcje pomiędzy własnymi firmami, by uniknąć podatków (były doradca szefa Ikei wydał książkę).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeciwko mediom zaprotestowała za to największa przegrana tych wyborów, partia, której przed rokiem sondaże dawały zwycięstwo. Fremskrittspartiet (partia postępu, jak łatwo zgadnąć, w tym kraju oczywiście - na odwrót - prawicowa) poparcie jednak szybko straciła. Partia ta przez wielu uznana jest za ksenofobiczną - wyborcy głosowali często przeciwko niej (taki tut. PiS). Oskarżone o lewicowość media, inaczej niż w Polsce, nie idą wcale w zaparte. Co ciekawe, w tym roku &lt;em&gt;Aftenposten&lt;/em&gt; po raz pierwszy stwierdził, że nie będzie otwarcie agitował za prawicą (a jest z nią historycznie związany), a lewacki &lt;em&gt;Dagsavisen&lt;/em&gt; w dniu wyborów na całej 1. stronie opublikował odezwę: głosujcie na Arbeiderpartiet! Tak, ciszy wyborczej tu nie było z założenia. To uczciwsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybory odbyły się w poniedziałek, 14.09, ale także w niedzielę 13.09 (wszystkim, którzy optuja za dwoma dniami wyborów w Polsce, warto polecić pomysł z dniem wolnym i roboczym). Wcześniej przez kilka tygodni można bylo głosować poza miejscem zamieszkania. Nie dziw, że frekwencja przekroczyła 70% (chociaż była niższa niż poprzednio).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, że u rządów pozostanie ten sam premier, z tą samą koalicją, jest w Norwegii wydarzeniem bez precendensu w ciągu ostatnich 16 lat. Dość rzec, że III RP jeszcze nie odnotowała takiego przypadku (20 lat).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ławach (nie kanapach) sejmowych zasiądzie 169 posłów, w podziale (co ciekawe i rzadkie na świecie) regionalnym. Ze statystyk dotyczących nowego układu: 51 (prawie 1/3) parlamentarzystów ma nazwiska kończące się na -sen. Są wśród nich wszyscy reprezentanci północnego regionu Finnmark (5 mandatów).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Udział kobiet w parlamencie Norwegii nieznacznie wzrósł z 37 do 39% (66 na 103 mężczyzn). Stawia to Norwegię na 8. miejscu w świecie, po Rwandzie (56,3%), Szwecji (47%), RPA (44,5%), Kubie (43,2%), Islandii (42,9%), Finlandii (41,5%) i Holandii (41,3%), a ciut przed Danią (38%) i Angolą (27,3%). Średnia dla całego świata to 18,3%.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobiety stanowią dokładnie połowę klubu partii robotniczej - 32 z 64 osób. To jest dopiero realizacja wyborczych obietnic! Kiedy partie obiecują parytety płci, mówią tylko o miejscach na listach. A tutaj mamy przecież równowagę w wyniku! Wymaga to pełnego porozumienia pomiędzy partią a jej elektoratem, takiego, jakie potrafili wymóc tylko bolszewicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tych, którzy już łączą kropki, uspokajam. Nie, kanapa w norweskim nie jest rodzaju żeńskiego (&lt;em&gt;en sofa&lt;/em&gt;). Walka z sofą nie jest więc w żaden sposób przejawem męskiego szowinizmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kogo wiec tak naprawdę miał na myśli premier? Pewnie chłopaków z najbardziej coolowej firmy Norwegii. Firma werbuje w gazetach zdjęciem kilku luźno ubranych młodzieńców, z laptopami, siedzących na sofie. Wielkie hasło: "Pracuj w najbardziej cool firmie Norwegii" ma mały przypis: "Rezultat badań przeprowadzonych wśród chłopaków na sofie".&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7701319426456533143?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7701319426456533143'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7701319426456533143'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-25-jens-we-can-sofa-sen.html' title='NORGES LOVER (25) Jens we can! Sofa. Sen.'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1585633734404573591</id><published>2009-09-14T18:00:00.008+02:00</published><updated>2009-12-31T22:18:53.811+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (24) Gdzie dwóch się doi, tam trzeci grosz wciska</title><content type='html'>Zapytany o nadchodzącą płytę, mówi, że wydawca zaproponował, by tak zmiksować koncert w Dreźnie, żeby dało się go wydać. "No to tak zrobiliśmy" - stwierdza lapidarnie Jan Garbarek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Tak łatwo, ot tak, jak by chodziło o sprzedaż mleka w sklepie" - kwituje dziennikarz &lt;em&gt;Dagens Næringsliv&lt;/em&gt;. Otóż, nie, nie, panie redaktorze!*. Sprzedaż mleka wcale nie jest taka łatwa, nawet w Norwegii, gdzie zajmują się nią (aż!) dwie firmy. Dokładnie wyjaśnia to inna gazeta, &lt;em&gt;Aftenposten&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Większość udziałów w rynku wyrobów mleczarskich ma w Norwegii Tine. Konkurent, Q-Meieriene (Mleczarze Q) rozpoczął działalność w 2000 r. i zatrudnia w chwili obecnej 100 pracowników, mając 16-proc. udział w rynku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mleczarze Q skarżą się na praktyki monopolistyczne giganta Tine. I na to, że kopiuje ich rozwiązania, takie jak zakrętka na kartonie. Tine odpowiada, że w takim razie Q zgapiło pierwsze, bo przecież Tine wczesniej używało kartonu! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Normalnie czuć, że nowy parlament będzie coś musiał z tym zrobić. Powołać komisję śledczą. I ustalić, kto ma patent na DNA krowy. I dookreślić "inne produkty mleczarskie". Takie, jak jogurt, w którego rynku Tine ma 90% udziału. Aby go gonić, Q opatentowało islandzki przepis swojego nowego jogurtu. Aż dziw, że z taką nazwą jeszcze nie wpadli, by swoje produkty zaopatrywać w gadżety z filmów o Bondzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Malutcy niech się kłócą, wróćmy więc do wielkiego artysty. Jan Garbarek, zapytany o przepis na dobre życie, odpowiada:&lt;br /&gt;&lt;em&gt;- Jogurt?&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Norsk.. urwa. Media są tendencyjne. Komisja śledcza potrzebna od zaraz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wasz Nor-jazz lover.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Zwrot, ktory mi jakos ostatnio szczegolnie utkwil w pamieci.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1585633734404573591?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1585633734404573591'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1585633734404573591'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-24-gdzie-dwoch-sie-doi-tam.html' title='NORGES LOVER (24) Gdzie dwóch się doi, tam trzeci grosz wciska'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1338236684946928550</id><published>2009-09-14T12:00:00.016+02:00</published><updated>2010-08-18T12:31:59.952+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (23) Bo nie zna życia, kto nie służył na zmywarce</title><content type='html'>&lt;blockquote&gt;Akcja rozgrywać się będzie na dwóch poziomach. Jednym jest podłoga sceny, drugim galeryjka, rodzaj balkoniku z poręczą. Oba poziomy połączone są schodkami...&lt;br /&gt;S. Mrożek: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Indyk&lt;/span&gt;.&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;No, może nie dokładnie, ale ten obraz od razu mi się skojarzył, jak zobaczyłem swoje nowe mieszkanie w Oslo. Obok dużego okna mam stopien i drzwi - wyjście na położony pół metra ponad podłogą taras. Taras to otwarta przestrzeń, ktorą dzielę z sąsiadami (bodajże 6 mieszkań w rzędzie). Dokładnie to, co w Norwegii podoba mi się najbardziej i czego brak uważam za wielki mankament polskiego budownictwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Rób to, co lubisz, a nie będziesz musiał pracować&lt;/span&gt; - miał rzec Konfucjusz. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Nie będziesz miał też czasu wolnego&lt;/span&gt; - doda ktoś, komu przyszło żyć dzisiaj. Dlatego też zjawiłem się tutaj, by pochłaniać ksiażki i gazety w czasie, kiedy zupełnie nie zaprzątam sobie głowy pracą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Osiołek Porfirion to fenomen: dzieli, mnoży, ryczy, mowi śmieszne wiersze i... pracuje.&lt;br /&gt;K.I. Gałczynski: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teatrzyk Zielona Gęś&lt;/span&gt;.&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;W stołówce w 3 godziny obsłużyliśmy 500 osób. Podszedłem do tego wyniku sceptycznie, podejrzewając, że to wszystko byli nasi szefowie, chcący wywindować statystyki (no mam z tym doświadczenia...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro o statystykach stron internetowych: serwis ung.no (ung - młody). Po protestach przywrócono możliwość zadawania na niej pytań (wstrzymaną przez to, że  ich liczba przerosła możliwości odpowiadających). Strona miała 100 tys. unikalnych odwiedzin na miesiąc. Od 2006, kiedy powstała, specjaliści udzielili odpowiedzi na 45 tys. pytań. Pytania dotyczące głównie dojrzewania i seksualności młodzieży, niektóre przezabawne. Na przykład 14-latka przed wyjściem na pierwszą imprezę pisze, że chce kupić piwo, ale wie, że sprzedadzą jej tylko bezalkoholowe. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Po czym mam je poznać?&lt;/span&gt; - pyta. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Po tym, że ci je sprzedadzą! Następna!&lt;/span&gt; - ja bym odpowiedział. No ale mnie tam nikt nie zatrudnił, ja co najwyżej mogę pozmywać po tych, którzy jej odpowiedzieli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zmywak, godz. 15:00.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktoś wyrywa mi z ręki garnek. Myślę sobie: „No to wtopa. Coś jednak robiłem nie tak. A przecież dawałem z siebie wszystko!“ - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Zostaw! To jej robota. Ona pracuje do 16! My nie&lt;/span&gt; - mówi z uśmiechem Norweżka, wskazując rownie uśmiechniętą koleżankę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu staję przed trudnym zadaniem wyjaśnienia polskiemu czytelnikowi, czym są płatne nadgodziny i prawa pracownicze. Zadanie tak karkołomne, że się go jednak nie podejmę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;CHÓR POLAKOW&lt;br /&gt;Nasz piecyk cudem zreperowany,&lt;br /&gt;lecz Osiołek Porfirion to gość podejrzany.&lt;br /&gt;(biją Porfiriona)&lt;br /&gt;K.I. Gałczynski: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teatrzyk Zielona Gęś&lt;/span&gt;.&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Pożyteczne skutki kryzysu - z takiej nowomowy w światowej prasie drwi w sierpniu polska edycja &lt;em&gt;Le Monde diplomatique&lt;/em&gt;. Oto np. &lt;em&gt;Los Angeles Times&lt;/em&gt; pisze o studencie, który ma do spłacenia 50 tys. dolarów kredytu studenckiego. Zaczął odsłaniać okna zamiast palić swiatło - na co by przed kryzysem nie wpadł!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kurtyna.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1338236684946928550?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1338236684946928550'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1338236684946928550'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norges-lover-23-bo-nie-zna-zycia-kto.html' title='NORGES LOVER (23) Bo nie zna życia, kto nie służył na zmywarce'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-3656485303418586739</id><published>2009-09-06T20:00:00.011+02:00</published><updated>2009-12-25T01:01:31.964+01:00</updated><title type='text'>NORGE - LOVER 2:2 Prawo drugiej wagi</title><content type='html'>Na lotnisku Prawo Drugiego Biurka objawia się w postaci Prawa Drugiej Wagi. Gdy przed niemal rokiem wracałem z Oslo, we dwóch przewieźliśmy 90 kg - bez dopłat! Teraz moja walizka miała 28 z dopuszczalnych 20 kg, co jednak po przepakowaniu i założeniu na siebie połowy szafy stopniało do 23 kg, za które już inna pani nie kazała mi płacić (tak wiem, mam szczęście, że nigdy nie leciałem Ryanairem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś Szerpowie są potrzebni chyba jeszcze bardziej w dotarciu na miejsce, niż podczas samej wyprawy. Potrzeba po prostu kogoś, kto nie tyle coś by poniósł, co po prostu zadeklarował jako swoje na pokładzie samolotu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zastanowiło mnie także, dlaczego ktoś musi dopłacać za nadbagaż, jeżeli pewnie spora część walizek waży znacznie mniej niż by mogła. Średnio więc pewnie i tak wychodzi, jak gdyby wszyscy mieli bagaże standardowej wagi. Być może należałoby wprowadzić dyscyplinujące opłaty za niedobagaż?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Albo dlaczego ja muszę płacić za nadbagaż, kiedy moja walizka przekroczy 20 kg, podczas gdy ktoś inny może być zwyczajnie 20 kg cięższy ode mnie, co daje mi z miejsca niesprawiedliwy handicap? Czuję się dyskryminowany i myślę, że limit wagi powinien być ustalany dla bagażu wraz z pasażerem (no i jak tu się dziwić, że narkotyki przemyca się w sobie, skoro w walizce wymagałyby dodatkowych opłat).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak się okazuje, linia Oslo-Szczecin to jedno z nielicznych polaczen Norwegian Air Shuttle, które w ostatnim roku potaniały (o 18%). Szczecin znalazł się w przednim otoczeniu Dubaju, Kanarów i Teneryfy. Przelot z Oslo do Warszawy podrożał natomiast o 62%.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja swoje wiem i rezerwując bilety zawsze pamiętam o świętym prawie Norwegów do drugiego biurka. Wymaga to jednak co najmniej drugiej potęgi w ilości kliknięć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-3656485303418586739?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3656485303418586739'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3656485303418586739'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norge-lover-21-prawo-drugiej-wagi.html' title='NORGE - LOVER 2:2 Prawo drugiej wagi'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-5618688186298544127</id><published>2009-09-05T20:00:00.009+02:00</published><updated>2009-12-25T00:53:08.819+01:00</updated><title type='text'>NORGE - LOVER 2:1 Prawo drugiego biurka</title><content type='html'>Kiedy w grudniu 2007 r. po raz pierwszy starałem się dowiedzieć, jak i za ile dotrzeć z lotniska do centrum Oslo, wszystko wyjasnił mi młody praktykant w punkcie IT. Jak się niebawem okazało, zupełnie błędnie (kwestie różnych przewoźników, zniżek studenckich, opłaty za przewóz roweru). Gdy już kupiłem bilet, mając trochę czasu do pociągu, pobiegłem czym prędzej do punktu IT, by chłopcu objaśnić, że się mylił. W trosce o interes innych podróżnych oraz dla porządku, który tak miłuję (co, jak wtedy jeszcze wierzyłem, czyni ze mnie pełnej krwi Skandynawa).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chłopca już przy okienku nie było. Kiedy wyjaśniłem sprawę jego przełożonej, odpowiedziała: "E, to praktykant, on nie musi tego wiedzieć". Tak poznałem praktyczne działanie "Prawa drugiego biurka" (własność pojęcia Magdalena W., Oslo), na którym zasadza się funkcjonowanie obywatela w Norwegii: jeśli czegoś nie uda ci się załatwić, idź do drugiego biurka, a tam to dostaniesz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kogoś, kto wyląduje na lotnisku Gardermoen, zastanowi, czy zawsze jest zamglone. Pewnie to pierwsze wrażenie, które Norwegia musi, po prostu musi wywołać w przybyszach. Musi być na to jakiś dekret. Tym bardziej, że miejsce to wybrano w latach 80. z dwóch alternatyw. Inne miejsce doradzali specjaliści od klimatu - prawie nigdy się tam nie chmurzy, a budowa lotniska wiązałaby się tylko z wycinką lasu, a nie z przesiedleniami (co jak wiadomo kosztuje).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tego czasu powstały (zupełnie nie wiadomo, po co) dwa nowe mniejsze lotniska cywilne po obu stronach fiordu, ale to położone na północy, w głębi lądu, Gardermoen wiedzie prym jako OSL. A z jego wyborem wiąże się tajemnica zabójstwa politycznego, mającego obciążać rządząca wtedy i dziś w Norwegii Partię Pracy (czy dokładniej właściwie: Robotniczą). W niewyjaśnionych okolicznościach główny specjalista wypadł z hotelu w Kopenhadze, a jego raport doradzający inne miejsce zniknął na zawsze (czy jak by to pewnie ujął tutejszy pastor: trafił na biurko Wszechmogącego).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po partii rządzącej to spłynęło. Partia ta to w ogóle fenomen, jak na polskie warunki. Zasiedliła najbardziej ponury gmach przy głównym rynku. A myślałby kto, że takie rzeczy to tylko w erze... Stalina (pomyślmy, co by to było, gdyby tak w Polsce zrobił PiS...). Nie dziw więc, że z podobnym luzem Norwegowie podeszli do sprawy domniemanego zabójstwa politycznego i Arbeiderpartiet ma najwyższe notowania w sondażach przed nadchodzącymi za parę dni wyborami do parlamentu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-5618688186298544127?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5618688186298544127'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5618688186298544127'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norge-lover-20-prawo-drugiego-biurka.html' title='NORGE - LOVER 2:1 Prawo drugiego biurka'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-9174305859350223897</id><published>2009-09-04T20:00:00.004+02:00</published><updated>2009-12-25T00:32:20.355+01:00</updated><title type='text'>NORGE - LOVER 2:0 (trener Piechniczek kontroluje grę)</title><content type='html'>Dzień przed wylotem do Oslo otrzymałem maila z informacją:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Szanowni Państwo, &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Informujemy, że okres rejestracji domeny morzeprzygody.pl został przedłużony.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pięć lat temu kupiłem tę domenę przygotowując się do przetargu w Urzędzie Marszałkowskim ("Morze Przygody" to hasło promocyjne Województwa Zachodniopomorskiego). Przetarg przegrałem cenowo, domena została. Kiedy zacząłem tu publikować radosne doniesienia z podróży, czytali nawet urzędnicy w Marszałkowskim. Niestety, potem nastała era Pudelka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postanowiłem jednak nie ustawać w walce o udziały w rynku internetowych błaznów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dałem więc Norwegii drugą szansę (jak by to ujął trener Piechniczek po stracie kolejnego gola).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-9174305859350223897?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9174305859350223897'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9174305859350223897'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norge-lover-20-trener-piechniczek.html' title='NORGE - LOVER 2:0 (trener Piechniczek kontroluje grę)'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-9124619211843842072</id><published>2009-09-01T12:50:00.000+02:00</published><updated>2009-09-01T12:51:40.733+02:00</updated><title type='text'>NORG-EX LOVER (19) Kisses from Miles Away</title><content type='html'>Odc. 8. piątej serii "Seksu w Wielkim Mieście". Carrie określa towarzyszące zauroczeniom uczucie w brzuchu mianem "Zsa zsa zsu". I ja poznałem to uczucie, ilekroć dostrzegałem na ulicach Oslo polską rejestrację ZS. Nie dziw więc, że wreszcie wróciłem do Szczecina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następne doniesienia miały być z cieplejszych klimatów. Myślałem o światowej stolicy puree - Pireusie. Nic z tego jednak. Wszystkie drogi okazały się prowadzić do Oslo; uznanego przez wielu jego mieszkańców za najlepsze miasto świata. Czy oni nie mają telewizorów, internetu, ksztyny wyobraźni? - myślałem wówczas. To miasto musi jednak coś mieć w sobie, skoro do niego wracam (pewnie przyciąga looserów).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za co lubię Norwegię? Napiszę, jak tylko otrzymam aktualną ściągę z urzędu imigracyjnego. O fladze Norwegii już pisałem. Podoba mi się także, rzecz jasna, ciesząca się uznaniem na całym świecie norweska scena deathmetalowa (im jedynym jestem skłonny uwierzyć, że są potomkami Wikingów). No i cenię Josteina Gaardera za książkę pt. "Świat Zoofilii", z której czerpałem inspirację w moim najdłuższym związku w życiu (z kotem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z chęcią też wyczytałem w ubiegłym roku o targach "Elektrofil" i tym razem obiecuję sobie elektryzujący coming out. W tym roku wybiorę się na te targi z lodówką. Pora wyjść z nią na powierzchnię i spotkać podobnych ludzi. Najpierw jednak trzeba spotkać lodówkę. A to stanie się 5 września.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Norwa - najtrudniejsza z moich ex, zdecydowanie. By ująć to słowami mojego urologa: "trafiła nerka na kamień". I pierwsza, do której - uwaga - wracam!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tylko żeby nie okazało się, że jestem tym Milesem A. z pieśni Madonny:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I always love you more...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MILES AWAY&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-9124619211843842072?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9124619211843842072'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9124619211843842072'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2009/09/norg-ex-lover-19-kisses-from-miles-away.html' title='NORG-EX LOVER (19) Kisses from Miles Away'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7935700488320506646</id><published>2008-10-25T22:29:00.003+02:00</published><updated>2008-12-23T19:34:35.912+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (18) Ostatnia polka w Oslo</title><content type='html'>Bono na koncercie w Glasgow - Ilekroć klasnę w dłonie, w Afryce umiera jedno dziecko! - No to przestań klaskać skurwielu - odpowiada tlum. Cokolwiek w Glasgow krzyczał tłum do Cyndi Lauper, po paru dniach odwiedziła Oslo, aby nie dać nawet jednego bisu. Zupełnie ją rozumiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim udało mi się spocić, byłem już cały mokry od piwa, jakie na mnie wylali ledwo trzymający się na nogach sąsiedzi. Ale nie żeby tak szaleli. Oni się tylko chwiali. Ci tutaj to na pewno nie są potomkowie Wikingów - ktoś ich musiał podmienić w kołysce. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Parę miesięcy wcześniej nauczyłem się czegoś nowego, i to po trzykroć. Raz - jak to jest, spóźnić się na głównego wykonawcę. Dwa - jak to jest mieć miejsce siedzące na rockowym koncercie, gdzie na pustą w połowie płytę cię nie wpuszczą. I wreszcie, jak to jest, cieszyć się, że nie jest się na płycie. Patrząc tak na nich z góry nie mogłem uwierzyć, że ci ludzie nie mają krzesełek. Totalny bezruch, podczas gdy Nick Cave i jego Złe Nasiona wywijały na scenie jak młoda hipisowska kapela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znając tutejszą publikę, pocieszam się, że przepuściłem tyle innych koncertów. Smashing Pumpkins, The Cure (jedno z nich na pewno dwa razy), PJ Harvey, Katie Melua ze dwa razy, Iron Maiden, Bruce Springsteen, QOTSA 2 razy. Foo Fighters zapełnili cały otwarty basen (cwany sposób włodarzy miasta, by wywindować statystyki odwiedzin basenu, zamkniętego przez całe lato).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do tego w operze była Nicka Cave'a była PJ Harvey, była. Kiedy zaś Tom Waits z własnej nieprzymuszonej woli zaproponował operze, że zmodyfikuje swoje tournee (wydarzenie rzadsze od komety), jej szefostwo kazało mu się przypomnieć w przyszłym roku!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A przecież Norwegia to jedyny kraj na świecie, gdzie Waits osiągnął pierwsze miejsce na liście przebojów. W pierwszą sobotę maja odbywa się w Oslo „Bieg Toma Waitsa“. Jak można łatwo zgadnąć, polega on na tym, że biega się od pubu do pubu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja w kwestii sportu staram się jednak wypełniać własne standardy. Kiedyś zasypiałem w szkole gdzie popadnie, i nie ominęło to lekcji wf-u. Tutaj więc pewnej nocy wpadłem na drzwi, kiedyś niemal wparowałem do czyjegoś mieszkania, schodząc ze schodów piętro za wcześnie. Idąc zaś do pracy w nocy, regularnie spadam z krawężników i raz wpadłem na latarnię. Tom byłby ze mnie dumny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja fobia do wózków dziecięcych ma się tutaj jak suspens u Hitchcocka - wybuchła, gdy odwiedziłem kino, a tam ze 100 wózków na raz, jakieś kino dla matek, i odtąd narasta z każdą nocą w pracy. No bo, jak klient postawi taki wózek przed drzwiami, akurat na trasie lotu, to ja mam tu istny cyrk Skalskiego. Bez „dywizjonu z czystą“ trzy (razy), to się gazetą tak nie da wykręcić, żeby trafiła  pod drzwi. Może twórcy „American Pie“ podpowiedzieliby mi, jak przelecieć taki wózek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A, i spotkałem postać z Dilberta. Robi się coraz bardziej znajomo. Na imię ma Aslak, a przypomina dilbertowskiego Asoka. To, że podobnie się pisze, to jeszcze nic przy tym, jak się wymawia! I on tak do mnie mówi:&lt;br /&gt;- Znasz innego Niemca?&lt;br /&gt;- A co, jesteś Niemcem?&lt;br /&gt;- Nie, ja? Czemu?&lt;br /&gt;Aha, czyli wziął mnie za Niemca. Co było dalej, łatwo zgadnąć - do pracy przyjechałem rowerem, pompka była więc na wyciągnięcie ręki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pora się stąd powoli zabierać. Zbyt często łapię się tu na śpiewaniu waitsowskiego „I'm lost in the bottom of the world“.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7935700488320506646?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7935700488320506646'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7935700488320506646'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/10/norges-lover-18-ostatnia-polka-w-oslo.html' title='NORGES LOVER (18) Ostatnia polka w Oslo'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-6090361686232598694</id><published>2008-09-15T18:26:00.010+02:00</published><updated>2009-02-09T01:20:48.039+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (17) Anja Garbarek łapie ostatni tramwaj</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SUwcBmdBXzI/AAAAAAAAAHM/yNrz_oAYFuo/s1600-h/IMG_3998.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 254px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SUwcBmdBXzI/AAAAAAAAAHM/yNrz_oAYFuo/s320/IMG_3998.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5281627276826468146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Na początek quiz. Co to za kraj:&lt;br /&gt;- scena polityczna rozdrobniona,&lt;br /&gt;- w skład koalicji rządzącej wchodzi duża partia i przystawki,&lt;br /&gt;- rząd ciągle traci poparcie, szczególnie przystawki zdają się odchodzić w polityczny niebyt,&lt;br /&gt;- miesiącami ciągnie się konflikt o osobę rzecznika praw dziecka,&lt;br /&gt;- dokonuje się ciągłych rekonstrukcji rządu, wymian ministrów zamieszanych w konflikty interesów, drobne oszustwa podatkowe w przeszłości,&lt;br /&gt;- w atmosferze podejrzliwości decyduje się, czy kupić myśliwce z USA.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla wyeliminowania wszelkich dwuznaczości dodam, że kraj ten wpadł na pomysł, by  zakwalifikować się po raz pierwszy do piłkarskich Mistrzostw Europy poprzez ich zorganizowanie z krajem sąsiednim...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...w 2016 r. Tak, to Norwegia. Wygląda na to, że także Norwegia powinna płacić licencję Polsce, a nie tylko Ameryka Obamy, jak  20 czerwca pisał w rzepie Ziemkiewicz. Z innej beczki, krytycy McCaina uznali go za populistę, kiedy obiecał borowania poza USA, jednak większość ludzi go popiera. „Jednak“? No a na czym innym miałby w takim razie polegać populizm?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PWC opublikowało 800 stron prognoz globalnego rynku mediów i rozrywki. Reklamy komórkowe będą 8 razy większe w ciągu 5 lat. Teraz wiadomo, po co powstały wielkie kolorowe wyświetlacze. Róbcie sobie zdjęcia, głuptaski, póki możecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytając w tym języku, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że norweski musiałby być językiem naturalnym dziecka niemieckich i angielskich dyslektyków. Na przykład takie ich pożegnanie „Farvel“, kojarzy się nie tylko z „farewell“, ale i z niemieckim „fahr“ (jedź!) Mogłoby więc być tłumaczone na polski jako „Dobrze, gnaj“. Że na przykład „Gnaj nam dostojny stary porcie“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kontynuujoc wnikliwo analize lingwistyczno. Mało kto wie, o czym śpiewa Anja Garbarek w swym najpopularniejszym przeboju, „The last trick“. A ja wiem! - „trikk“ to po norwesku tramwaj. Ileż ja wystałem na przystankach w godzinach ostatniego tramwaju, by usłyszeć jej głos. Na darmo jednak. Może podpisała umowę na ostatnią jazdę przed Nowym Rokiem albo Ragnarokiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka razy już modyfikowałem swoją trasę. Jak wiadomo, roznoszenie gazet to sport wyjątkowo męski, bo nie ważne kiedy zaczniesz - liczy się, kiedy kończysz. Wiele razy starałem się tak zaczynać, by kończyć o tej samej godzinie - ale wszystkie próby na nic, kiedy każdego dnia rozmiar gazet inny i inny zestaw sytuacji losowych. Aż do chwili, kiedy spostrzegłem, że codziennie o 6:10 z jednej z ostatnich klatek wychodzi pewna panienka. Wprawdzie nigdy mnie nawet nie omiotła wzrokiem, ale to właśnie ta ich wyniosłość tak strasznie mnie kręci. I zapragnąłem tak się dawać nie omiatać wzrokiem codziennie. A muszę przyznać, że z Norweżek to podoba mi się nawet większość tych, które mi się nie podobają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W weekendowe noce nie trzeba się tak ustawiać, bo ruch lasek jest jak autobusów w szczycie. W komunikacji miejskiej obowiązuje tu często taka zasada, że autobus nie jedzie w określonych minutach, lecz  np. 12 razy w ciągu godziny. Średnio wychodzi więc co 5 minut, ale można też czekać i kwadrans, by przyjechały trzy na raz. No i to potwierdza, że porównanie z dziewczynami było wyjątkowo trafne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobrzegnajcie (na tramwaj).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-6090361686232598694?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/6090361686232598694'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/6090361686232598694'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/09/norges-lover-17-anja-garbarek-apie.html' title='NORGES LOVER (17) Anja Garbarek łapie ostatni tramwaj'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SUwcBmdBXzI/AAAAAAAAAHM/yNrz_oAYFuo/s72-c/IMG_3998.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-976344215688792020</id><published>2008-08-25T18:14:00.010+02:00</published><updated>2009-02-09T01:21:18.314+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (16) Mango &amp; Hasz</title><content type='html'>Przeczytałem, że mango to najbardziej zjadany owoc na świecie. Z taką pestką? Ja uchodzę za dziwnego, bo wcinam całe gruszki, jabłka, natki truskawek, czasem, ale to już zupełnie niechcący, w małpim szale, wiadomo, pestkę wiśni. Ale żeby zaraz całe mango?&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ceny ropy, gazu i żywności „poszły do nieba“, jak miał rzec prezydent Korei Południowej. Skoro ceny umarły, wszystko jest za darmo, pomyślałem. Dzięki podarowanej mi przez państwo samotnej nocy w celi, zrozumiałem znaczenie kolejnego norweskiego idiomu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo wszystko, wciąż radzę kraść prezerwatywy, o czego zasadności zapewnia powiedzenie „kradzione nie tuczy“. To jeśli ktoś akurat koniecznie musi użyć prezerwatywy. Bo jak wyczytałem w jednej z publicznych toalet, „knulle med kondom er som å spise sjokolad med papiret på“. Niechęć Norwegów do prezerwatyw owocuje tym, że według raportu Durexa w chorobach przenoszonych drogą płciową ustępują tylko Tajom (od których zresztą głównie się zarażają). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W myśl powiedzenia „z deszczu pod rynnę“ sprawdziłem loty do Bangkoku. Zbierając na bilet, układam wciąż na półkach pieluchy. Nabieram przy tym kompetencji społecznych, wiem już na przykład z opakowań, że nośność pieluch jest podawana w kilogramach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie rozkminiał nazw. I tak, pieluchy noszą tu nazwę „Libero“. Zastanawiam się, jakie by były inne nazwy w tej samej sportowej serii. Prezerwatywy „Obrońca“, tabletki 72h - „Bramkarz“?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na produktach są tutaj często gry logiczne i łamigłówki. Np. „znajdź 10 szczegółów różniących opisy produktu“, no bo jak inaczej  wyjaśnić opis po duńsku, norwesku i szwedzku? Trudniejsze jest sudoku w gazetach. Okazuje się, że wiedzieć, jak jest „7“ na trzy litery, to wciąż za mało, żeby je wypełnić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmieszy mnie tutaj wszelka odmiana „być“. „Był“ to „ble“, „będzie“ - „blir“. Autorstwo słów „Byliśmy, jesteśmy, będziemy“ przypisują tu pewnie Tonny'emu Blairowi. A słynne „być albo nie być“ Hamleta po norwesku to pewnie „bla bla bla“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomyślałem o nowym esperanto. Wygląda jak norweski, a jest zrozumiałe dla Polaków. Na przykład: Damsk-mensk relasjoner (Język taki nie ma zupełnie sensu i stąd właśnie porównanie do esperanto). W zapisie tego nie widać, ale fonetycznie języki nasze mają wiele podobieństw. Na przykład „rs“ wypowiada się z założenia jak nasze „sz“. I tak „norweski“, czyli „norsk“ brzmi dokładnie jak by po polsku mniej grzecznie zacząć mówić „Ależ kochanie, przecież...“&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I podobnie, haszysz to „hasj“. Wygląda śmiesznie; ale żeby tylko tak wyglądał... Zaraz, zaraz. A może to, co kupiłem pod dworcem, to był prasowany rabarbar? Dlatego  dżem rabarbarowy po otwarciu wydawał jakoby intensywny zapach haszyszu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-976344215688792020?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/976344215688792020'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/976344215688792020'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/08/norges-lover-16-mango-hasz.html' title='NORGES LOVER (16) Mango &amp; Hasz'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7682475506633575457</id><published>2008-08-15T19:28:00.006+02:00</published><updated>2008-11-05T01:30:18.773+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (15) I. Kant: „Get no satisfaction“</title><content type='html'>Powinienem brać nadgodziny za czytanie korespondencji na korytarzach. Nie, nie, wcale nie jestem wścibski. Tutaj jest tylko taka praktyka, że jak się do kogoś napisze kartkę, to kładzie się ją pod drzwiami albo wciska tak, żeby każdy mógł przeczytać. No a kiedy widzę tekst, mam powody podejrzewać, że to do mnie - od klienta, któremu powinienem dostarczać gazety. Nie raz tak było, choć częściej stawałem się mimowolnym świadkiem czyjejś prywatnej korespondencji. I tak, jak każdy, mogłem przeczytać, że jej było dobrze i dziękuje, i że odezwie się, jak tylko Czesław (po ichniemu to było Christian) znów wyjedzie w delegację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Albo jedna studentka pisze drugiej na drzwiach, że to nie jej wina, iż ta jest dziewicą. Wiadomo, temu to ponad wszelką wątpliwość winni są mężczyźni!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dworcu dopadł mnie akwizytor jakiejś podróby viagry. Też coś, żeby tak w biały dzień, do czego to doszło! Chciał się umówić na spotkanie, by omówić „moją sytuację“ (!) - tak to nazwał! Na koniec jeszcze wcisnął mi wizytówkę. Ciekawe, jaki bałwan to kupi - z taką nazwą („Manpower“).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja, po ubiegłorocznych perypetiach wieku średniego, nie mam już co narzekać. Spotykam tu wiele przemiłych kasjerek - a mam już na nie stały sposób. Po pracy robię szybkie zakupy i przy kasie pytam o największy rozmiar prezerwatyw. Wystarczy wtedy stwierdzić, że nie, no nie, że to za małe, a kasjerka już sama przejmie inicjatywę. Nad ranem nękany jej skonfudowanym spojrzeniem wyjawiam, że te prezerwatywy to ja wysyłam dzieciom w Afryce. I wtedy jest już moja, bo wielkie to mężczyzna musi mieć przede wszystkim serce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy dzwonią następnego dnia, nie wiem. Trzeba by zapytać panią w zachodniopomorskim urzędzie, do której numer im podaję (a niech się cieszy, że inwestorzy walą drzwiami i oknami).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy kasach znalazłem idealne lizaki na podryw. Tutaj pomyślą o wszystkim. Ale nie mogę zdradzić koncepcji - w końcu część targetu umie już czytać! Powiem tylko, że noszę je zawsze przy sobie, także już takie napoczęte, żeby w razie potrzeby oszczędzić lizania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nadchodzi czas narodzin mojej żony, jeżeli pójdę w ślady Helmuta Kohla, który wziął niedawno ślub. Ślub wziął także kapitan wicemistrzów Europy, Michael Ballack - z kelnerką, która z początku nie zwracała na niego uwagi. Z tym źródłem inspiracji wyszukałem sobie własną kelnerkę - Szwedkę. Absolutnie nie zwraca na mnie uwagi - wszystko idzie więc zgodnie z planem!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale tak naprawdę to ja wciąż czekam na tę jedną jedyną, która mi zaśpiewa: „do pracy nie mogę puścić cię, nie, nie, tam tyle kobiet i każda w myślach gwałci cię...“ (wiadomo, pani Larsen i blokująca windy ekipa „Obcych“). Któregoś upragnionego dnia klatka, do której wejdę, okaże się złota...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7682475506633575457?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7682475506633575457'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7682475506633575457'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/08/norges-lover-15-i-kant-get-no.html' title='NORGES LOVER (15) I. Kant: „Get no satisfaction“'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8844625095093293522</id><published>2008-07-15T19:40:00.015+02:00</published><updated>2008-10-22T21:23:21.629+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (14) Gang Wallsena</title><content type='html'>Trzy do siedmiu razy dziennie chodzę przez cmentarze (to tutaj skrót powszechny). Czasem się nawet przyjrzę, jak kto poukładany, i nic zaskakującego: jak w mieszkaniach - bez żadnego klucza. „Taki bałagan trochę jest, bałagan“, jak by to ujął Halama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uniwersytet Stanforda miał kiedyś ustalić, że 85% pieniędzy, jakie człowiek zarabia, to wiedza o ludziach. Niezbyt właściwie to do tej pory rozumiałem, teraz wiem już jednak, że prawdziwy sens tych słów pojęła STASI.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczęło się o tych swingersów spod czwórki. Potem rozpoznałem na moim osiedlu członkinię rady miasta [a bywa w niej (w członkini to nie wiem, bo jeszcze nie obejrzałem nagrań, ale w radzie miasta) - raptem kilka osób]. Gdzie indziej dziennikarkę jednego z tytułów, które roznoszę. Teraz rozpracowuję, czy na moim osiedlu nie mieszka jeden członek 5-osobowej komisji ds. zakupu myśliwców. Zresztą, nie zdziwiłbym się, gdyby mieszkali tam wszyscy członkowie tej komisji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W naszych bazach jednym ze sposobów na określenie gdzie ktoś mieszka, jest podanie przy jego nazwisku litery H (prawo) lub V (lewo). Zdziwiło mnie, kiedy to samo zacząłem dostrzegać przy nazwiskach publikowanych w prasie. Normalnie w treści artykułu. To już jednak przesada, pomyślałem - pisać w gazecie, po której stronie schodów ktoś mieszka! Już i tak za dziwne uznałem opatrywanie imieniem, nazwiskiem i pełnym adresem publikowanych pytań czytelników albo sylwetek jubilatów. Tych skrótów okazało się jednak być więcej. H i V rzeczywiście odnosiły się do prawa i lewa, ale w sensie politycznym, bo w prasie te literki oznaczają partie. Dobrze, że sprawa się wyjaśniła, bo miałem jeszcze drugą teorię, według której 'H' oznaczałoby 'homofil'. Gdybym wyznał, co zgadywałem przy 'V', uznano by mnie dopiero za zboczeńca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Muszę sprawdzić, czy kiedy prasa pisała o De Rossim z reprezentacji Włoch, podawano w nawiasie 'V'. Bo jak się okazuje, przed ćwierćfinałem z Włochami trener bramkarzy Hiszpanii powiedział Ikerowi, że De Rossi nigdy nie kopie karnych na prawo. I to się sprawdziło, otwierając Hiszpanii drogę do mistrzostwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy zimą dostałem książkę telefoniczną, wiedziałem już, że szykuje się habilitacja. Nie będzie jednak tak łatwo, jak z doktoratem na szwedzkiej książce. Postawiłem główną tezę, że w jednym mieszkaniu trudniej tu znaleźć rodzinę albo małżeństwa niż niespokrewnione i niespowinowacone ze sobą osoby o tym samym nazwisku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z pomocą przychodzi też &lt;a href="http://www.ssb.no/navn"&gt;strona&lt;/a&gt; tutejszego centralnego urzędu statystycznego, na której można sprawdzić, ile jest w Norwegii osób o danym imieniu lub nazwisku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najczęstsze nazwisko w Norwegii to Hansen. I na liście najczęstszych nazwisk pierwsze 12 miejsc zajmują te kończące się na '-sen'. Oznacza to po prostu syna, jest to tzw. 'patronim' (czy po rosyjsku 'otcziestwo'). Hansen - syn Hansa, Larsen - syn Larsa itd. W Szwecji jest podobnie, tyle że końcówka brzmi '-son' (i dlatego sugerowałem, że Henrik Larsson może być wnuczkiem pani Larsen z Oslo). Komu jak komu, ale Polakom nie trzeba tego tłumaczyć, w końcu też mamy swojego '-syna'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze na liście najczęstszych nazwisko, które nie kończy się na '-sen', to Berg - na 13. pozycji. Przedstawia ono drugi typ nazwisk w Norwegii, utworzonych od nazw miejscowych. I właściwie są to dwie główne grupy i sposoby tworzenia nazwisk. Jeszcze w 20. wieku było tu bowiem tak, że odnośnie danej osoby stosowało się imię, patronim i nazwę miejscowości, która stanowiła dodatkowo adres. Pewien Lars ze wsi Vik mógł więc mieć syna Torbjørna i ten nazywał się Torbjørn Larsson Vik. Jeśli się przeprowadził do wsi Berg, nazywał się już Torbjørn Larssen Berg. Od kiedy w 1923 r. zaczęto normalizować prawo w zakresie nazwisk, jedni zostali przy samym patronimie, a inni zachowali tylko nazwę swojej miejscowości. Rzeczywiście więc, łatwiej będzie znaleźć krewnych wśród mieszkańców jednej wsi, niż wśród wszystkich osób, których ojcowie mieli takie samo imię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście w tych czasach nie można było jeszcze mieć dwóch ojców, bo system byłby przekomplikowany. A już i tak przez tak ograniczoną pulę nazwisk, często stosuje się nazwiska podwójne. Ale wcale niekoniecznie w przypadku par. Zdarza się bowiem tak, że rodzice mają własne nazwiska, za to ich dzieci noszą oba. Na razie zauważyłem to tylko u dziewczynek (jedyny wyjątek to mój pośrednik nieruchomości, ale on jest metroseksualny).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedna z mijanych przeze mnie tabliczek na drzwiach głosi, że mieszka tam Williams (może Robbie, a może i siedzi bezczynnie, tego nie wiem). Ciekawe, jak by się nazwała Karolina Gruszka, gdyby wyszła za takiego Williamsa. Karolina Gruszka-Williams? Zawsze to lepiej brzmi niż Klaps, chociaż to drugie jest mniej obce i ma bliższy związek z branżą. A Cichopek, gdyby tak zdążyła się wżenić w samego Gregory Pecka? Katarzyna Cicho-Peck?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myk w ten deseń wykonała pewna Szwedka, która odkryła, jak uchronić się przed upokorzeniem, że któregoś dnia jej małżonek sięgnie po viagrę. Wybrała prawdziwego twardziela, przyjąwszy jego nazwisko: &lt;a href="http://www.berlinermauer.se"&gt;Berliner-Mauer&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wypada pożegnać się jakimś znajomo brzmiącym nazwiskiem. Niech będzie jeden z mieszkańców akademika, gdzie rzucam gazety (a to się rodzina ucieszy, jak wyskoczy w googlu),&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chiu Way Mickey!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8844625095093293522?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8844625095093293522'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8844625095093293522'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/07/norges-lover-14-gang-wallsena.html' title='NORGES LOVER (14) Gang Wallsena'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8266677626812113368</id><published>2008-06-23T18:17:00.008+02:00</published><updated>2008-10-10T19:38:54.929+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (13) Fucking w Austrii</title><content type='html'>Jutro półfinał Tyskland - Tyrkia, którym poświęciłem jeden z poprzednich odcinków. Niemcy. Futbolowi mistrzowie końcowej dyscypliny i władcy ostatniej chwili. A że jak pisałem wcześniej, Turcji do nich niedaleko, kluczowe mecze na tych mistrzostwach rozstrzygała w ostatnich momentach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatni półfinał Niemcy - Turcja to MŚ 2002, na których zajęli potem odpowiednio 2 i 3 miejsce. Po takim wyniku zapanowała wtedy w Niemczech wyjątkowo radosna ekumeniczna atmosfera. Jedni i drudzy przegrali, ale byli na podium. No i wreszcie potaniały kebaby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli jutro wygra Turcja, eksminister Orzechowski (ten typ eks akurat niestety wraca) już zapowiedział zwołanie Rady Nadzwyczajnej ONZ, na którego forum ogłosi plan ratowania Europy. Jak uczy historia, we Wiedniu Turków mogą pokonać tylko Polacy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i proszę, nie pomógł Beenhakker - Orzechowski załatwi. Rację mieli zwolennicy opcji polskiej w reprezentacji, tyle że nie wystarczy, by trener był polski; musi być wszechpolski. Dla polskiej racji stanu najgorszy byłby oczywiście finał Rosja - Niemcy (ZSRR - RFN brzmi bardziej znajomo). Bo komu mielibyśmy kibicować? Może wreszcie przyznamy rację Witkacemu, który w 1930 r. pisał w „Narkotykach“:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Jestem wielkim przeciwnikiem rozwydrzenia sportowego, które się w ostatnich latach rozwinęło. Te „ambasadory“ polskie (szczególnie polskie wobec zacofania na innych punktach) za granicą, te Ciumpały i Wyprztyki, które reprezentują tężyznę narodu i są czczone jak bogi jakie, to jest gruba i niezdrowa przesada. Nawet już nie zazdroszczę sportowi miejsca w gazetach codziennych ani pism specjalnych, których nie mogła się doczekać nigdy nasza sztuka. Sztukę najwyraźniej diabli biorą i może naprawdę nie warto się już tak bardzo nią zajmować. Ale to ciągłe zaprzątanie umysłów młodzieży tylko tym, że Jasiek Wątorek skoczył o trzy cm wyżej niż Maciej Wąbała, jest objawem przykrym i mogącym na długich dystansach dać w wymiarze ogólnej kultury narodowej wyniki bardzo smutne. (...) Oczywiście muszą być specjaliści, którzy tylko rekordowemu sportowi poświęcać się będą mogli. Niech sobie będą i niech nawet dla odpoczynku pewna ilość ludzi zajmuje się ich wyczynami. Ale nie może dochodzić to do tego stopnia, żeby na nic już innego czasu w życiu nie zostawało, przynajmniej w sferze myśli. Bo oprócz tego jest radio (jako radiokręcicielstwo, a muzycznie biorąc jako to, co nazywam „wyjącym psem“ [„wyjący pies“ to taki typ, którego jest pełno w sferach radiowych (90%), a który słucha muzyki nie muzycznie, tylko uczuciowo, i któremu prawie wszystko jedno jest, czy słyszy Szymanowskiego czy granie pijanych górali, np. na harmonii]), dancing, niekiedy już od rana, jest kino, które coraz mniej nowego ma do powiedzenia i w którego obiecywaną wspaniałą przyszłość coraz mniej chce się wierzyć, jest gazetka puchnąca z dnia na dzień i zastępująca niektórym wszelką inną lekturę (...)&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;I tak, austriackie gazety świętowały właśnie 30 lat od zwycięstwa nad Niemcami, w Cordobie w 1978 r. Tutejszy komentator ocenił, że Norwegia też tak będzie pisać jak minie 30 lat, od kiedy pokonali Brazylię - na MŚ (w karnych). Nie trzeba było długo czekać - właśnie kilka pism obeszło tu 10-lecie tego wydarzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Los uśmiechnął się do Hiszpanów, a na ich miejscu nie wyszedłbym nawet z szatni w ub. niedzielę. Dotąd przegrali wszystkie mecze grane w mistrzostwach 22 czerwca: 1986 - ćwierćfinał MŚ przegrany z Belgią, w karnych, 1996 - ćwierćfinał ME przegrany z Anglią w karnych, 2002 - ćwierćfinał MŚ przegrany z Koreą Południową, w karnych, aż po 22.06.2008 r. - wygrany ćwierćfinał z Włochami, w karnych (sam już nie wiem, czy to aby nie mistrzostwa w karnych?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Daje to nadzieję, że Niemcy nie zostaną w tym roku mistrzem Europy, mimo że statystyki twardo za tym przemawiają, przynajmniej w zestawieniu urzędu absurdalnych statystyk z Bremy. Dla Niemiec kluczową liczbą okazuje się być 36:&lt;br /&gt;- wygrali MŚ w 1954 i 1990 (po 36 latach),&lt;br /&gt;- zajęli 2. miejsce w MŚ w 1966, po czym znowu w 2002 (36 lat),&lt;br /&gt;- zajęli 3. miejsce na MŚ w 1934, 1970 i 2006 (co 36 lat),&lt;br /&gt;- wygrali ME w 1972 - więc 36 lat temu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza tym, dotąd Niemcy wygrali dwa mecze otwarcia w ME i za oboma razami zostali mistrzami - w 1980 i 1996. Jeżeli więc Niemcy zostaną w tym roku Mistrzami Europy, zawdzięczają to tylko Polsce, która utorowała im drogę do sukcesu. I to nie tylko tamtym dwóm, którzy grali, ale i całemu naszemu zespołowi figurantów. Ich roli nie wolno nie doceniać. Bo jak mówi tao - to nie szprychy, lecz powietrze między nimi pcha koło do przodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do Austrii, która od miesięcy okupuje gazety. Fritzl podobno zmienił linię obrony i mówi, że bawił się z córką w chowanego, pod wpływem „Latającego Cyrku Monty Pythona“. Brytyjskim komikom grożą surowe kary. O ile uda się ich odnaleźć. Podpowiadamy - mogą być tutaj:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe width="425" height="350" frameborder="0" scrolling="no" marginheight="0" marginwidth="0" src="http://maps.google.com/maps?f=q&amp;amp;hl=en&amp;amp;geocode=&amp;amp;q=fucking,+austria&amp;amp;sll=37.0625,-95.677068&amp;amp;sspn=38.22949,65.390625&amp;amp;ie=UTF8&amp;amp;z=14&amp;amp;iwloc=addr&amp;amp;ll=48.074523,12.866707&amp;amp;output=embed&amp;amp;s=AARTsJozXwkHPn5eTQlCL0vVtNt_imQw3g"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;small&gt;&lt;a href="http://maps.google.com/maps?f=q&amp;amp;hl=en&amp;amp;geocode=&amp;amp;q=fucking,+austria&amp;amp;sll=37.0625,-95.677068&amp;amp;sspn=38.22949,65.390625&amp;amp;ie=UTF8&amp;amp;z=14&amp;amp;iwloc=addr&amp;amp;ll=48.074523,12.866707&amp;amp;source=embed" style="color:#0000FF;text-align:left"&gt;View Larger Map&lt;/a&gt;&lt;/small&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8266677626812113368?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8266677626812113368'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8266677626812113368'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/06/norges-lover13fucking-w-austrii.html' title='NORGES LOVER (13) Fucking w Austrii'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8755674520255416993</id><published>2008-06-20T18:11:00.016+02:00</published><updated>2008-10-22T21:25:43.334+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (12) Seks w wielkim getcie</title><content type='html'>W połowie czerwca policja znikła nigeryjskie kurwy, jak by powiedział Kubuś Puchatek. Może nie znając tutejszych zwyczajów nie kasowały podwójnie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podwójne są za to imiona prostytutek - przynajmniej tych luksusowych, które jeżdżą po miastach i spotykają się ze stałymi klientami. Jedno imię w domu, drugie „na wyjeździe“ (skoro już o futbolowej nomenklaturze, to żałuję, że prezes Listkiewicz tak rzadko wyjeżdża).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic dziwnego, że dowiedziawszy się o tym, zrobiło mi się nieswojo. W mojej firmie panuje ta sama tendencja. Już pierwszej nocy Niemiec, który przyuczał mnie do pracy, rzekł: „Cześć, jestem Guenther, ale wszyscy mówią na mnie Markus“. Być może ta konspiracja stanowiąca ważną część naszej kultury korporacyjnej jest adaptacją zachowań klientów. W końcu ich większość zdaje się mówić: „Nazywam się Dupsen, ale na frontowych drzwiach mam napisane Cipsen“. Ale ten temat opisałem już obszernie wcześniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak przez sześć nocy w tygodniu obsługuję pewne osiedle w centrum miasta, a że to bogate osiedle, moi klienci są głównie biali. Bardziej aryjskie są już chyba tylko dzielnice willowe: Frogner - tam, gdzie jest większość ambasad, oraz położona wzdłuż fiordu na południu Nordstrand (myląca nazwa „północna plaża“ pewnie pochodzi z czasów zimnej wojny).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to część ścisłego centrum Oslo to tzw. „mały Pakistan“. Tam znowu ponad 60% mieszkańców jest obcego pochodzenia. Mieszkam blisko Grønland, które pewien reżyser nazwał najbogatszym gettem świata. I kręci tam właśnie film o kafejce w monsunowym deszczu tropików. Pasuje doskonale, bo w Oslo panują dwie pory roku: zimna deszczowa i ciepła deszczowa. No i oczywiście przechodnie - jak żywcem z tropików. Dziś hamsunowski porucznik z „Pana“ nie musiałby uciekać od nieszczęśliwej miłości aż do Afryki. Wystarczyłoby wysiąść ze stołecznego metra na stacji Grønland.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeciętny mieszkaniec Oslo pije 3 kubki kawy dziennie, z czego 2 na zewnątrz (w sensie, nie że wylewa, tylko że kupuje na mieście). 20-29-latkowie wydają na kawę na mieście po 18.000 koron (ok. 7.000 PLN) rocznie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I jeszcze więcej procentów przy okazji kinowej premiery „Seksu w wielkim mieście“. Norweski tytuł serialu i filmu to „Seks i życie singla“, ukazał się więc obszerny artykuł w popołudniówce, poświęcony singlom. Jest nimi 39% spośród mieszkańców Oslo w wieku 20-34 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podano też ciekawe statystyki, ale odnoszące się do ogółu Norwegów, przez co można wnioskować, że single albo seksu nie uprawiają wcale, albo w 100%. Może też być tak, że single w Oslo nie kochają się w Oslo, więc urząd statystyczny nie mógł zestawić odpowiednich kwerend.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Według badania Durexa, 58% Norwegów uprawiało seks na imprezie, 34% w parku, 52% w WC, 51% w samochodzie, 46% w sypialni rodziców, a 17% w pracy. 21% Norwegów przyznaje się do zaliczenia choroby przenoszonej drogą płciową (na świecie tylko Wietnamczycy deklarują to częściej). Wszystko to sobie wymodelowałem statystycznie i wyszło mi, że najlepiej do ww. profilu pasuje... pingwin wiewiórczy (szkoda tylko, że nie istnieje).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponadto 70% Norwegów miało co najmniej jeden one-night stand, 73% - niezabezpieczony seks z kimś o nieznanej historii ten-tego. Każdego ranka, jak pisze gazeta, przed drzwiami kliniki Olafii w centrum miasta, ustawia się kolejka, zanim jeszcze drzwi zostaną otwarte o 7:45. „Nie pękaj - stań w kolejce“ - znamy to dobrze z PRL-u.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kolejce miejsca jednak widocznie nie starczy dla wszystkich, albo nie wszyscy tak wcześnie wstają. Gdzieś zasugerowano, że nawet co druga mieszkanka Oslo w wieku 20-30 lat mogła mieć aborcję. Chcę wierzyć, że to bardzo popularny gatunek rybek akwariowych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy na początku roku szukałem mieszkania, natrafiłem na ofertę za 1 koronę miesięcznie, w zamian za opiekę nad 14-latką. Teraz wolę już nie przeglądać tych ogłoszeń, żeby nie trafić na 15-tkę z a…kwarium.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wasz członek&lt;br /&gt;Nigerian Tourist Country Lovers' Society&lt;br /&gt;Pan Borun, porucznik z akwariowych tropików.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8755674520255416993?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8755674520255416993'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8755674520255416993'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/06/12-seks-w-wielkim-getcie.html' title='NORGES LOVER (12) Seks w wielkim getcie'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7205303898578972013</id><published>2008-06-15T18:16:00.004+02:00</published><updated>2008-10-17T18:17:36.401+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (11) Pay me two times</title><content type='html'>Przez miesiąc byliśmy związkiem na odległość, aż na początku kwietnia się wprowadziła. Lodówka Bosch. Związek na odległość ma wprawdzie wiele plusów, choćby to, że omija mnie, jak ona się otwiera i kiedy wieje od niej chłodem (akurat w przypadku lodówki oba stany są silnie skorelowane). Chciałem jednak mieć ją bliżej, bo wciąż tęsknię za wszystkim, co kontynentalne, szczególnie niemieckie. Rozpłakałbym się nawet w Beate Uhse.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W norweskich alfabetycznych listach krajów tuż przed Niemcami (Tyskland) jest Turcja (Tyrkia). I bliskość ta okazuje się nie być wcale przypadkowa. Szczególnie na tle całej tutejszej mieszanki kultur, Turcja to już absolutna Europa. Znalazłem turecki sklep kolonialny i kiedy poznałem jego wnętrze, zapragnąłem bywać w nim częściej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak każda wielka miłość, zaczęło się od herbaty (no dobra, może być jeszcze przymierzalnia). Wystawili na ulicę herbatki ekspresowe, wabiąc mnie cynamonowo-goździkową i koperkową. Odtąd kupuję tam przeceniony chleb - w paczce za 15 koron po bochenku oliwkowego i orzechowego z włoskiej piekarni. Starczy ich na tydzień. Oczywiście pod koniec tygodnia chleby już nieco twardnieją, a nie można ich, jak tych kupowanych w marketach, pokroić na miejscu. W domu mój nóż nie bardzo się do tego nadaje. Musiałem więc samodzielnie odkryć dewizę młodych małżonek milionerów: „starego łatwiej skroić“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza tym kupuję tam wszelkie chałwy, sosy, owoce, przyprawy, mleka kokosowe. Gdzieś kiedyś przeczytałem, że szpinak wcale nie ma wiele żelaza, jak się mówi. Chyba nie widzieli szpinaku z puszki. Ryż kupuję w takich workach, w jakie je pakują w Chinach czy Tajlandii. Mają po 5 - 10 kg i takie fajne kolorowe napisy. „Eat colors“ Knorra wysiada. Worki te znam też dobrze ze zdjęć w prasie, przy artykułach alarmujących o ciągłym wzroście cen ryżu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapowiedziano już zresztą ogólny wzrost cen żywności w Norwegii - czteroosobowa rodzina wyda od lata 3.000 NOK rocznie więcej na jedzenie. Tutejszy zaś urząd statystyczny opublikował prognozę inflacji przekraczającej 4% - po raz pierwszy od 20 lat! Norwegowie na pewno pójdą za ciosem Polaków, w następnych wyborach w ogóle nie wybierając PIS-u do parlamentu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koszt życia tu nie jest niski, Oslo to zresztą najdroższe miasto świata. Czynsz - 2.500 PLN, godzina z panienką spod parlamentu - 750 PLN, bilet miesięczny - 350 PLN, za to satysfakcja z wytykania oponentowi w debacie politycznej, że pracowałem w Norwegii - bezcenna!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeden pakistański sklepikarz w mojej okolicy ma dość dziwny zwyczaj podwójnego kasowania klientów. Przez cały czas rozmawia przez telefon, więc jak ktoś nie jest choćby ćwierćasertywny, to ma ciężko. Sklep nazywa się „7 days“, ale z powodzeniem mógłby się nazwać „2 times“. Już widzę jego reklamy wykorzystujące „Love me two times“ Doorsów, z zastąpieniem 'love' przez 'pay' (choć są to przecież dobra komplementarne, a nie substytuty).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednocześnie doświadczam dowodów na oddalanie się kontynentów. W czerwcu znika z Norwegii Lidl, przejęty tutaj przez Rema 1000. A była to kolejna z moich świątyń kontynentalności. Sklep, w którym układ i zawartość półek przypominały te polskie i niemieckie. I gdzie jogurty były w bardzo wielu różnych smakach i nie wszystkie z jednej firmy. Komentując tę likwidację jeden ekonomista nazwał norweski rynek „rynkiem Myszki Miki“ - mały i nieszczególnie atrakcyjny. I do tego koniecznie snobistyczny, bo Lidl, co tu dużo mówić - był znacznie tańszy od reszty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może eliminowanie tańszej konkurencji przez tych, co kasują podwójnie, to wskaźnik tutejszego dobrobytu? Kiedy już można mieć wszystko, zaczyna się liczyć, jakim co się kosztem posiadło. Musi być oczywiście jak największy. Wyobrażam sobie taki dialog na ulicy: &lt;br /&gt;- Patrz, jakiego ma mercedesa! &lt;br /&gt;- Ciekawe ile (razy) za niego zapłacił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wymyślanie takich dialogów to moje ulubione zajęcie w kuchni. Obok przypominania sobie, co robiłem w dniu, w którym upłynęła data ważności produktów, jakie przyniosłem od Turków. Przed każdym obiadem całe życie staje mi przed oczami. Przed, nie po, na szczęście.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7205303898578972013?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7205303898578972013'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7205303898578972013'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/06/norges-lover11pay-me-two-times.html' title='NORGES LOVER (11) Pay me two times'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-9142118906855580923</id><published>2008-06-10T18:16:00.005+02:00</published><updated>2008-10-10T19:56:55.280+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (10) 3:10 do Meny</title><content type='html'>&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;„Najpiękniejszą ulicą w mieście, przystając sobie od czasu do czasu przed wystawami sklepów, szedł elegancki pan. Nowiuteńkie ubranie ślicznie na nim wyglądało. Kiedy doszedł do końca ulicy, przeszedł na drugą stronę i zaczął iść w przeciwnym kierunku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lekki, podrygujący, szczęśliwy. T o b y ł F e r d y n a n d .“&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludwik Jerzy Kern: Ferdynand Wspaniały.&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem nieopodal, nieelegancki pan z pomarańczową torbą pchał granatowy wózek pełen magazynów z Britney Spears na okładce i wchodził z nimi do każdej bramy. Kiedy doszedł do końca ulicy, przeszedł na drugą stronę i zaczął iść w przeciwnym kierunku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lekki, podrygujący, szczęśliwy. T o b y ł M i c h a ł .&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;„Już piąty albo szósty raz szedł wzdłuż tej ulicy. Nie ma się czemu dziwić“.&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Taka praca. Nad roznosicielami gazet unosi się pewien swąd, lecz jest to zapach pracy. Stopione podeszwy, ubranie przepocone od biegania po schodach, palce poczerniałe od druku, rozwiany fryz. Przypomina mi się, jak ostatniej jesieni wynosiłem śmieci na podwórku w centrum Szczecina (przedsiębiorcą będąc). Podchodzę do śmietnika, a tam do mnie żul w te słowa: „Co je, zasad nie znasz?“ Zapytałem grzecznie, jakich zasad, na co on: „Jak jeden szpera, to drugi nie szpera!“. Teraz to by mi wreszcie okazał respekt!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomyślałem o pracy na śmieciarce, mógłbym wtedy za dnia otworzyć własną piekarnię. A branża kwitnie. Jak pisał na pierwszej stronie tutejszy odpowiednik „Pulsu Biznesu“ - świeże bułeczki idą jak... świeże bułeczki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;„Przechodnie patrzyli na niego z podziwem, a on mijając ich uśmiechał się z wrodzonym sobie wdziękiem. Odsłaniał przy tym swoje białe zęby, ale tylko trochę. Tyle, ile trzeba“.&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Trasę obok robi murzyn z Jamajki (Europejczyk! - jak by rzekł Rocky Balboa). Ciągle mnie pyta, kiedy wybiorę się z nim na Jamajkę, po czym zawsze dodaje, że jego siostra bardzo lubi białe mięso. Nie bardzo wiem, o co chodzi. Może to, że mu kołuję fajki z Polski, to dopiero sprawdzian przed przemytem kuraków na Karaiby?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całkiem możliwe, bo jest to wytworny smakosz - ciągle mówi o gotowaniu. Na szczęście nie proponował mi jeszcze specjału Chefa z South Park, swoich „salty chocolate balls“, ale mówi „I am going to wok“, a to znowu, że „employer respects employee if he is in onion“. Twierdzi nawet, że ta cebula do niego pisze i prosi, żeby w niej był...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie, nie napiszę, że to zboczenie albo odchył. Raczej hobby, może światopogląd, na pewno sposób na wyrażenie swojej indywidualności. Nie chciałbym zabrzmieć jak fruktofob. Szczególnie że pamiętam, jak ciężko takie podejrzenia znosił Wilq. No, ale taki np. „Afronordic Onion“ byłby ciekawym sequelem „American Pie“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;„Jednak każda najpiękniejsza ulica, choćby była najdłuższa, gdzieś tam się kończy“.&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;Najczęściej schodami. Mam więc jeszcze jedną pracę - w markecie Meny. Układam towary na półkach. Przez całe dzieciństwo zbierałem puszki i opakowania po herbatach, i większość czasu zajmowało mi ich równe ustawianie (nieliczni już wspomną, że była to praca syzyfowa, regulowana przez rozkład jazdy tramwajów na mojej ulicy). Nie dziwi więc, że i do tej pracy okazałem się mieć wymagane kwalifikacje! Tutaj destrukcyjną rolę tramwajów przejęli klienci i połowę z 7-8 godzin po 2 razy w tygodniu zajmuje mi ustawianie towarów równo na półkach. Oczywiście już to się odbiło na moich własnych zachowaniach konsumenckich, bo będąc sam na zakupach zawsze biorę towary z tyłu półki, no i ogólnie, mam tendencję do poprawiania tego, co stoi z przodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jeśli to dopiero początek spirali psychoz? Boję się, że obcując sam na sam z taką ilością żywności, zacznę z nią rozmawiać, jak kolega z Jamajki. Nie pracuję wprawdzie przy warzywach luzem, ale kto wie, jakie chwyty zastosuje cebula, bym dostał się do jej słoiczka? Cebula jest w końcu - by sparafrazować „Hamleta“ w przekładzie Barańczaka - rodzaju żeńskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A zdolności dzisiejszej żywności są naprawdę imponujące. Znalazłem na przykład kotlety, w których zagrożenie, że mięso wejdzie w zęby spada ponad dwukrotnie! (a to dlatego, że jest w nich 40% mięsa).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-9142118906855580923?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9142118906855580923'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/9142118906855580923'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/06/norges-lover10310-do-meny.html' title='NORGES LOVER (10) 3:10 do Meny'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-3115322118970786015</id><published>2008-05-30T18:16:00.004+02:00</published><updated>2008-10-10T20:22:18.162+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (9) Corectness śledziowe w sosie poliycznym</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SO-dSzeJKPI/AAAAAAAAACU/layKOcRKH4U/s1600-h/sildesalaten.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SO-dSzeJKPI/AAAAAAAAACU/layKOcRKH4U/s200/sildesalaten.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5255592236544502002" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiedziałem, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że już tylko ona mi się tu będzie podobała, chociaż nie wiedziałem, że stanie się to tak szybko. Flaga Norwegii. W XIX w. dzieliła się po połowie z flagą Szwecji na fladze unii obu państw. Strasznie to było pstrokate, nosząc doskonale obrazową nazwę „sałatki śledziowej“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z czasem w Skandynawii rozwinął się kapitalizm, w związku z czym sałatki jest coraz więcej, ale coraz mniej w niej śledzi. I tak, oficjalnym hasłem Norwegii jest multikulturowość, jak każdy quasi-ideowy program polityczny, przybierająca przekomiczne formy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy flaga jest jedna, jak król, czy jest ich wiele, jak zwierzaczków? Przez całą wiosnę debatę publiczną zajmowała kwestia, czy imigranci mogą nosić flagi swoich państw na paradzie 17 maja, w tutejszym Dniu Konstytucji - nomen omen - Norwegii. Obchody tego dnia słyną z pochodu dzieci, które niosą flagi Norwegii, w całym mieście jest ich pełno (tego dnia szczególnie flag, bo dzieci to wiadomo, zawsze). Zaistnienie takiej debaty świetnie potwierdza moją tezę, że z dobrobytu ludzie muszą sobie wyszukiwać sztuczne problemy. Ciekawe, jaki będzie następny temat poprawnościowej debaty. Może, ile języków wejdzie na znaczek pocztowy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba jednak dla porządku dodać, że są jeszcze dwie flagi uprawnione w tej chwili do zaistnienia w pochodzie na 17 maja: flaga ONZ i flaga mniejszości samijskiej. Mniejszość ta tym różni się od innych, że nie jest napływowa, a jako autochtoniczna bywa nawet zwana Indianami Europy. W przyszłym roku inne mniejszości wpadną więc pewnie na pomysł solidarnego noszenia flagi samijskiej. W ten sposób staną się jednak większością, pozbawiając się same swoich praw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-----------------------------------------------------&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku roku na okładkach dzienników panowała murzynka Manuela. Najpierw myślałem, że to postać z Big Brothera, musiałem skojarzyć imię z naszą pierwszą edycją. Manuela okazała się jednak być pierwszym norweskim ministrem pochodzenia imigracyjnego. Zgodnie więc z pryncypiami poprawności politycznej, wszędzie jej było pełno (ciemnoskóra i taka uśmiechnięta). Poprawność polityczna na szczęście nie nakazała prasie milczeć, kiedy wyniknął jakiś skandal konfliktu interesów, i odwoływaniu pani minister (ale już tylko ciemnoskórej) towarzyszyła jeszcze częstsza jej obecność w prasie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dalej sprawy potoczyły się jak w „Obcym“ (wiem, że to bardzo niepoprawne politycznie porównanie, ale mogę sobie na nie pozwolić, będąc „obcszy“). Miejsce Manueli zajęły w prasie dwie inne kobiety, każda z racji jednej z jej cech (jedna odziedziczyła ciemną skórę, druga ciągły uśmiech). Nową minister od dzieci (czyli od uśmiechu) została blond aryjka, a etniczna Pakistanka - nową doradczynią premiera i jak to określiła prasa - jego listkiem figowym. Teraz to ona bowiem jest jedynym wśród ok. 80 notabli rządowych z imigracyjnym pochodzeniem. Dla porównania, w urzędach pocztowych, wśród kierowców autobusów etc. proporcje zdają się być odwrotne. Odsetek imigrantów w Oslo wynosi od 25% w tych mniej zaludnionych dzielnicach do ponad 65% w gęsto zamieszkałych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku marca policja zamknęła trzy kafejki internetowe prowadzone przez Somalijczyków - podejrzenie o terroryzm. Zrobiło mi się z tego powodu nieco przykro. W końcu nie jestem pewien, że to u nich załapałem jakiegoś wira na ipoda. Nawet właściwie nie wiem, czy to był wirus. Ja tylko zasugerowałem anonimowo, że Somalijczycy mogą mieć zagrożony system. A może powiedziałem, zagrażający?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zemściło się to na mnie cięższymi gazetami, bo wątek somalijskiego terroryzmu ciągnął się potem tygodniami. No i musiałem zacząć chodzić na internet do fryzjera. Właściwie to jest mi obojętne, gdzie odpowiadam „nie“ na pytanie, czy komputer ma zapamiętać hasło. Fryzjerowi nawet szybciej wybaczę to pytanie niż lokalom szumnie nazwanym „internet cafe“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-----------------------------------------------------&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Norweski urząd statystyczny podał listę najczęściej nadawanych w ubiegłym roku imion. Najczęstsze męskie imię w Oslo (z pominięciem wariantów i różnic w pisowni) to... Mohamet. W mieście jest 30 meczetów, przy czym tylko dwa są jako takie zbudowane, a trzeci się buduje. Reszta to prowizorki (przypomina mi to cerkiew we Ffurcie nad Odrą - wierni spotykali się w korytarzu osiedlowego domu kultury).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W marcu w magazynie Aftenposten był wywiad z murzynem, który pracuje tak jak ja. Przyjechał tu z... Polski. Tylko czekać, jak miejscowi zaczną się dziwić, że jestem biały. Chociaż może raczej z uznaniem pomyślą, że jestem przykładem multikulturalizmu w Polsce? Na szczęście Polska to nie Tanzania, gdzie 170 tys. albinosów drży o swoje życie, jako że szamani potrzebują ich narządów do wyczarowania bogactwa. W Polsce biali mogą spać spokojnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdarza się Polsce jednak wystąpić tu w roli Kartaginy, jak na przykład w artykule o pulpicie Windows. Być może to jakaś podprogowa propaganda, a może tylko rozpaczliwy zew o wierszówkę (bo czy o samym pulpicie Windows można napisać na całą stronę?) Facet ni stąd, ni zowąd wtrącił coś o konserwatywnej Ameryce i homofobicznej Polsce, która czepia się Teletubisiów. Po czym wrócił do tematu. Jak widać, wiedział, że dzwoni, ale nie wiedział, w którym kościele. Chciałoby się rzec: dobrze, że chociaż wiedział, iż dzwoni w kościele. Ale to zgubna radość. W popołudniówce poruszono temat dzwonów kościelnych, które bijąc w niedzielę rano przeszkadzają okolicznym mieszkańcom. Ponieważ kościół jest tutaj państwowy, tylko czekać, jak dzwony kościelne przestaną tu bić. Dość tych starych zabo... bim-bomów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe tylko, jak dzieci przyszłości, nieznające dźwięku dzwonów, będą tutaj czytać „Kubusia Puchatka“? &lt;em&gt;„Kiedy pada śnieg (hom-hom)...“?&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-3115322118970786015?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3115322118970786015'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3115322118970786015'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/05/norges-lover9corectness-ledziowe-w.html' title='NORGES LOVER (9) Corectness śledziowe w sosie poliycznym'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SO-dSzeJKPI/AAAAAAAAACU/layKOcRKH4U/s72-c/sildesalaten.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8960033740373362449</id><published>2008-04-30T18:15:00.005+02:00</published><updated>2008-10-10T20:20:15.909+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (8) Dal za dalą, za dalą dal, a za tą dalą jeszcze jedna dal</title><content type='html'>Kulturalny człowiek, powiadają, musi choć raz w życiu być na operze. No to weszłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SO-cI9l_KVI/AAAAAAAAACM/BfCQ5jQ4Hu4/s400/2008-04-30.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5255590967951436114" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Operę w Oslo otwarto 12 kwietnia. Wypalili fajerwerki o północy, kiedy usiłowałem akurat zasnąć. No tak - dorośli się bawią, a ty siedź cicho w swoim pokoju. Dziecko w takiej sytuacji jednak często się cieszy, bo zawsze trafi się jakaś przerażająca ciotka, o której myślisz, że jest wiedźmą, co przyszła cię porwać do krainy wiecznych lekcji. Na otwarciu opery rolę takiej ciotki doskonale podjęła kanclerz Niemiec, Angela Merkel. Kto widział na zdjęciach jej dekolt, wie, o co chodzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszego dnia po otwarciu, operę jako cel niedzielnego spaceru wybrało ponad 30 tysięcy ludzi. I odtąd zainteresowanie nią nie maleje. Jedna trzecia turystów wskazuje operę jako główny obiekt do zwiedzenia w Oslo. Na drugim miejscu jest park Vigelanda - obie destynacje mają tę przewagę nad innymi, że nie trzeba nigdzie wchodzić, żeby uznać, że się je zaliczyło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to starą prawdę ludową, że aby wejść, trzeba się napić, ekscentrycy stosują na opak. Jak Goran Bregović, który miał rzec: „&lt;em&gt;Mam nawyk chodzenia do opery w Belgradzie, żeby się tam napić. Biorę flaszkę i kupuję bilet do loży. W operze cię nie przeszukują, to nie stadion&lt;/em&gt;“. A ja przecież takiego właśnie miejsca bezskutecznie szukałem od kiedy zamknięto kino Piast w Słubicach! Że też więc sam o tym wcześniej nie pomyślałem, szczególnie, że miłość do opery wyssałem z mlekiem babci. Z tubki - trzymała je zawsze dla mnie w lodówce, kondensowane takie. Na pewno więc kiedyś zajrzę i do środka opery w Oslo. Oczywiście w godzinach otwarcia, bo w nocy opery strzegą psy (niby w jakim innym celu mieliby tam dwa barytony?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z okazji otwarcia opery wydano okolicznościowy znaczek pocztowy. A kiedy chciałem tydzień wcześniej kupić jakiś oryginalny znaczek, to nie było. Pytam panią w okienku, czy mają coś jeszcze poza królem i zwierzaczkami. Pani się żachnęła i wyciągnęła klaser. Przeglądając go, mruczy do siebie... „&lt;em&gt;król, zwierzaczki, zwierzaczki, król&lt;/em&gt;“. Kiedy zamknęła klaser, powstrzymując się od śmiechu, wycedziła - ale za to zwierzaczki mamy różne! Darowałem sobie już pytanie, czy są wśród nich króle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zastanawiam się, jak nazwać kogoś, kto zbiera znaczki pocztowe z ludźmi; &lt;em&gt;homofilatelista&lt;/em&gt;? Filatelista to strasznie nudne zajęcie. Wszystko tam takie przewidywalne i dosłowne. Gazety podały, że norweski znaczek z królem, wydrukowany błędnie - bez ceny, jest bezcenny. Strach pomyśleć, co by to było, gdyby jakiś anarchista przejął kontrolę nad drukarnią i wyprodukował znaczki bez króla!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdarzają się jednak pomniejsze akty terroru. Nieznani sprawcy uprowadzili mój list polecony. Znalazłem w skrzynce jego kserokopię. Przesłanie wydało mi się oczywiste: mamy twój list, zobacz - nie kłamiemy, oto kopia na dowód, nic nie rób, nie zawiadamiaj policji, a już tym bardziej poczty - sami się do ciebie odezwiemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazało się jednak, że jest to awizo z poczty. Nawet o tym nie pomyślałem, skoro nie napisano, gdzie mam ten list odebrać. Dyspozycji wrzucania poleconych do skrzynki nie można tu złożyć, bo są to przecież polecone. Brzmi logicznie. Ale tych poleconych listonosze nie donoszą do domów - a tylko zostawiają w skrzynce awizo z kserokopią koperty. Widać więc od razu, kto to wysłał - ale po sam list trzeba się wybrać na pocztę. Kiedy udało mi się wywiedzieć, gdzie jest moja rejonowa poczta, przeszedłem kilka km tylko po to, by usłyszeć, że list trafił do doliny dalej. Przygotowując się do wędrówki zaintonowałem więc „Za dalą dal“ z płyty „Dolina w długich cieniach“ Starego Dobrego Małżeństwa. Cała sala nie miała problemu z dołączeniem - w końcu „dal“ to po norwesku „dolina“. Taki jeden zwrócił tylko uwagę, że piosenka bardziej pasuje do Bergen, skoro mowa w niej o siedmiu górach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powrót z poczty będzie bardziej malowniczy, gdy skręcić w prawo przed znakiem „Uwaga łoś“ i iść przez Svartdal, czyli Czarną Dolinę; na szczęście nie o 4 nad ranem, bo wyłbym bluesa, by zbudzić sąsiadów. A tak, nucę pod nosem „schodzę z góry w tę czy inną dolinę“ z ostatniej płyty Einstürzende Neubauten. Ta 'kapela ze wsi Berlin' dała tu pod koniec kwietnia niesamowity koncert. Pierwszy raz zobaczyłem te wszystkie „instrumenty“ - szlifierki, rury, dziesiątki metalowych prętów spadających na scenę z dwóch metrów - których brzmienie znam dobrze od początku studiów. Turyści winni się cieszyć, że ten koncert nie odbył się w operze. W końcu nazwa zespołu („rozwalające się nowe budowle“) zobowiązuje*.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;em&gt;* polskich fanów uspokoję, w Warszawie też bez strat - zagrali w "Stodole".&lt;/em&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8960033740373362449?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8960033740373362449'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8960033740373362449'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/04/norges-lover8dal-za-dal-za-dal-dal-za-t.html' title='NORGES LOVER (8) Dal za dalą, za dalą dal, a za tą dalą jeszcze jedna dal'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SO-cI9l_KVI/AAAAAAAAACM/BfCQ5jQ4Hu4/s72-c/2008-04-30.JPG' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7218647364990005696</id><published>2008-04-10T18:14:00.002+02:00</published><updated>2008-10-10T19:10:25.057+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (7) Gary Człekstary i sen Lary</title><content type='html'>Zmarła pani Larsen. Ale nie ta, którą znałem. Niestety nie ta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy, pobrzękującą monetami, poczułem się chciany. Bardziej nawet, niż podczas conocnego slalomu między latarniami głównego pasażu miasta. Pani Larsen chciała kupić ode mnie popołudniówkę. Ja (ja) jej (popołudniówki) jej (pani Larsen) jednak sprzedawać nie mogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani Larsen okazała się jednak cierpieć na sklerozę (albo imprinting) i pobrzękuje tak za mną niemal codziennie. Najpierw chciałem ją sobie wrzucić do grafika nadgodzin. Nasze spotkania okazały się jednak najtańszym kursem nauki praktycznego języka. Aktualnie uczę się zdania "Proszę o przepoconą koszulkę pani wnuczka, jeśli to on grał w szwedzkiej reprezentacji piłkarskiej". Jestem już po standardach typu: "Gazeta kosztuje 10 koron, ale ja pani nie sprzedam - mam odliczoną ilość, tylko dla subskrybentów" czy "Kupi se pani w kiosku". Ten ostatni tekst wcale nie był chamski, bo pani Larsen fizycznie to jest bardzo sprawna. Raz pomknęła za mną ze swojego 2. piętra do klatki obok. Jej srebrny warkocz powiewał na wietrze jak żagle Christiana Radicha. No, ale po co by miała iść do kiosku, skoro mnie tam nie ma?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale i dzięki tej pani Larsen, która zmarła naprawdę, czegoś się nauczyłem. Jeden nekrolog, a już wiem, jak jest mama, teściowa, babcia od strony matki, i od strony ojca, prababcia, praprababcia. Może ci Larsenowie to jakaś nauczycielska rodzina?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wypadek, gdybym kiedyś spotkał wnuczkę mojej adoratorki, ćwiczę się w przeboju Outkasta "Never ment to make your farmor cry... Sorry Ms. Larsen!" I tak potem od słowa do słowa, kto wie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Póki co jednak zatrzęsienie starszych kobiet na popołudniowej. Istni "Obcy" - wciąż ich przybywa od pamiętnego dnia, gdy utknąłem z jedną w windzie (to się chyba nazywa "szeptany marketing"). Przed Wielkanocą bałem się, żeby nie zostawiły we mnie jajeczek - dobrze pamiętam, co się przytrafiło Sigourney Weaver w trzeciej części. Szukam więc "Leona" z norweskimi napisami, żeby wykuć kolejną klasyczną tyradę, tym razem Gary'ego Oldmana - jak mówi do starszej pani na klatce schodowej "He said, come inside!" Chociaż taką panią Larsen to moja stanowczość chyba akurat kręci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem za to pełen podziwu, jak ci wszyscy starsi ludzie radzą sobie z systemem otwierania drzwi w blokach. I nie rozumiem, jak to, najbardziej rozwinięte podobno społeczeństwo świata, może mieć takie zamki. Żeby otworzyć tu drzwi od wewnątrz, nie wystarczy nacisnąć klamki (klamka to matrix - klamki nie ma). Do ciągnięcia i pchania drzwi służą nieruchome uchwyty, a żeby drzwi otworzyć, trzeba przekręcić dzyndzelek, co odpowiada przekręceniu klucza od zewnątrz. Proceder wymaga więc udziału obu rąk. Już mnie jest z tym trudno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chociaż dla wielu to pewnie i tak wielka ulga, że nie muszą zakładać drzwi belką chroniącą je przed szturmem zwierząt. Bo przecież gdyby Norwegia była "No country for old men", to dla kogo by tu przyjeżdżał grać Willie Nelson??? Może to więc raczej nie jest kraj dla Gary'ego Oldmana i jego tyrad z "Leona" (pewnie fani Mozarta).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podsumowując, pani Larsen żyje i ma się dobrze - o ile jestem w pobliżu oczywiście. Każdego popołudnia nasłuchuje pod drzwiami moich kroków na klatce. Tak samo jak tysiąc km na południowy-wschód łaciata miłość mojego życia...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7218647364990005696?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7218647364990005696'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7218647364990005696'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/04/norges-lover7gary-czekstary-i-sen-lary.html' title='NORGES LOVER (7) Gary Człekstary i sen Lary'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7957819189259956059</id><published>2008-04-05T18:12:00.002+02:00</published><updated>2008-10-10T19:12:09.427+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (6) Into the Wilde, Oscar Wilde</title><content type='html'>Będzie o seksie - nie po raz pierwszy, ale po raz pierwszy ostrzegam (wiek ma swoje prawa). Po prostu numer odcinka zobowiązuje. Podobnie jak sąsiedzi ze wschodu, tak i Norwegowie nazywają szóstkę bezpruderyjnie "seks". Z tego powodu wolę nie iść tu do skautów, no bo co, jak mnie przydzielą do jakiejś szóstki zuchowej?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zrozumiałem za to właściwy sens słów piosenki Stonesów. Napisane zostały niechybnie podczas tournee po Norwegii. Mick śpiewa "Sex Drive... driving me mad" - musiał mieć na myśli autostradę E6. Przebiega niedaleko mojego domu, a biedni chłopcy mieszkali pewnie gdzieś u wylotu tunelu. Jak tylko opublikuję to odkrycie w "Journal of The Rolling Stones", kawałek ten powinien zniknąć z listy zakazanych do grania na koncertach w Chinach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dostałem kartę Kinosonen, na którą są zniżki do kina. Klub nazywa się "Klubben for Filmelskere og Andre Elskere". "Elskere" to kochający, wychodzi więc niezbicie, że zostałem członkiem "Klubu Miłośników Filmów i Kochających Inaczej"! Szybki racjonalny rachunek zmusił mnie do pozostania w klubie. Wystarczy, że wpiszę go sobie do CV, a już będą musieli mnie przyjąć do każdej pracy - żeby nie być posądzonymi o dyskryminację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może każde tutejsze stowarzyszenie ma dodany ten drugi człon, żeby nie dyskryminować homoseksualistów? Ciekawe, czy istnieje Norweski Związek Harcerstwa i Homoseksualizmu albo stowarzyszenie Biała Rasa i Pedały (no, chyba że któreś z norges lover powiada, iż rasiści powinni sobie dodać człon "i Afronordycy").&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myśląc nad tym dłużej, przyznałem temu rozwiązaniu rację. No bo niby dlaczego ktoś (a w szczególności homoseksualista) ma być dyskryminowany tylko dlatego, że nie lubi kina? Skoro światły świat wydał walkę wrodzonym ograniczeniom, to także ktoś, kto urodził się jako nielubiący kina, powinien mieć prawo przystąpienia do klubu jego miłośników. I móc chodzić do niego z dziećmi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co najmniej 20 homoseksualistów z Oslo skorzystało z oferty amerykańskich kobiet rodzących dzieci - napisała moja popołudniówka. Istny czar par.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jestem homofobem, choć nie jestem też jego przeciwieństwem w rozumieniu "Your Gay Friend" Robbiego Williamsa. Norwegowie rozumują niestety podobnie jak Robercik, nazywając homoseksualistę "homofil". W świecie, w którym z jednej strony są homofile, a z drugiej homofoby, nie mogę odnaleźć swojego miejsca, jako przeciwieństwo jednych i drugich zarazem. Klasyczna logika poprawności politycznej wylała mnie z kąpielą. Nie szkodzi, jeśli brali ją dwaj mężczyźni, no ale dwie kobiety - to już co innego...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba za to przyznać, że profilaktyka chorób wenerycznych zaczyna się tu wcześnie, bo już przy nauce liczenia. Każde norweskie dziecko wie, że następstwem seksu jest... syv.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Żegnam się staropolskim "pal seks" i biegnę złapać "siódemkę"&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7957819189259956059?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7957819189259956059'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7957819189259956059'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/04/norges-lover6into-wilde-oscar-wilde.html' title='NORGES LOVER (6) Into the Wilde, Oscar Wilde'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-1771252457370649743</id><published>2008-04-01T18:11:00.002+02:00</published><updated>2008-10-10T19:15:25.029+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (5) Oslo Volvo ABBA Obama</title><content type='html'>Wszystkie gazety są tutaj zszyte. Komplikuje mi to wyrzucanie śmieci - wydłubywanie zszywek strasznie wydłuża proceder odkładania makulatury. Do tego nie wiem, do jakiego pojemnika wyrzucać te zszywki, więc zbieram je do słoików. A przez to nie wyrzucam słoików, chociaż akurat dobrze wiem, gdzie należy. Jak uzbieram tego trochę, otworzę sklep z rzeczami, których sam bym nigdy nie kupił, a które jednak ktoś wciąż kupuje. Teraz wiem, skąd biorą się takie sklepy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano, kiedy miasto się budzi, zasiadam w domu z kawą do lektury codziennej prasy. Pewnie jeszcze przed samym królem i szefami najpotężniejszych koncernów w kraju - to więc naprawdę niesamowicie egalitarne społeczeństwo. Chociaż może oni akurat na tych gazetach nie jedzą (no, chyba że też mają sentyment do czasów internatu).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I czytam tak sobie, zaczynając od pierwszych stron, a tam o łosiach, owcach, Polakach. Polacy już stanowią trzecią mniejszość w Norwegii - ale nie po łosiach i owcach, tylko po Szwedach i Duńczykach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasem pierwszą stronę opanuje więc skacząca owca albo raport o wypadkach drogowych z udziałem łosi. Na 1. stronach pojawiały się ponadto wybory w Pakistanie czy deklaracja niepodległości Kosowa. Wybory w Rosji zostały za to obszernie skomentowane zanim się odbyły, więc ich wynik nie wszedł już na 1. stronę. To całkiem udany komentarz - na miarę tatrzańskiej przyrody zamiast polityki w "Tygodniku Powszechnym".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istotne miejsce zajmuje także np. debata o tym, by na łosie polować nie ostrą bronią lecz... paintballem. Niby bardzo humanitarna idea, ale czy ktoś w ogóle się zastanowił, jakie ma szansę na reprodukcję tak upstrzony łoś?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W prasie przytoczono wypowiedź kandydata do urzędu najpotężniejszego dyletanta świata. Okazuje się, że na swoją pozycję harował latami. Już w 1990 r. Obama pisał w studenckim czasopiśmie o Norwegii: Oslo, Volvo, ABBA. We współczesnym komentarzu Hilary wyraziła powątpiewanie, jak on będzie mógł odróżnić Palestynę od Izraela. I może właśnie w tym szaleństwie jest metoda, skoro do tej pory jakoś zawsze mylono, który z tych krajów sieje terror.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomina się kawał, jak szwedzki minister odwiedził Wielką Brytanię i spodobały mu się kurtki policjantów z napisem "POLICE" na plecach. Po powrocie zamówił podobne dla szwedzkich policjantów, tyle że z napisem "ABBA". Ciekawe jak ten kawał opowiada Barack O. Najpierw pewnie mówił o norweskim ministrze, a jak go poprawiono, zamienił "ABBA" na "Helly Hansen".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znalazłem pracę życia - ale wcale nie na stronach ofert pracy. Posterunek policji w Solund, niedaleko Bergen. W całym roku 2007 mieli tam 8 zgłoszeń. Jedno to pies, który skoczył na drugiego (finału jednak nie zdradzono - może posłuży do drugiej części "Piotrusia i Wilka"?). Dwa pożary. Facet zatęsknił do palca (no dobra, może jeszcze nie do końca rozumiem norweski). Ostatnie na liście - znaleziono puszkę haszu w łodzi. Nie można jej było przypisać do żadnej konkretnej osoby. No to właściwie nie ma się co dziwić, że od tego czasu nie wykrywano już tam przestępstw... mówię, idealna fucha.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nastał wreszcie dzień, w którym moja umiejętność czytania po norwesku została wystawiona na próbę ekstremalną - prima aprilis. I okazało się, że jest ciężko. Spodziewałem się, że chociaż w dacie pojawi się "Snickers", skoro przez cały marzec pisali "Mars". Ale nawet nie to. Pierwszy podejrzany tekst znalazłem dopiero na ostatniej stronie. Piszą o planach przebudowy skoczni narciarskiej, która góruje nad miastem. To ich chluba i o pomysłach zmian było już od dawna głośno. Nieco tylko podejrzanie brzmią szczegóły, głównie fragment o umieszczeniu skoczni w tunelu pod ziemią. Piszę "nieco", bo to by właściwie było jak najbardziej w ich stylu. Teraz akurat kopią tunel pod fiordem, a w swoim czasie pewnie i sam fiord trafi do tunelu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Snickers Fool&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-1771252457370649743?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1771252457370649743'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/1771252457370649743'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/04/norges-lover5oslo-volvo-abba-obama.html' title='NORGES LOVER (5) Oslo Volvo ABBA Obama'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-5641721664274907363</id><published>2008-03-15T17:10:00.002+01:00</published><updated>2011-02-03T11:30:15.102+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (4) Meet the Swingers</title><content type='html'>Z numerami mieszkań jest tu, jak już pisałem, absolutny bajzel, a zabiegi normalizacyjne to go dopiero komplikują. W każdej klatce na tym samym osiedlu może być inny system numeracji albo kilka takich systemów na raz. Numery, o ile się pojawiają, to rzadko jako tabliczki przy (nie na) drzwiach. Najczęściej są to papierowe nalepki na framugach. Jedne drzwi mogą mieć takie trzy nalepki, np. z numerami 20, 3006 i 15.6, a do tego jeszcze czwartą, tę znormalizowaną. Ta ma znów to do siebie, że jest słabo czytelna, przynajmniej dopóki nie obróci się głowy o 90 stopni (lub nie chodzi się po ścianach).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdarza się, że całe piętro jest zgodne i zamówi z urzędu naklejki normalizacyjne, tyle że nalepi je w odwrotnej kolejności. Mieszkanie H0201 będzie więc na drugim etażu za pierwszymi drzwiami z prawej, a nie z lewej. Przy nieparzystej ilości mieszkań jest szansa, że chociaż jedno z nich będzie miało właściwy numer (ale zawsze przecież mogli zacząć liczyć od innych drzwi). Nikogo nie zdziwi, że inne piętra mają inaczej, bo i tak rzadko się zdarza, żeby któraś z opcji uzyskała optyczną większość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz powinienem przejść do systemu partyjnego Norwegii, ale to jeszcze bardziej współczesna fizyka. Rzec można, fizyka przyszłości. Nie czuję się jeszcze kompetentny. Może jak zacznę nosić gazety do parlamentu (a jak wiadomo, ciekawią mnie &lt;a href="http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/05/czubek-twierdzi-e-buda-mierdzi.html"&gt;parlamentarne pomieszczenia na faje&lt;/a&gt;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja zawsze znam nazwisko prenumeratora i numer jego klatki. Ale to mi wiele nie daje, bo raz, nie ma czasu na czytanie nazwisk na drzwiach, dwa - i tak rzadko kiedy się pojawiają. Zwyczajem jest, że podaje się także numer etażu - ale kiedy przychodzi do numeru mieszkania, to o ile się pojawi, i tak nie jest pewny. Jeden klient może podać numer mieszkania w różnych systemach, prenumerując różne czasopisma, które przynoszę mu za jednym razem. Mam to wszystko niby znormalizowane w PDA, którego używam i klienci, których zastałem, są już poprzydzielani do kolejnych mieszkań. Ale nowych często muszę zlokalizować sam, a do tego i ze starymi wynikają ciągłe problemy. Co najlepsze, kiedy klient zniknie na chwilę z naszej bazy (np. urlop), znikną także moje poprawki. Następnym razem ten sam klient znowu trafia do nas z danymi, jakie przekazał sam gazecie. I znów człowiek musi wyręczać królewnę „sztuczną inteligencję“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I kiedy klient wróci (jednak wracają!), wyskoczy mi w systemie, że mieszka w jednym mieszkaniu z kim innym. Teraz będzie najlepsze. W Polsce dwa różne nazwiska w jednym mieszkaniu od razu wyglądałyby podejrzanie (szczególnie w myśl nieśmiertelnej frazy przedwojennego kina: „dwaj mężczyźni w jednym łóżku?“) i można by łatwo znaleźć błąd. Tylko że tutaj do czterech różnych nazwisk w jednym mieszkaniu to standard. Kiedy więc do braku numerów mieszkań dodać konglomeraty nazwisk na tabliczkach, albo raczej konglomeraty tabliczek na drzwiach, bo często każda jest z innej bajki, to sytuacja „bardzo-nieco“ się komplikuje. Czy wspominałem już o samych imionach na drzwiach - albo o wywieszaniu absolutnie nieczytelnych rysunków dzieci?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawałoby się, że układ skrzynek pocztowych na parterze może pomóc określić, gdzie ktoś mieszka. Ale to już połączenie testu IQ i kostki Rubika (no i wolontariatu, bo za te nadgodziny nikt mi nie zapłaci). Na skrzynkach nie ma z reguły informacji o piętrach i rzadko kiedy są numery mieszkań - za to, podobnie jak na drzwiach, są na nich czasem tylko imiona, a na jednej skrzynce często pojawiają się 2-4 nazwiska. Wtedy pozostaje się domyślać, w jakim porządku powieszono skrzynki: czy kolejno z lewej do prawej i z góry na dół, tak jak czytamy, czy może kolumnami, czy raczej zgodnie ze strukturą budynku – najwyższe mieszkania to najwyższe skrzynki (takie rozterki znam już dobrze z Galerii Foto ZHP). Rozpoznanie pięter to dopiero początek, bo wtedy trzeba zgadnąć, które mieszkanie zaczyna dane piętro i w którą stronę się liczy. Odgadnięcie zasady w jednym budynku niewiele daje gdzie indziej, bo dana zasada nie musi (a właściwie: musi nie) obowiązywać na jednym osiedlu. Jest jeszcze kilka klatek, które stanowią wyzwanie dla mojego IQ. Na razie myślę, że skrzynki powieszono tam według dat urodzin mieszkańców albo alfabetycznie według nazwisk pierwszych mieszkańców, którzy się już od tego czasu wyprowadzili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli którejś nocy nie znajdę jednego nazwiska, nie znaczy to, że następnej mam go znów nie szukać – bo przecież mogło GDZIEŚ zostać dopisane! Pozostaje mi się tylko pocieszać, że fluktuacja moich klientów to nic przy tym, co musi znosić taki listonosz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wracając do numerków - jedni powiesili sobie wielką czwórkę na drzwiach, ale nie pasuje to do żadnego ze znanych mi systemów numeracji. Podejrzewam, że to tajny znak swingersów, wziąłem więc to mieszkanie pod baczną obserwację (plusy pracy w nocy).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;James Bond powróci w odcinku „Live and Let Die (Finding Where You Live)“&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-5641721664274907363?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5641721664274907363'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5641721664274907363'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/03/norges-lover4meet-swingers.html' title='NORGES LOVER (4) Meet the Swingers'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-3830606700226288132</id><published>2008-03-05T18:09:00.004+01:00</published><updated>2011-02-03T11:23:54.720+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (3) Miki's Delivery Service</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/TUqCNeuaBAI/AAAAAAAAAJ8/wj6aINFWP0w/s1600/1113__4816_0fac.jpeg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 210px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/TUqCNeuaBAI/AAAAAAAAAJ8/wj6aINFWP0w/s400/1113__4816_0fac.jpeg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5569407057294656514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Poszedłem do kina na animowany film japoński mistrza Miyazaki. To jeden ze starszych, nie pokazywali go ubiegłej jesieni na Przeglądzie Anime - „Kiki's Delivery Service“. Nie miałem problemu przy wyborze wersji językowej, bo i tak nie byłbym w stanie odróżnić japońskiej od norweskiej; jedni i drudzy uprawiają ciągły recykling spółgłosek. Po obejrzeniu filmu wciąż nie wiem, o co chodziło w życiu głównej bohaterki – i to akurat sprawiło, że poczułem się jej bardzo bliski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza tym Kiki dostarczała ludziom przesyłki, tak jak ja dostarczam gazety. Całe Oslo i jego okolice podzielone są między trzy regiony, z których MÓJ JEST NAJWIĘKSZY (tak mi się wcisnął caps lock). Mamy ponad 800 tras, które każdego dnia obstawia ponad 600 osób. Trasy poranne robi się między 2 a 6, trasy popołudniowe, ok. 14 - 17. Zacząć można kiedy się chce, ale górna granica powinna być dotrzymana, bo subskrybentom obiecano poranną gazetę przed szóstą, popołudniówkę – przed piątą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Popołudniu posuwam piętnastkę, bo czternastka jest zbyt niestabilna, jak dla mnie. W nocy podobnie, biorę 71-kę, bo 70-tka ma już problemy z pokryciem. No, po prostu niektóre wózki są gorsze od innych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Popołudniu sprawa jest prosta - mam ok. 80 prenumeratorów popołudniówki „Aften“, a pozostałym podrzucam tylko reklamy albo specjalne dodatki pisma, jeśli akurat są. W nocy jest dużo bardziej skomplikowanie - a wózek jest coraz cięższy z każdym dniem tygodnia, bo też wydania są coraz grubsze. Każdej nocy mam w wózku co najmniej 250 egzemplarzy głównego dziennika „Aftenposten“ i minimum 200 sztuk pomniejszych gazet. W piątek dochodzą do tego magazyny i dodatkowe tygodniki. Suma cen detalicznych wszystkich gazet w nocnym wózku to jakieś 4-6 tys. PLN. Ale nie starczyłoby dnia, żeby to samemu opchnąć. Do tego, wiadomo, mój pracodawca nie ma cierpliwości Marii Antoniny. Wystarczy, żebym jednej nocy nie obrócił towaru jak należy, a straciłbym szanse na następne razy. Sprzedanie chociaż tego, co mi zostaje nad ranem w wózku, dałoby mi dziennie paręset koron zarobku ekstra. Ale gdyby mnie to kręciło, znalazłbym fuchę w Polsce - przy prywatyzacji „Ruchu“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak mogę się tutaj jeszcze wiele nauczyć. Na przykład, idąc do pracy spotykam pchającego wózek Murzyna z wąsami. Po trzech godzinach wracam, a tu Murzyn bez wąsów. No proszę - najlepsi to potrafią się nawet ogolić w tej pracy! Póki co cierpliwie znoszę skargi i uczę się hodować skorupę zobojętnienia wokół mojej podłej cechy pełnego zaangażowania we wszystko, co robię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z problemami klienci dzwonią do obsługi klienta, a ta przekazuje sprawę do mnie. Jeśli ktoś dostaje gazetę, której nie zamawiał, typowym manifestem jest zostawianie jej pod drzwiami (nie będzie odcisków palców, to nie każą za to płacić). To, że kto inny, kto zamówił to pismo, go nie dostaje, to już specjalnie nikogo nie martwi - dopóki ja nie będę musiał wszcząć nocnego śledztwa. Sąsiedzi się ze sobą nie komunikują. Świetnie rozwinięta jest za to komunikacja jednostronna, takie „w pół do komunikacji“. Mowa o wywieszaniu kartek, które jest tutaj chyba sportem narodowym zaraz po narciarstwie. Kartki wiszą na wszystkich klatkach, w każdej sprawie. Nie ma się co dziwić, bo w teście z Pizy poszło im całkiem dobrze w pisaniu. Pół biedy, jeśli przeczyta to młody, inteligentny, wykształcony Polak (nawet nieznający norweskiego). Ale przecież rdzenni sąsiedzi, jak wiadomo z Pizy, będą już mieli problem z przeczytaniem. Czasem znajdę także kartki skierowane tylko do mnie - a to, że ich drzwi to te a te, a to że ktoś nie prenumeruje wcale pisma, które mu podrzucam. Albo post-it z tytułami pism, naklejony przy drzwiach; i tak sobie wisi tygodniami, a ja zastanawiam się, co by szkodziło, podać na drzwiach nazwisko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skarga: nie dostarczono pisma tej a tej, mieszkanie 244. Za dwa dni, nie dostarczono pisma tej samej, mieszkanie 242. Zastanawiam się, przeprowadzka? schizofrenia? bigamia? kurwa prenumeratorka? &lt;br /&gt;Skarga: proszę kłaść gazetę na wycieraczce, nie na podłodze („kłaść?“ - a to dobre!) Odpowiadam: niech sobie kupi większą wycieraczkę. &lt;br /&gt;Skarga: klient w ogóle nie dostaje swoich gazet. No to o tym to trzeba było pomyśleć przy zakupie wycieraczki z napisem „Go away“!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z wycieraczek najdziwniejsze, jakie dotąd widziałem były z Gore-texem, jeżeli wierzyć napisowi. Za to miłym gestem, z jakim się spotkałem, było wyłożenie wszystkich wycieraczek z piętra obok windy. Pewnie po to, żebym nie musiał tyle łazić. Tylko co ja mam z tym zrobić, kiedy wycieraczki nie są podpisane? Ale, ale, spokojnie... a drzwi to niby są? I o tym będzie w następnym odcinku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;sir Miki de Livery&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-3830606700226288132?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3830606700226288132'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/3830606700226288132'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/03/norges-lover3mikis-delivery-service.html' title='NORGES LOVER (3) Miki&apos;s Delivery Service'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/TUqCNeuaBAI/AAAAAAAAAJ8/wj6aINFWP0w/s72-c/1113__4816_0fac.jpeg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-7722930122555638746</id><published>2008-02-15T18:05:00.002+01:00</published><updated>2008-10-10T19:32:49.286+02:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (2) Joe Pesci się z moro nie pieści</title><content type='html'>Premier TUrSKi (niestety nie ten od Holland) zaproponował zniesienie obowiązku meldunkowego, co ma zmniejszyć biurokratyzację państwa. I znów Polakom gratulujemy pomysłów na żywca. Podpowiadam, że biurokratyzację państwa najskuteczniej będzie ukrócić poprzez - likwidację państwa. W Norwegii jest bardzo ścisły obowiązek meldunkowy, mają także pojedynczy numer identyfikacyjny (jak nasz projektowany PESEL2), a nie wiąże się z tym żadna urzędnicza hydra. Przeciwnie - załatwienie formalności przy osiedleniu się tutaj to chwila. Są nawet polskojęzyczne formularze (może by więc i u nas wprowadzić język polski w urzędach?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No, ale bez zbytnich pochwał. Nie obchodzi się tu bez dziwactw. Podczas meldunku w urzędzie pani wypytała mnie dokładnie, gdzie mieszkam i jak do mnie dojść - które piętro i które drzwi w drodze ze schodów. Czekałem, nie gasiłem nocnej lampki a na klamce zawiesiłem butelkę szampana. Nie przyszła. Okazało się, że w ten sposób opisuje się tutaj miejsce zamieszkania, bo zwyczajne numery mieszkań funkcjonują rzadko. Zgodnie z promowaną dopiero normalizacją numerów mieszkań, wchodzą numery składające się z litery i czterech cyfr. Dwie pierwsze to piętro, dwie kolejne - numer drzwi, od lewej, licząc od schodów (albo wejścia do budynku), zgodnie ze wskazówkami zegara. Zasada numeracji nadana jest więc urzędowo, ale bazuje na opisie mieszkańca, który zamawia sobie etykietkę do naklejenia na drzwi. Nie dziwi więc, że platońskiemu światu idealnych numerów mieszkań odpowiada absolutne zamieszanie w praktyce. Wystarczy, że mieszkaniec nie zrozumie instrukcji. A że w czytaniu tekstów Norwegowie wypadają w teście z Pizy za Polakami, wygląda na to, że na moim piętrze tylko ja będę miał poprawny numer mieszkania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po mojej przygodzie z czekaniem na panią z urzędu zrozumiałem, skąd w tym mieście tyle świateł świecących się całe noce. To, co tak bardzo urzeka tutaj nocnych przechodniów, okazuje się być tragedią wielu samotnych dusz. Może jest to więc jednak podła urzędnicza hydra żerująca na biednych, naiwnych imigrantach? Tak czy owak, doświadczenie to nauczyło mnie na pewno jednego: nie zadawać tutejszym dziewczynom pytania „Gdzie mieszkasz?“ Ani się obejrzysz, a spędzisz z nią pół życia zanim uda ci się ją pocałować. Tak, szanta ze słowami: „Weź ją, bracie, nie czekaj - wyjaśnisz potem“ musiała powstać w Norwegii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój pierwszy raz jako kelner. Mistrzyni ceremonii z miejsca skwitowała mnie krótkim: „You are funny“. Wydało mi się to nieco podejrzane, skoro jeszcze nawet nie zdążyłem się odezwać. Ale nie miałem jak zareagować, bo przecież nie miałem pod ręką pompki (widział ktoś kelnera z pompką?) &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero oglądając po kilku dniach „Seks w wielkim mieście“ z norweskimi napisami, zrozumiałem, co miała na myśli. Mam czapkę polskiej marki Moro, a 'moro' po norwesku to właśnie 'śmieszny' (znam nawet jednego Polaka, który uważa, że moro jest śmieszne - ale nie miałem pojęcia, że u podstaw jego sądu leży wnikliwa analiza lingwistyczna!)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnym razem nie dam się zaskoczyć. Niech tylko wykuję norweskie napisy z niezapomnianej tyrady Joe Pesciego w „Chłopcach z ferajny“: 'Tell me, what'ya mean... how funny I am... what makes me funny?'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kelnerowanie to czasem tylko i do północy (tzw. podryw „na Kopciuszka“). Za to od 2-3 w nocy - roznoszenie gazet. Idąc tak lub jadąc rowerem do pracy, mijam ludzi grzebiących w śmietnikach. No tak - „chleb musi być wypieczony“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Niedoszły absolwent UAM w Poznaniu - Instytut Fizyki na Morasku (to chyba będzie „śmiesznostka“ po norwesku)&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-7722930122555638746?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7722930122555638746'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/7722930122555638746'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/02/norges-lover2joe-pesci-si-z-moro-nie.html' title='NORGES LOVER (2) Joe Pesci się z moro nie pieści'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8238847813791470478</id><published>2008-01-15T18:01:00.002+01:00</published><updated>2008-11-05T01:30:32.356+01:00</updated><title type='text'>NORGES LOVER (1) Nelson Will is coming to town!</title><content type='html'>- Hej, znam cię - powiedział - pisałeś kiedyś ze Szwecji, że jesteś country lover czy co. Mam więc temat, który Cię zainteresuje. 1 maja w Oslo zagra Willie Nelson. Pora więc na Norwegię, yuppie ey! - po czym odwrócił się na piętce i ruszył przed siebie. Był chlebem, a ja poszedłem za nim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chleb okazał się być wytworem Stefana, Niemca zamieszkałego w Oslo. Stefan codziennie, czasem raz na dwa dni, sam wypieka chleb (pewnie jest słuchaczem „Minimaxu“). Chleb to w sklepie wydatek powyżej kilkunastu koron (a korona to prawie pół złotego). Kto się jednak uważnie rozejrzy, kupi i za 4 korony, chleb dotowany przez państwo. Co ciekawe, to jednak wciąż więcej, niż zaoferowano mi na poczcie w zamian za... 10 EUR. Jak to możliwe? Oto właśnie NORGES LOVER! (czyli, rzecz jasna, „norweskie prawa“).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Tytuł - bystry zabieg marketingowy! Proszę mi więc nie zwracać uwagi, że niestosowny albo nieadekwatny, bo piszę o Oslo, a to nie to samo, co Norwegia w ogóle. Tytuł ma być ciekawy po to, żeby zainteresować nieciekawą treścią (zasada ta dotyczy także tzw. „tytułu zawodowego“). No i czy może istnieć jednoznaczny tytuł? Na przykład: "Vondrackowa zaczyna mówić". Czy byłby to tytuł wywiadu-rzeki o kochankach piosenkarki, czy też chodzi o sypanie sowieckich agentów w czeskim show-biznesie, a może to jej biografia z dzieciństwa? Lub też recenzja nowej płyty, na której nieśmiertelna Helena rapuje. Zostawmy jednak te intelektualne igrzyska i wróćmy do chleba.&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znajomi oświadczyli mi wkrótce, że ten chleb dotowany przez państwo jest robiony ze śmieci. Takiej dbałości państwa o recykling to nie spotkałem nawet w Niemczech! Zacząłem więc uważać, co sam wyrzucam; prezerwatywy zawijać w papier toaletowy i spuszczać w ubikacji (na szczęście nie piję dotowanych przez państwo wód mineralnych).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie minął tydzień na szukaniu pracy, a otrzymałem posadę key account managera w logistyce. W sensie, mam pęk kluczy i roznoszę gazety po osiedlach, w nocy i popołudniu. Kluczami otwieram drzwi do klatek, żeby móc szybko rzucić co komu potrzeba prosto pod drzwi jego mieszkania. „Ucz się, ucz... klucz“ - wszyscy to znamy. Ale do tej pory myślałem, że to tylko taki reklamowy slogan. Wiedziałem też, że wielcy biznesu zaczynali jako paperboy - ale nie znałem jeszcze przypadku emerytowanego rekina biznesu na tym stanowisku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym, że mnie przyjęli, tradycyjnie, nie upatrywałbym prostych wyjaśnień, jak: że praca jest niewdzięczna, że jest mróz, śnieg i zawierucha, a wózek z gazetami, który trzeba pchać pod górę, waży z pół tony, więc nikt nie chce tak pracować. O nie, ja przekonałem komisję o swoich wybitnych kwalifikacjach do tej pracy. Czuję, że wszystko, co robiłem w życiu do tej pory, służyło do przygotowania mnie na to właśnie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Paperboy“ to była moja pierwsza ulubiona gra komputerowa, &lt;br /&gt;na zlocie hufca 1998 r. prowadziłem warsztaty dziennikarskie, z główną zabawą w paperboya właśnie, &lt;br /&gt;przez całe liceum nosiłem do szkoły „Wyborczą“, &lt;br /&gt;logo mojego kierunku studiów kulturoznawstwa to - wypisz wymaluj - gazeta, &lt;br /&gt;bieganie po schodach przed wyjazdem do Norwegii zacząłem już przed 12 laty (choć skończyłem zaraz potem, wyjechawszy do Norwegii po raz pierwszy), &lt;br /&gt;rozpakowywałem paczki pracując w księgarni we Frankfurcie, &lt;br /&gt;biegałem po klatkach w górę i w dół pracując we Ffurcie przy wymianie drzwi i okien, &lt;br /&gt;pchanie wózka i wożenie go windami stanowiło nieodłączną część pracy w biurze MBA we Frankfurcie, &lt;br /&gt;jestem dumnym posiadaczem bielizny thermo Mäsera, która tylko leżała, kiedy nie jeździłem w góry, &lt;br /&gt;no i wreszcie, last but not least, mam pewną wprawę w rzucaniu (choć tu może być akurat kłopot z pisemnymi referencjami). &lt;br /&gt;Do tego mam jeszcze spore doświadczenie pracy w międzynarodowych projektach i działalności międzykulturowej, a gazety roznoszą tutaj przedstawiciele stu nacji. Musieli mnie przyjąć po takim przedstawieniu sprawy na „interwju“, jak tutaj mówią. To znaczy, mówią tak wszędzie, ale tutaj to jeszcze tak piszą!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wkrótce odbyłem szkolenie, po którym rozpierany szczęściem, że wszystko tak dobrze się potoczyło, odśpiewałem publicznie „Immigrant Song“ Zeppelinów. Owacje zachęciły mnie do bisu, na który wybrałem „Celebration Day“ tychże. Przerwano mi jednak po fragmencie "I'm gonna join the band", kierując mnie ponownie na szkolenie. Tam mi znów obtłumaczono, że taśmy spinające paczki z gazetami to ja mam rozrywać - a nie łączyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugi raz w życiu poczułem się oszukany słowami piosenki. Pierwszy raz to było, kiedy okazało się, że w Leluchowie nie ma żadnych czereśni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro już przystąpiłem do tak lubianego przeze mnie wątku pierwszych razów. 4 stycznia utknąłem między piętrami w windzie. Po raz pierwszy utknąłem w windzie w tym roku. Po raz pierwszy utknąłem w windzie w Norwegii. Po raz pierwszy utknąłem w windzie. Po raz pierwszy utknąłem w windzie ze starszą panią...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z nowymi klockami hamulcowymi pojechałem dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Song (imigrant z Chin)&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8238847813791470478?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8238847813791470478'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8238847813791470478'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/01/norges-lover1nelson-will-is-coming-to.html' title='NORGES LOVER (1) Nelson Will is coming to town!'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-2909104365677483737</id><published>2008-01-05T18:53:00.003+01:00</published><updated>2008-12-19T23:14:39.284+01:00</updated><title type='text'>Kierownica ucieka misiowi</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SUwcxr-M2MI/AAAAAAAAAHU/IcPLuWam64g/s1600-h/IMG_3953.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SUwcxr-M2MI/AAAAAAAAAHU/IcPLuWam64g/s400/IMG_3953.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5281628102941530306" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;ciąg dalszy przygód pt. "Miś kierownicy ucieka" (2007 rokiem zamiany miejsc) &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z już nie tak całkiem nowymi pompką i kaskiem dotarłem do Oslo. Jeździmy tak sobie z moim rowerem po mieście, a ja tu widzę, że on, jak w tym kawale o trędowatym, powoli acz stanowczo, coś jakby mi sp... umyka. Ale od początku. Oto co wydarzyło się tuż zanim nauczyłem się wstawać rano i oszczędzać. Zostało mi więc już tylko nauczyć się pływać (rower wodny podobno się nie liczy...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;30 W SKALI BEAUFORTA &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, jak się tutaj jeździ, jest niesamowite. W mieście prawie wciąż są ograniczenia do 30 na godzinę, a jeśli można jechać szybciej, to, jak mówi znajomy Niemiec, i tak trafisz na Norwega, który nie przekroczy trzydziestki. Zdawałoby się więc, że pełna kultura. Ale ilość wymuszeń pierwszeństwa i przeróżnych dziwnych zachowań sprawia, że wciąż jestem tutaj przerażony. Myślę, że tak by wyglądała Formuła 1 w zwolnionym tempie, muszę to sobie sprawdzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawie w ogóle nie używają tu kierunkowskazów, w każdym razie nie wtedy, kiedy ma to jakieś praktyczne znaczenie. Kiedy ktoś staje na środku jezdni na wprost mnie, nie wiem, co się dzieje, a on chce skręcić - tylko nie używa kierunkowskazu. Dla odmiany, potrafią nagminnie świecić jeden kierunkowskaz, żeby tylko zaznaczyć, że nie skręcają w drugą stronę. Ma to sens tylko przy tramwajach czy autobusach, które stoją na przystankach. Albo miałoby to sens na rondzie, gdyby kierunkowskaz nie stanowił tam akurat absolutnej perwersji (lub też oznaki nieeprzystosowania kulturowego kierowcy obcokrajowca).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie używają kierunkowskazów, jeśli pas skręca tylko w prawo, czego pieszy na przejściu akurat nie wie. No ale po co ma niby wiedzieć, skoro jako pieszy ma wszędzie bezwględne pierwszeństwo. Podobno winę za wypadki ponosi tutaj zawsze kierowca. Muszą więc mieć oczy dookołą głowy... piesi wkraczają na jezdnię w każdym miejscu, bez zwracania uwagi, czy coś jedzie, rozmawiając, pisząc sms-y, zupełnie jakby byli jeszcze na pierwszej prostej do toalety. Samochody muszą być na to przygotowane - mnie, z - niedosłownie - topniejącymi hamulcami jest dużo ciężej na to - dosłownie - przystawać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając na rondo. Norwegowie lubią żarty o Szwedach i jeden z nich głosi, że znak drogowy ronda jest w Szwecji opatrzony tabliczką "max. 3 okrążenia". Ale to jednak Norwegia jest pierwszym krajem, w którym zobaczyłem wymalowane na asfalcie strzałki wskazujące kierunek jazdy na rondzie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;POMARAŃCZOWA AKCELERATYWA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sygnalizacja świetlna to jeszcze inna historia. Jest tu umieszczona dodatkowo za skrzyżowaniem, co bardzo ułatwia życie kierowcom, ale jednocześnie ich rozwydrza. No bo nie muszą stać przed pasami, żeby widzieć swoje światła. Często więc wciskają się między pasy a skrzyżowanie albo ruszają z pasów. Tak poznałem nowe znaczenie "pasa startowego" (o proszę, znowu Formuła 1). Dodatkowo pomarańczowe światło stanowi jedyne znane mi na razie odstępstwo od ograniczeń prędkości - oznacza po prostu: "Przyspiesz!!!", co sprawdza się także doskonale na rowerze (i rzeczywiście, muszę tu jeździć dużo szybciej niż kiedyś, skoro baterie w ipodzie kończą się w pół godziny - a jak wiadomo, starczy ich na ponad 200 km).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;BĘC-MARKING&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nauczony na Monty Pythonie nie wożę ze sobą pomidorów. To jednak wystarczało jedynie na miesiąc bezwypadkowej jazdy. 23 stycznia przewróciłem się na oblodzonym przejściu dla pieszych naprzeciwko Hard Rock Cafe. Po raz pierwszy przewróciłem się na rowerze w Norwegii. Po raz pierwszy przewróciłem się na rowerze w tym roku. W ogóle po raz pierwszy przewróciłem się pod Hard Rock Cafe. To tak, jak bym stał się mężczyzną. Dla uczczenia tej chwili zmieniłem sobie muzykę z Simply Red na Deep Purple.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tego czasu zacząłem się już przewracać częściej, co ma jednak ten szczególny walor, że już tylko w ten sposób udaje się zmienić tylną przerzutkę. Czekam w napięciu na upadek, obstawiając, na który bieg teraz - dosłownie - wypadnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I rondo po raz trzeci i - przepisowo - ostatni. Ciekawe, ile razy można się w Szwecji wywrócić na rondzie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SPIS CUDZO-ŁOŻYSK&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rowerów jest tu oczywicie cała masa, tak stojących gdzie popadnie, jak padających gdzie się postoi. Po miesiącu jazdy i stania na śniegu, deszczu, lodzie i zawiei, strasznie zardzewiał mi łańcuch. Zacząłem się więc przyglądać rowerom, obok których stawiam swój i na szczęście okazało się, że one też mają zardzewiałe łańcuchy. Starając się na postojach jeszcze bardziej upodobnić mój rower do innych zapinałem go, zabierałem ze sobą lampkę, czasami siodełko. Szybko z tym jednak skończyłem - już podczas pierwszego wywlekania dętki z opony. To chyba jednak zbyt daleko idąca ostrożność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3 stycznia pomyślałem, że muszę zmienić klocki hamulcowe. Pomyślałem o tym po raz pierwszy w Norwegii. Pomyślałem to po raz pierwszy w tym roku. Po raz pierwszy w ogóle o tym pomyślałem. Po raz pierwszy tak długo towarzyszy mi obsesyjnie jedna myśl (no dobra, może jednak nie po raz pierwszy). Odtąd moją mantrą stało się gardłowe ham... ham... ham... hamuj. W-deszcz właściwie mogę sobie podarować jazdę z-górki. W tutejszych warunkach poprzednie zdanie można spokojnie skrócić o flanki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i moczę wciąż tyłek, bo przecież nigdy nie miałem błotników. Rozglądam się więc za trykotami onetu, bo sam se błotnika przecież nie kupię - do garnka się go nie włoży. I vice versa - w rozgotowanym porze nie udaje się wykręcić gwintu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale pracuję nad hamulcami z kokosa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Niepohamowana Clodagh „nie dla obcisłych spodenek (spódnice to co innego)“ Rogers.&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-2909104365677483737?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2909104365677483737'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/2909104365677483737'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2008/01/kierownica-ucieka-misiowi.html' title='Kierownica ucieka misiowi'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SUwcxr-M2MI/AAAAAAAAAHU/IcPLuWam64g/s72-c/IMG_3953.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-548911242372045820</id><published>2006-09-30T18:45:00.005+02:00</published><updated>2008-10-17T18:52:50.650+02:00</updated><title type='text'>Miś kierownicy ucieka</title><content type='html'>&lt;a href="http://www.huegelmarathon.de/images/2006/Boitzenburg/boitzenburg_gr39.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px;" src="http://www.huegelmarathon.de/images/2006/Boitzenburg/boitzenburg_gr39.JPG" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;GENEZA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postanowiłem wziąć udział w maratonie. Z wiekiem człowiek dojrzewa do podejmowania nowych wyzwań. Jak wezmę udział w maratonie, pomyślałem, zostaną mi już tylko trzy sprawy do załatwienia - nauczyć się pływać, wstawać rano i oszczędzać. Maraton wydaje się z tego najłatwiejszy, na dobry początek. Każdy maraton, bez względu na długość, będzie od tych rzeczy łatwiejszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jak mówi przysłowie ma - ratończy - ków, najtrudniejszy jest pierwszy krok (choć nie zgadza się z tym druga szkoła filozoficzna, ma - łżon - ków).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jest tak, że nie miałem w tej sprawie (maratonu, nie małżeństwa) żadnego doświadczenia. Raz już wziąłem udział w maratonie - w kinie. Zasnąłem na trzecim filmie, jak zakopywali Umę Thurman i zupełnie zrobiło się ciemno. Ale ona i tak ich potem wszystkich wybiła. I ja zachciałem być taki jak ona. Ale wiedziałem, że nie jest to łatwe. Najbardziej przerażała mnie wizja wyrywanych zębów. Widziałem to na filmie, gdzie Laurence Olivier piłował zęby Dustinowi Hoffmanowi, grającemu no, man! oh, man! Maratończyka właśnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CEL&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pojechałem tam się ścigać, ale za punkt honoru postawiłem sobie, że mnie nikt nie zdubluje. Udało się. I nie dopatrywałbym się tutaj prostych wyjaśnień, np. że było jedno okrążenie. Poczytuję to za swój osobisty sukces.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, ile czasu jechałem. Czas liczyłem w przesłuchanych piosenkach. Odtąd też baterię iPoda liczę w kilometrach. Starczy akurat dokładnie na 208, bo tyle miał maraton.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;WRAŻENIA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przemierzając pola Pomorza Przedniego miałem do czynienia nawet ze sztuką wysoką. Dosłownie mnie zelektryzowała. Przy drodze stała bardzo nowoczesna w formie instalacja artysty, pewnie Holendra. Takie jakieś sprężyny, całkiem jak transformatory. Ale ja nie jestem cham, żeby myśleć, że to zwykłe jakieś użytkowe żelastwo. W środku pola nikt nie stawia nic wartościowego, bo by rozkradli. To musiała więc być sztuka. Zanotowałem więc sobie nazwisko twórcy (Vattenfall) i przez chwilę zadumałem się nad ludzką kondycją. Doszedłem wtedy do wniosku, że rzeczywiście muszę nad nią popracować, bo za szybko się męczę. Wziąwszy głęboki oddech ruszyłem więc dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CROSS-CULTURAL (czyli pełna kultura na rowerach krossowych)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pewnym miasteczku przed przejazdem kolejowym spotykam Polaka. No bo kto inny by miał trykot onet.pl? Zagaduję do niego po polsku, na co on mi po angielsku, że nie zna niemieckiego. No i jak mu nie przywalić? Przypomniała mi się scena z "Piątego Elementu", kiedy ufoludka zapytano "Are you a German?", no i mnie zwyczajnie poniosło. Trochę mi przykro z tego powodu, ale to nie moja wina. Zły wpływ wywarło na mnie kino amerykańskie (co gorsze, robione przez Europejczyka). Trudno, kolega z trykotem onet.pl i tak się nigdy nie dowie, jaka była prawda i tylko wzbierze w nim stereotyp Niemca bijącego Polaków na swojej ziemi. W pewien więc sposób na pewno przysłużyłem się polskiej racji stanu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z nową pompką i kaskiem pojechałem dalej. Ale o tym kiedy indziej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Michał „nie dla obcisłych spodenek“ Borun&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-548911242372045820?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/548911242372045820'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/548911242372045820'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2006/09/mi-kierownicy-ucieka.html' title='Miś kierownicy ucieka'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-19353036490349038</id><published>2006-06-10T00:14:00.005+02:00</published><updated>2008-10-19T12:48:43.753+02:00</updated><title type='text'>GESTAPO/TPSA/MEN/ESV Luckenwalde</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsQCGS429I/AAAAAAAAAGw/Oa1nS-MJ1vs/s1600-h/mbuda3.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsQCGS429I/AAAAAAAAAGw/Oa1nS-MJ1vs/s320/mbuda3.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5258814618120805330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przepraszam za długie milczenie. Nie mogłem dosięgnąć do klawiatury, wiecie, po operacji. Dłuuuuugie milczenie. Rozumiecie, długie. Tak jak zapowiadałem, sprawiłem sobie nową zabawkę - na załączonym zdjęciu trzymam opakowanie po niej. Zdjęcie jest czarno-białe, ale tak mentalnie, jak werbalnie, bardziej czarne, niż białe. Rozumiecie, czarne. Ale już mam bezprzewodową klawiaturę, więc piszę do Was (tylko nie widzę, co piszę, bo monitor, choć 30-calowy, wciąż jest za daleko). Rozumiecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;Pamiętacie, jak napisałem, że odtąd już każdy ból sprawi przyjemność? Po operacji musiałem to sprawdzić, idąc do domu terroru. Nie, nie wstąpiłem w święty związek małżeński. "Terrorhaza" to w Budapeszcie muzeum w dawnej siedzibie nazistowskiej i stalinowskiej bezpieki. Trzeba przyznać, że komuniści z rozbrajającą szczerością zaznaczyli tę kontynuację. W końcu jedni i drudzy prześladowali (czy jak to brzmi w regulaminie TP SA: obsługiwali) tę samą klientelę. Na dodatek, dla jednych i drugich pracowali ci sami ludzie, po co więc jeszcze wszystkim wysyłać zawiadomienia o zmianie adresu? Myślę, że teraz już nikogo nie zdziwi, iż dzisiaj polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej mieści się w dawnej siedzibie Gestapo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka słów o kuchni węgierskiej. Trafiliśmy do oryginalnej węgierskiej restauracji, w której znaku jest kot w garnku. Jak wszyscy wiedzą, bardzo lubię koty. Polecam. I co, że na Węgrzech jedzą koty? Przynajmniej się po ulicach nie włóczą. "Jest godzina 22 - czy wiesz, gdzie jest Twój kot?". &lt;br /&gt;Wiem - właśnie go jem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsO4357FII/AAAAAAAAAGo/ZFjiATV1pYE/s1600-h/mbuda4.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://4.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsO4357FII/AAAAAAAAAGo/ZFjiATV1pYE/s400/mbuda4.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5258813360127546498" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Moja Mama napisała mi wtedy w mailu: Widziałam dzis kotka przepieknej piękności, podwórkowy czarny, mały (około 4-5 mies) długowłosy. wyciągał do mnie łapkę w tramwaju. Widzicie, do czego to doszło, że małego hipisa koci rodzice wysyłają, by żebrał po tramwajach. Na Węgrzech to by wyciągał nie łapkę, a kopytka i nie w tramwaju, lecz w garnku.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Na zakończenie donosów z Budapesztu, żeby było jasne, że wszystko się udało jak najprzedniej, zdjęcie Ani w najwyższym szczycie Budapesztu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Michał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS: to już koniec questu, ale jeszcze suplement. Tego tematu nie może zabraknąć w mojej korespondencji zagranicznej - już kiedyś donosiłem o piłce nożnej ze Szwecji.&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;Jak wszyscy wiedzą, dzisiaj grają NASI. Polska zresztą, jak słyszałem, też. Na mecz Polski jedzie dzisiaj kolega z biura. Zdecydował się zamienić bilet po tym, jak okazało się, że Angola nie jest na południe od Szkocji. To znaczy, jest, ale nie tak bezpośrednio, jak się tego spodziewał. Kolega jest Niemcem, ale potrafi powiedzieć po polsku "Dzień dobry, chciałbym zamówić żurek w chlebie". Jeżeli usłyszycie to podczas transmisji, nie dziwcie się, tylko podchwytujcie slogan. Podtrzyma to chłopców na duchu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed prawie miesiącem reprezentacja Niemiec pokonała w sparingu ESV Luckenwalde, 7:0, dla fanów księgowości podaję kwotę słownie: siedem, zero. Dla seksoholików i innych fanów numerologii dodam, że Polacy niedawno wygrali ze zbieraniną z niemieckich podwórek (podobno czwarta liga), coś chyba z 12:0. A teraz coś dla fanów logiki. W przedzień wspomnianego meczu Niemiec jeździłem rowerem po Luckenwalde. Mają świetne drogi rowerowe. Ale w całych Niemczech jest tych dróg dużo więcej. No i Niemcy wygrały mecz z Luckenwalde. W Niemczech dróg rowerowych nie ma tylko na podwórkach i dlatego Polska wygrała z niemieckimi podwórkowcami. Wszystko układa się w logiczną całość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konkluzja więc jest taka - jak Polska może wygrać z Niemcami, kiedy obowiązuje w niej całkowity zakaz pedałowania?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kończę, zanim podpadnę Romanowi po raz trzeci.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-19353036490349038?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/19353036490349038'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/19353036490349038'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2006/06/gestapotpsamenesv-luckenwalde.html' title='GESTAPO/TPSA/MEN/ESV Luckenwalde'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsQCGS429I/AAAAAAAAAGw/Oa1nS-MJ1vs/s72-c/mbuda3.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8817933302567143271</id><published>2006-05-01T20:21:00.005+02:00</published><updated>2008-10-19T12:38:25.575+02:00</updated><title type='text'>Czubek twierdzi, że Buda śmierdzi</title><content type='html'>Jak w tytule, głosił w latach 90. napis na mojej byłej podstawówce. Dziś wiem, że Buda wcale nie śmierdzi, a tylko Czubek miał bzika na punkcie czystości. Po skończeniu szkoły jakiś czas pracował w myjni, czyszcząc wnętrza samochodów. Czyścił je bardzo, bardzo dokładnie. Jak wyjdzie, powiem mu, że nie podzielam jego opinii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Buda to dawne miasto na lewym brzegu Dunaju, Peszt - na prawym. Budapeszt powstał z ich połączenia. To więc taka nasza Bielsko-Biała albo Kędzierzyn-Koźle. Ciekawe, czy Bukareszt to też Buka i reszta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsNDldORTI/AAAAAAAAAGY/awBI_SboJis/s1600-h/mbuda2.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsNDldORTI/AAAAAAAAAGY/awBI_SboJis/s400/mbuda2.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5258811345130636594" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W budynku parlamentu Węgier, kiedy powstał nieco ponad sto lat temu, od razu wprowadzono efektywne ograniczenie czasu wypowiedzi mówców. U nas jest taka maszyna, co robi ping i którą nikt się nie przejmuje. W tamtym czasie posłowie palili zwyczajowo cygara, mówcy nie przeciągali więc, spiesząc się do dokończenia cygar. Leżały pozostawione na specjalnych popielnicach z numerowanymi rowkami, przy wejściach do sali obrad. Na świecie pomieszczenie to Zwie się "faje", od "wyjść na faję" właśnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przejechaliśmy się linią metra 1, najstarszym metro w Europie. Biegnie dokładnie pod jedną ulicą i to tak śliczną, że nawet w deszcz nie chce się schodzić do metra. Ale przynajmniej mam nowy pomysł na urządzenie łazienki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A propos urządzania się - czuję się tu już jak w domu. W niedzielę sąsiedzi cały czas wiercili, zupełnie jak u mnie w Szczecinie. Polak, Węgier dwa bratanki - i do szabli, i wiertarki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro już o wierceniach. Jutro operacja (czas tu płynie strasznie wolno).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tradycyjnie w załączeniu odpowiednie zdjęcie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8817933302567143271?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8817933302567143271'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8817933302567143271'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/05/czubek-twierdzi-e-buda-mierdzi.html' title='Czubek twierdzi, że Buda śmierdzi'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsNDldORTI/AAAAAAAAAGY/awBI_SboJis/s72-c/mbuda2.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-4268193565411144136</id><published>2006-04-28T21:25:00.005+02:00</published><updated>2008-10-19T12:38:08.195+02:00</updated><title type='text'>Historia Wszechświata, cz. 453638751 - Budapeszt</title><content type='html'>Na początku był budapren. Wąchaliśmy go z Romkiem w drugiej ławce na lekcji geografii. Niejaki Pigan, nauczyciel, pokazywał na mapie Budapeszt. Ale potem nas rozsadzili i świat zaczął się rozszerzać. Myślałem, że już nigdy nie trafię Budapesztu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsMIH_9XnI/AAAAAAAAAGQ/xJWcoDxqIYQ/s1600-h/mbuda1.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://3.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsMIH_9XnI/AAAAAAAAAGQ/xJWcoDxqIYQ/s400/mbuda1.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5258810323610984050" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Minęło wiele lat, od kiedy średnio trzy razy w trakcie sesji RPG dostawałem cybererekcji, rozwalając co było pod... ręką, powiedzmy. Czasy cyberprzyszłości niestety minęły bezpowrotnie. Łódź ze stodoły w Bereźnicy odpłynęła w zapomnienie, a ja skończyłem lat XXVIII n.e.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Podjęliśmy więc z Anią tę decyzję i przybyliśmy do Budapesztu, znanego w Europie jako centrum powiększania penisów. Poprawianie natury to jak poprawianie dyktanda, mówią tutaj - wystarczy dopisać jedną literę. W załączeniu odpowiednie zdjęcie symbo-uliczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wcześniej odpowiednio wywiedzieliśmy się, co i jak. Pierwsza zła nowina brzmiała - to boli. Druga, dobra - że ten ból sprawia przyjemność. Trzecia, najlepsza - że odtąd już każdy ból sprawi przyjemność. Skutki uboczne postrzegać jako bonusy - jeżeli czegoś nas nauczyła gospodarka kapitalistyczna, to właśnie tego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamieszkaliśmy u małżeństwa, które już przez to przeszło. Są bardzo szczęśliwi. Wprawdzie póki co nie mogą się już kochać - mają za małe mieszkanie. Ale przynajmniej zaczęli ze sobą rozmawiać - już znają swoje imiona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojutrze operacja. Jestem bardzo podniecony, mentalnie w sensie. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i nie będzie jak w czeskim kawale, kiedy lekarz zapytany jak poszła operacja, mówi: a to nie była sekcja? Właśnie dlatego nie wybraliśmy Pragi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-4268193565411144136?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4268193565411144136'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4268193565411144136'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2006/04/historia-wszechwiata-cz-453638751.html' title='Historia Wszechświata, cz. 453638751 - Budapeszt'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SPsMIH_9XnI/AAAAAAAAAGQ/xJWcoDxqIYQ/s72-c/mbuda1.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-4618040605178955987</id><published>2003-11-15T04:41:00.001+01:00</published><updated>2008-10-19T13:50:57.710+02:00</updated><title type='text'>Christian'S EX (6) Machina</title><content type='html'>Nie, nie będzie o studiowaniu Lary, choć można mieć taką nadzieję, widząc tytuł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może więc o „Sexie w wielkim mieście“? Może tylko tyle, że nie wszystkie pomysły w tym filmie są godne polecenia. Na przykład nie polecam zrywać na naklejanej karteczce zwanej post-it. Zresztą, w ogóle, nie polecam. Dla scenarzystów tego filmu świat taktowany jest jednak zerwaniami. „Pamiętacie, jak kiedyś słowo BREAK miało takie przyjemne znaczenie? COFFEE-BREAK, BREAK-DANCE... A teraz tylko... BREAK DOWN, BREAK UP...“ (Przytoczone z pamięci)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No, ale mamy swoją własną konkurencję dla tego filmu i wcale nie mówię o serialu z Pazurą: &lt;em&gt;W ocenie Nałęcza, Błochowiak jest „kobietą ze wszech miar wyzwoloną i od poglądów staroświeckich jak najbardziej daleką“. Zastrzegł jednak, że sprawdził i że wszystkie jej "rozbierane" zdjęcia, jakie zdarzyło mu się oglądać w różnych tygodnikach, są fotomontażem.&lt;/em&gt;. Błochowiak nie Beger, sianem się nie wykręci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obejrzałem w MTV weekend „Britney vs. Christina“ i dowiedziałem się wielu rzeczy. Na przykład, że Justin Timberlake był z Britney, ale ona teraz całuje się z Madonną. Dobrze rozumiem jej wybór, Madonna ma przecież taką uroczą szparę między siekaczami. Tylko czekać, jak wzrok Britney padnie na mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale ja jednak przekonałem się do Christiny Aguillery, nie tylko przez skojarzenie z miastem o herbie Ce-cztery. Jest z niej w ostatnim teledysku doprawdy fenomenalna murzynka. Podziwiam. Potrafiła - dosłownie - zerwać ze stereotypem białej blondyny. W Polsce nie każdy to potrafi. Oto wypowiedź na forum, o zmianie czasu na zimowy: „&lt;em&gt;Dlaczego zmienia się czas narażając się na kosztowne zmiany m in rozkładów jazdy pociągów, jeśli wystarczyłoby ogłosić, że jutro idziemy godzinę później, lub wcześniej do pracy?&lt;/em&gt;“&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazuje się, ze mam sporą konkurencję w show biznesie błaznów internetowych. Wymagało to podjęcia męskiej decyzji - wróciłem więc do kraju, by stawić czoła konkurencji. Szwecja jest więc już moją EX.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz znów siedzę w biurze, ale wolę już nie komentować głośno pracy, bo tutaj rozumieją język. Zostało mi jednak jeszcze trochę zapisków z pobytu w Szwecji. Seria więc jeszcze trwa. Niektórym ku uciesze czytania, niektórym ku uciesze kasowania - co kto woli. Potrafię zadowolić szeroką klientelę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektórzy nawet czują radość odpowiadania, za co im dziękuję. Szczególne podziękowania należą się jednak Oli Jakubowskiej. Chcę Cię uspokoić, droga Oluchno: poprawki, które przysłałaś do mojego tekstu, zostały naniesione już przez serwer pocztowy, tak że inni dostali poprawioną wersję. Leszek także. Niech się święci 22 lipca! Kęs czekolady Wedel, commercial-BREAK.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No tak, widać już, żem na pewno w Polsce. Z tej okazji ogłaszam konkurs na tłumaczenie nazwy PTTK na angielski. Oficjalne na stronie pttk.pl powala z nóg. Raczej bym zgadywał, że chodzi o Towarzystwo Przyjaciół Mrągowa albo młodzieżówkę PSL-u.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co ja słyszę, Polska gra z Serbią i Czarnogórą. Ech, te bałkańskie bandy, nie wyplenisz ich. Jak nie Bośnia i Hercegowina, to następni, jak spod ziemi. Zawsze underground i dwóch na jednego. Czy ktoś kiedyś widział, żeby w jednym meczu było na raz 11 czerwonych kartek, i to dla jednej drużyny? Nie! A tylko to sprawi, że mecz będzie wyrównany!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Szwecji wszyscy byli podnieceni grą Szwedek w piłkę nożną. Ja też, nie powiem, byłem zauroczony. Trochę przypominało to wrestling. Szkoda, że na trawie, nie w błocie. Na taką kopaninę boisko za małe. Kobiety grają zupełnie jak Polacy, całkiem niezespołowo. Strasznie ciekawie byłoby zobaczyć mecz: Polacy - kobiety. Byłby wyrównany, o ile by się spotkali na boisku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie unisex kombinacje stosuje się już w tenisie. Ktoś rozstawił niejaką mademoiselle Mauresmo do meczów z kobietami. Kariery w sporcie nie zrobi, ale w branży filmowej zawsze znajdzie się nisza dla kogoś z aparycją Frankensteina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale poza tym z meczów tenisa płynęły same przyjemne spostrzeżenia. Zauważyłem, że tenisistki pod spódniczkami noszą bokserki. Ciekawe, czy bokserki odwdzięczają ten gest, walcząc w tenisówkach? Trzeba to będzie zbadać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moje szwedzkie mieszkanie mnie przerastało. Prawdziwy Polak już by je podnajął i zarabiał. Na tarasie byłoby pole namiotowe. W lodówce bank sp... ółdzielczy. &lt;br /&gt;W Słubicach, gdzie wcześniej mieszkałem, kibelek był tak mały, że lepiej było nie zamykać drzwi. Mogąc sobie obserwować cały pokój zrozumiałem, jak czuje się kot w kuwecie. A to ważne, by starać się zrozumieć punkt widzenia partnera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz znowu w Słubicach. Mieszkanie piętro wyżej, już na poddaszu, zasługuje na miano mojej prywatnej Ikei. Był taki film, amerykański był, „My private Ikea-Poddaho“. Od dziś zacznie przesiąkać zapachem indyjskich kadzideł. Brakuje jeszcze tylko Chagalla na ścianie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wasz, w stanie spoczynku członek &lt;br /&gt;Polish Tourist Country - Lovers' Society &lt;br /&gt;Yupppi, ey! &lt;br /&gt;Mikita.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤ &lt;br /&gt;Dodatek: &lt;br /&gt;ze słownika obsługiwacza szwedzkiego komputera (6) &lt;br /&gt;„Sidan kan inte visas“&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Michal Borun, Praktikant, Kristianstad - Region Skåne&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-4618040605178955987?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4618040605178955987'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4618040605178955987'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christians-ex-6-machina.html' title='Christian&apos;S EX (6) Machina'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-5278630824579553129</id><published>2003-10-24T02:04:00.002+02:00</published><updated>2008-10-19T13:53:45.229+02:00</updated><title type='text'>Hans Christian Pamela Lee Andersson (5)</title><content type='html'>Marge Simpson do męża, Homera, występującego z gwiazdami rock and rolla: „Och jestem z Ciebie taka dumna, to tak jak ty byś był Homer Simpson McCartney, a ja Pamela Anderson Lee McCartney!“ Ech, ci faceci(*)...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naprzeciwko mnie mieszka jakaś Lara. Od początku chcę do niej zapukać. Pretekst już wymyśliłem. Ktoś się pomylił, produkując jej tabliczkę na drzwi i tak, na tabliczce, zamiast drugiej litery „a“ w jej imieniu jest litera sąsiednia na klawiaturze. Ale wstrzymuje się jeszcze z pukaniem. Może to ona pierwsza zapuka do mnie i zapyta: „A Panu jak na imię, panie Powiat“? Moje drzwi noszą bowiem dumną tabliczkę „Landstinget“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śnił mi się dzwonek do drzwi. I nie wiem, czy ktoś dzwonił czy nie, bo dopiero przez to zajście nad ranem sprawdziłem, że mam w domu dzwonek. Przy okazji, okazało się, że jest i balkon. Po trzech tygodniach pobytu tutaj. Cóż, lepiej późno niż wcale - za tydzień wyjeżdżam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to pod drzwi ktoś podrzucił mi książkę telefoniczną. Posądzając, że to znak od Lary z naprzeciwka, zacząłem ją uważnie studiować (książkę, nie Larę). I naliczyłem w niej 1734 Anderssonów. Mogłem się pomylić, bo to 17,34 razy tyle, co człowiek ma palców u rąk, a skarpetki ściągam tylko do mnożenia. Przeliczę jeszcze Gustavssonów, Hakanssonów, Johanssonów, Nilssonów, Olafssonów, Perssonów, Peterssonów, Svenssonów i innych takich. Jeśli któryś pobije Anderssonów, opublikuję nowy wynik badań. Ale to ciężka praca, doktorska niemal.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest tu bowiem więcej ciekawostek. Kiedy ktoś nazywa się Carlsson, i tak jest wypisany pod literą K - nazwiska są grupowane fonetycznie, według brzmienia. I tak Carlssonowie wypisani sa ciurkiem z Karlssonami, posortowani łącznie według imion. Tak samo nie sprawia różnicy, czy ktoś jest -sson czy -son, pojawiają się na przemian. Ericssonów (Eriksonów), we wszystkich możliwych pisowniach jest ok. 400. Nie ma żadnego Sony Ericssona. Może nie mają telefonów stacjonarnych? Pewnie same komórki. Nie ma wśród Andersenów Hansa Christiana, no bo i skąd, jak Duńczykow przepędzili Szwedzi, pisałem o tym wcześniej. Wśród Bergmanów nie ma Ingmara. Musiał im się tylko jeden taki udać w całej Szwecji. Jest tu za to jedna Marie Friedrikson, ale bez Peera Gessle (para z Roxette).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z polskich tropów, sa Domanscy (ale ulicy Domańskiego nie ma), Dorozynski jest Jan Ignacy. Jest Kuz, Ryszard, Piotr Stefaniak. Na szczęście nie ma Leszka Millera, będę spał spokojniej. Jest dwóch Kowalczyków o szwedzkich imionach, jednak pani Kowalcyk zwie się Jadwiga. Nie ma Kowalskich, chyba że wpisano ich ciurkiem ze Schmidtami. Nie ma nowak Nawetów! No i nie ma Boruna! No tak, powinienem przeciez szukać pod Landstinget: „Nazywam się Powiat, Michał Powiat, panno Croft...“&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla znajomych mojego kota - nie ma żadnego Szmatlunda, jest za to jeden Bjoerklund. Bjoerków jest 86, w tym Alf i Ola. Imion Bjoerk nie liczyłem. Ludzi o nazwisku piosenkarki Bjoerk, czyli Gudmundsdottirów - 0. Za to Gudmund(s)sonów - 9. To może być wskazówka dla badacza różnic kulturowych Skandynawii i Islandii. W tej drugiej być może matriarchat odgrywał szczególnie istotną rolę? Wniosek: feministki na Islandię! O, to dobre hasło! I może się cieplejsze zrobią?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pod literą „X“ - tylko Daot Xhyrevci, z opisem: Jacobs v.7. Boję się spojrzeć pod „T“ - żeby nie znaleźć Terminatora v.4. V1 i V2 na szczęście nie ma. Pewnie gdzieś bliżej Bałtyku. No i, o dziwo, ani jednego Simpsona! Ani nawet Simpssona. Dobrze, że są na „Kanale Z“ od poniedziałku do czwartku. No bo jak bym zaczął tego maila?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kończąc raport stwierdzam, że względnie mało jest Hassanów. Biorąc jednak pod uwagę przyrost naturalny mniejszości arabskiej, książka telefoniczna za pięć lat może należeć do... Hassanssonów. To była konkluzja. Wysłałem ją już premierowi Szwecji, panu - jakże by inaczej - Perssonowi. Persson to też mój szef tutaj oraz facet(*) dwa boksy dalej. Niespokrewnieni, ale gdyby tylko podjęli życiową decyzję, ich kraj nie ścinałby tyle drzew na książki telefoniczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O, i to konkluzja! Szczególnie ważna dla regionu Skania, który jest zawiany z morza i słabo zadrzewiony. Poślę ją premierowi regionu Skania, panu Aldegrenowi (a ten skąd tu się wziął z takim nazwiskiem?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;---&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy raz tak uważnie przyjrzałem się książce telefonicznej. Zacząłem bowiem zadawać sobie ważne, może jedno z najważniejszych dla człowieka pytań. Pochodzi z reklamy linii lotniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, wolę więc nie analizować go w kontekscie historii najnowszej naszego globu. Jednak hasło samo w sobie jest po prostu mądre i urocze. Myślę, że warto sobie czasem zadać to pytanie, byle nie za często: „When was the last time you did something for the first time?“&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żegnam - po raz pi...ąty. &lt;br /&gt;Feministki na Islandię, ja do Emiratów!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤ &lt;br /&gt;Dodatek: &lt;br /&gt;ze słownika obsługiwacza szwedzkiego komputera (5) &lt;br /&gt;„Den här datorn“&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Michal Borun, Praktikant, Kristianstad - Region Skåne&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-5278630824579553129?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5278630824579553129'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5278630824579553129'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/hans-christian-pamela-lee-andersson-5.html' title='Hans Christian Pamela Lee Andersson (5)'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-4120224397838781838</id><published>2003-10-18T03:52:00.004+02:00</published><updated>2008-10-19T13:54:57.955+02:00</updated><title type='text'>Christian (4)'s dead</title><content type='html'>Herbem miasta Kristianstad są dwa lwy, trzymające między sobą literę „C“, a w niej arabską cyfrę „4“. Nazwa miasta była, w czasach gdy powstawało, mało oryginalna. Stolica Norwegii, Oslo nazywała się wówczas Christiania. I podobnie jak Oslo, miasto zostało nazwane na cześć króla-założyciela. Kristianstad założył w 1614 roku król duński Christian IV (po naszemu to chyba będzie Czesław).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Był to czas, gdy Skania należała do Danii. Miasto Kristianstad powstało jako niezawodna twierdza przeciw Szwedom. Wkrótce Szwedzi je zdobyli, co pozwala domniemywać, że marketing w Danii był już wówczas dobrze znany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby tak się nie stało, Szwedzi mieliby dziś volvo i saaba, ale ciężarówki scanii byłyby duńskie. Czy nie dobre hasło reklamowe: &lt;br /&gt;„Ciężarówka Skanii &lt;br /&gt;- jakość prosto z Danii!“&lt;br /&gt;Dziwi wiec, jak znający już marketing Duńczycy mogli przepuścić taką okazję i oddać te ziemie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marketingu nie znało za to rządzące Szwecją lobby producentów map. Jedynym znanym im sposobem na ich ciągłą sprzedaż było namawianie królów do zmian granic. Nowe mapy miały iść jak świeże bułeczki, ale niby jak, skoro wojna wybijała nabywców. Plan "bułeczek" uratowała jednak biedota, która zjadła mapy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To zaś był czynnik, który ostatecznie wyeliminował biedotę. Dziś żyje się tutaj super, a granicząca ze Skanią Kopenhaga jest pierwszym miejscem na ziemi (!) pod względem jakości życia. Jak mówi duńskie przysłowie: "Nie ma tego z-Lego, co by na dobre nie wyszło".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To może ja już lepiej pójdę do domu, pobawić się klockami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤ &lt;br /&gt;Dodatek: &lt;br /&gt;ze słownika obsługiwacza szwedzkiego komputera (4) &lt;br /&gt;„skrivbord“ &lt;br /&gt;¤ ¤ ¤&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Michal Borun, Praktikant, Kristianstad - Region Skåne&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-4120224397838781838?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4120224397838781838'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4120224397838781838'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christian-4s-dead.html' title='Christian (4)&apos;s dead'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-4930433661059700191</id><published>2003-10-16T03:09:00.003+02:00</published><updated>2008-10-19T13:57:13.196+02:00</updated><title type='text'>Christian's stoned (3) w buraczkach</title><content type='html'>Dziś byłem w Ystad i poznawałem program współpracy czterech regionów Bałtyku. Pani przekonywała mnie, że mają one wiele wspólnego, szczególnie historię. Bo i Skania, i Rugia, i Bornholm, i Świnoujście przechodziły przez podobne zawieruchy, były choćby przez chwilę rządzone przez Szwedów, mają podobną architekturę i takie tam. Trochę zwolniła, jak zapytałem, gdzie podczas tych kilkuset lat „wspólnej historii“ byli Polacy. Bo na pewno nie w Świnoujściu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widziałem Bornholm! Przez morze. Mały. Na reklamach był większy. Widać ma tego samego speca od marketingu, co McDonald's.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fascynujący jest ten język szwedzki. Nie mają zahamowań. Właśnie facet obok trzy razy pod rząd w jednym zdaniu powiedział „sex“, musiało obudzić się we mnie zwierzę, więc piszę, żeby rozładować napięcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Usiadłem, pięta zaczęła mnie boleć i ciężko było sięgnąć klawiatury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oglądam „Sex w wielkim mieście“ w szwedzkiej telewizji. Wiem, co będzie u nas za kilka tygodni, ale zapewne nigdy się nie dowiem, jak do tego doszło. Takie już życie człowieka, który wyprzedził swoje czasy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To by było na tyle, cześć! &lt;br /&gt;(o właśnie - o tym mówiłem)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widzieliście mecz w sobotę? Wciąż nie mogę uwierzyć, że tak przegraliśmy. Pierwszy raz od sześciu lat i to nie do wiary, z jakimi burakami (nawet flagę mają buraczaną). To był dzień na opak, skoro nawet Polska wygrała swój mecz. Ale kogo to interesuje. Kiedy Szwedzi przez całe stulecia budowali wspólną Europę, ganiając się z Niemcami po Wolinie, Polacy ćwiczyli swe narodowe rzemiosło, kradnąc Ukraińcom Zaporoż(c)e.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój szef przyznał, że mają tu oficjalny zakaz brania samochodów w podróże służbowe do Polski. Do Czech i Słowacji mogą, ale jeżeli już muszą koniecznie jechać przez Polskę, to tylko „drive thru“! Widocznie im także doradza ktoś z McDonald's.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten sam problem miał mój szef z Niemiec. Kiedy okazało się, że przy Urzędzie Marszałkowskim w Szczecinie nie ma strzeżonego parkingu, nie mógł wziąć ładnego samochodu marki Ludowóz, który land Brandenburgii ma w leasingu. Na szczęście garaż mojej Mamy był pusty i udało się uzyskać zezwolenie na wzięcie samochodu do Polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, podczas gdy Ludowóz spokojnie stał w garażu, Nikita nie odbierał telefonu. Widać, odbijał Zaporożce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤ &lt;br /&gt;Dodatek: &lt;br /&gt;ze słownika obsługiwacza szwedzkiego komputera (3,5) &lt;br /&gt;„3,5-tumsdiskett“&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤ &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Michal Borun, Praktikant, Kristianstad - Region Skåne&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-4930433661059700191?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4930433661059700191'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/4930433661059700191'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christians-stoned-3-w-buraczkach.html' title='Christian&apos;s stoned (3) w buraczkach'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-5430569643874452590</id><published>2003-10-10T02:06:00.003+02:00</published><updated>2008-10-19T14:01:47.862+02:00</updated><title type='text'>Christian's (still) stoned (2): Cła i podwiązki</title><content type='html'>Cóż, trochę tu przynudzam, dlatego dałem tak fascynujący tytuł (to się nazywa marketing).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano sprzątacz(*) wita się ze mną wylewnie, mówi, że ma na imię Lisbet i w ogóle jest miły. Zupełnie inne ma podejście niż taka przerażona sprzątara na moim podwórku, której gdy powiedzieć „dzień dobry“, chowa głowę w ramiona i szybko odpowiada, że wierzy w świadectwo Jehowy, głosuje na SLD, jest ubezpieczona i już kupiła golarkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój czas tutaj w tym tygodniu dzieli się na zapoznawanie z materiałami dotyczącymi programów europejskich basenu morza bałtyckiego oraz rozmowy z pracownikami planowania przestrzennego i środowiska, którzy urzędują na moim piętrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te drugie, choć zabierają mniej czasu, przynoszą mi tyle samo wiedzy, co pierwsze. Z wieloma jestem już poumawiany na spotkania w przyszłych tygodniach, a to z gościem od edukacji, a to z chłopakiem(*) od angażowania politycznego młodzieży, czy facetem od GIS (systemów informacji geograficznej); wiem, ze GIS jest wykładane w Szczecinie, bo jeden chłopaczek oświadczył raz na forum.zhp.org.pl, że może popracować nad taką mapą dla baz harcerskich; kiedy bliżej poznałem GIS w czerwcu tego roku, uznałem jego deklaracje za przerost formy nad treścią: chłopak albo nie wie, co studiuje, albo wie i chciał się tym publicznie pochwalić... a zresztą, może nawet oba?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kawowej przerwie. Okazało się zresztą, że jest jeszcze jedna taka, o 10, ale ja za późno wstaję. Może trzeba będzie se setnąć gola na przyszły tydzień?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zainteresowały mnie wynurzenia o pracy demografa. Gdzieś 20% demografów, mówi, to matematycy i inni ściśli, reszta to humaniści - jak mój rozmówca, antropolog. Jest to profil zresztą i mnie bliski. Demograf sprawdza właśnie kilka tez wysuniętych przez Duńczyków - problem jest taki: dlaczego Duńczycy emigrują do Szwecji w ramach Öresund (to taki ponadgraniczny region - tutejsza Skania wraz z Malmö i sąsiedni region w Danii - z Kopenhagą).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeden z możliwych czynników to kupno samochodu. Duńczycy mają strasznie wysokie podatki na samochody (podobno potrafią sięgnąć 160%), wobec czego musieli tak obniżyć ich ceny (bez podatku), by w ogóle dało się je (z tym podatkiem) kupić. Z tego korzystają Szwedzi, kupując samochody w Danii po niskich cenach - bo podatku nie muszą płacić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to jeszcze nie wszystko, bo sprawiedliwość jednak jest na świecie! Szwedzkie samochody są wciąż tańsze dla Duńczyków niż ich własne (z podatkiem, który muszą płacić)! Podczas gdy Szwedzi kupują duńskie samochody, Duńczycy swoje kupują w Szwecji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz jasne jest, dlaczego most Öresund - łączący Jutlandię ze Skandynawią musiał powstać!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomina się doniesienie Bölla o tym, jak pijacy z sąsiednich wsi wymieniali się w karczmach, kiedy wprowadzono w Irlandii wczesne zamykanie karczm dla miejscowych. Karczmarz musiał jednak wciąż podejmować podróżnych (a do nich zaliczali się już mieszkańcy sąsiednich wsi).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No, ale samochody to tylko jeden z czynników, które MOGĄ wpływać na fakt przenoszenia się Duńczyków do Szwecji. Jednak przecież Szwedzi tak nagminnie nie przenoszą się do Danii. Więc? Decydującym czynnikiem mogą być ceny mieszkań. Okazuje się, że przede wszystkim przenoszą się do Szwecji ludzie młodzi, w Szwecji uznani za bezrobotnych - zapewne więc pracujący w Danii. Duńczycy mają wyższe zarobki, ale i wyższe ceny mieszkań, najwygodniej wiec jest pracować w Danii, ale mieszkać po sąsiedzku. Młodzi Duńczycy chcąc pracować w Kopenhadze musieliby mieszkać gdzieś na jej obrzeżach, a tak, pół w godziny drogi mają sąsiednią aglomerację - Malmö, tyle że w Szwecji (znowu fenomen mostu, ale są jeszcze promy poduszkowe i takie tam tratwy). Dlatego też odnotowuje się najczęstsza migrację do miasta, nie zaś na tereny podmiejskie, co raczej jest, jak wiadomo, domeną ludzi bogatych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest jeszcze duńska hipoteza: że Duńczycy zamieszkują Szwecję, by móc żenić się z pannami z obcych krajów, Europy Wschodniej, Azji czy Afryki - bo w Szwecji jest to łatwiejsze. Cóż, fakt - niedawno książę duński żenił się z Australijką i na to musiał dostać specjalne zezwolenie parlamentu - co dopiero szary obywatel! Może mają tam jakiś określony kontyngent 2003, jak my z samochodami z importu? Z tego, co wiem, na żony, jak na samochody, nie ma ceł na granicach, ale nawet w obu krajach (w odróżnieniu od samochodów) nie są one opodatkowane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poślubić kobietę z obcego kraju jest jednak znacznie prościej w Szwecji, niż w Danii, która ostatnimi laty wprowadziła mnóstwo dziwnych ograniczeń. Nawet urodzony w Danii Duńczyk, który jednak mieszkał zagranicą okazuje się nie mieć „wystarczających powiązań“ z krajem! Szwedzi są pod tym względem bardziej otwarci, chociaż jak wiemy, nie okazują się być przez to bezpiecznym krajem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy okazji dowiaduję się, jak sprawdza się w Szwecji, czy planowane małżeństwo z obcokrajówką nie jest tylko dla picu. Otóż pyta się przyszłego męża np. o długość i przebieg ich znajomości, czy ją kocha i jaką jego wybranka nosi bieliznę (sic!)Zastanawiam się, czy udałoby mi się wyjechać stąd z aktem małżeństwa z lodówka. Znam dobrze jej wnętrze, mogą pytać o wszystko! Ten związek jest już zresztą - dosłownie - skonsumowany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz wracam do lektury historii regionu, po szwedzku, ale co tam - przecież historia, jak wiemy wszyscy z podstawówki, to tylko nazwiska i daty, więc wyłapię, co najważniejsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(*) z pewnych względów wszyscy moi współpracownicy, o których pisze, otrzymują płeć męską.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤ &lt;br /&gt;Dodatek: &lt;br /&gt;ze słownika obsługiwacza szwedzkiego komputera (2) &lt;br /&gt;„mina dokument“&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤ &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„I'll be back“, jak rzekł pewien gubernator Kalifornii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Michal Borun, Praktikant, Kristianstad - Region Skåne&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-5430569643874452590?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5430569643874452590'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/5430569643874452590'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christians-still-stoned-2-ca-i-podwizki.html' title='Christian&apos;s (still) stoned (2): Cła i podwiązki'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-8776912350979326894</id><published>2003-10-09T00:55:00.003+02:00</published><updated>2008-10-19T13:22:24.789+02:00</updated><title type='text'>Christian's stoned (1)</title><content type='html'>Siedzę właśnie w rozwoju regionalnym szwedzkiego regionu Skania w ślicznym mieście Kristianstad i czekam na przerwę na kawę; jej nieuchronne nadejście poznaje się po tym, że ostatnie niedobitki wracają z przerwy obiadowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomina się żartobliwa tabliczka niemiecka (tak wiem, że to oksymoron) mniej więcej tej treści: przychodzących TROCHĘ później do pracy prosimy, by szli wzdłuż prawej ściany, tak by nie wpadali na wychodzących z pracy TROCHĘ wcześniej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracują tu cicho, ale chyba pracują, jeszcze ich nie rozgryzłem; facet w boksie naprzeciwko od pół godziny trzyma się za głowę... Pomóc mu, czy lepiej nie przeszkadzać? Może chociaż go lepiej ułożyć, w pozycji omdleniowej? Nie, lepiej nie, bo przestanie się trzymać za głowę - a być może to właśnie za to mu tutaj płacą?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może i ja się powinienem złapać za głowę? Lepiej posłuchać, co mówił facet na promie: patrz, co oni robią i rób to samo - ani trochę się nie wychylaj. Wyprężam się więc i teatralnym gestem chwytam za głowę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już po przerwie (na trzymanie głowy, bo kawowa wciąż nie nadchodzi). Najważniejsze, że nawiązałem nić porozumienia z jednym z szefów - mamy podobne zainteresowania albo przynajmniej podobne problemy - z głową. Ilekroć tu idę, mijam tabliczkę z napisem „Psykiatri“. Może któregoś dnia tam skręcę i się spotkamy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A obok szpital i przy nim wielki komin, źle się kojarzy; ale łowcy skór to tu nawet nie polują na zające, które spokojnie hasają po trawniku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A propos spokoju - mieszkam przy cmentarzu, zasłania mi go jeden blok; tak samo jak jeden blok dzieli mnie od budynku, który najpierw uznałem za salę koncertową, gdy przez wysokie szyby ujrzałem zgromadzenie ludzi, oświetlone żółto cegły wnętrza i fortepian - ale potem budynek ten okazał się być kościołem. Nie wiem, czyim, ale na pewno się dowiem, jeżeli serwują darmowe posiłki!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj zjadłem w biurze obiad a pani dziwnie na mnie spojrzała, kiedy zapytałem ją, ile mogę sobie nałożyć. Wtedy dopiero zrozumiałem pojęcie „szwedzki stół“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to jeśli nie ma pojęcia „szwedzka lodówka“, to powinni je wprowadzić! Da się w niej powiesić całego renifera, nawet zanim dopadnie go łódzkie pogotowie. Patrząc na leżące w niej moją kiełbachę, kilo serka, trzy carlsbergi i 5 chlebów dziwię się, że tyle ofiar wymagało przewiezienie ich przez Bałtyk (schody, progi itp. - poległ nawet czwarty carlsberg).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja tu gadu-gadu (a propos, na gadu-gadu mnie nie ma), a facet z naprzeciwka zniknął... za oknem nie widać, by sunął w kierunku psykiatri... szukać go, gonić? Właśnie... gość na promie chyba przesadził - nawet nie da się spokojnie napisać maila, jeśli mam ciągle robić to samo, co oni; co minuta biegam do toalety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No dobra, ale przynajmniej mogę odpuścić sobie jogging.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;¤ ¤ ¤ &lt;br /&gt;Dodatek: &lt;br /&gt;ze słownika obsługiwacza szwedzkiego komputera (1) &lt;br /&gt;„windows startas“ &lt;br /&gt;¤ ¤ ¤&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-8776912350979326894?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8776912350979326894'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/8776912350979326894'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2003/10/christians-stoned-1.html' title='Christian&apos;s stoned (1)'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-66666081511869650</id><published>2002-03-11T20:00:00.001+01:00</published><updated>2008-10-22T20:01:01.700+02:00</updated><title type='text'>^ ^ kot =o= let- ( 6 )_} ter . ~ ~</title><content type='html'>Zastanowiło mnie, czemu tak często przesiaduje w kuwecie, choć nie ma żadnego powodu po temu, skoro go nie karmię. Okazało się, że buduje podkop, by uciec na wolność! No to się zdziwi, jak trafi na podłogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;--- &lt;br /&gt;Bohaterem serii jest mój kot o wielu imionach, *26.06.2001 &lt;br /&gt;(który - wbrew głoszonym pogłoskom - żyje i ma się dobrze)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-66666081511869650?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/66666081511869650'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/66666081511869650'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2002/03/kot-o-let-6-ter.html' title='^ ^ kot =o= let- ( 6 )_} ter . ~ ~'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-436647585640152100</id><published>2002-02-02T19:59:00.000+01:00</published><updated>2008-10-22T20:00:06.600+02:00</updated><title type='text'>^ ^ kot =o= let- ( 5 )_} ter . ~ ~</title><content type='html'>Z prawdziwą przykrością informuję, &lt;br /&gt;że tego ranka mój kot się nie obudził... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;| &lt;br /&gt;--- &lt;br /&gt;| &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;--- &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale na pewno zrobi to za chwilę, bo zasnął dopiero przed południem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;niewyspany m. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;--- &lt;br /&gt;Bohaterem serii jest mój kot o wielu imionach, *26.06.2001&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-436647585640152100?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/436647585640152100'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/436647585640152100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2002/02/kot-o-let-5-ter.html' title='^ ^ kot =o= let- ( 5 )_} ter . ~ ~'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1581832563084390333.post-188440115948205991</id><published>2002-02-01T19:58:00.002+01:00</published><updated>2008-10-22T20:02:13.924+02:00</updated><title type='text'>^ ^ kot =o= let- ( 4 )_} ter . ~ ~</title><content type='html'>U mojego kota faza R.E.M. &lt;br /&gt;To objawia się szczególnie tem, &lt;br /&gt;Że choć ma ruchliwe bardziej gałki oczne, &lt;br /&gt;Całe ciało wreszcie jest mniej skoczne! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;--- &lt;br /&gt;Bohaterem serii jest mój kot o wielu imionach, *26.06.2001&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1581832563084390333-188440115948205991?l=morzeprzygody.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/188440115948205991'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1581832563084390333/posts/default/188440115948205991'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://morzeprzygody.blogspot.com/2002/02/kot-o-let-4-ter.html' title='^ ^ kot =o= let- ( 4 )_} ter . ~ ~'/><author><name>Michał Borun</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/_bOUJOq2OlZM/SOiOhRPOiuI/AAAAAAAAAAs/BctSpu_uqUk/S220/4google.jpg'/></author></entry></feed>
